Avatar @MAD_ABOUT_YOU

@MAD_ABOUT_YOU

Bibliotekarz
45 obserwujących. 30 obserwowanych.
Kanapowicz od 5 miesięcy. Ostatnio tutaj 7 minut temu.
{} blog_8_dzien_tygodnia
{} Napisz wiadomość
45 obserwujących.
30 obserwowanych.
Kanapowicz od 5 miesięcy. Ostatnio tutaj 7 minut temu.

Blog

poniedziałek, 30 marca 2020

Edukacyjny bałagan

I co z tego, że rzuciłam szkołę skoro ona nie jest w stanie wynieść się z mojej głowy i mojego życia. Wkurzają mnie komentarze „ o, przyszłaś, pewnie tęsknisz”. Nie kur...a, nie tęsknię, przyszłam po dziecko, zapłacić za obiady, odebrać/przynieść coś koleżance. To, że przekroczyłam próg tego miejsca, nie oznacza, że tęsknię.
A teraz w dobie kwarantanny szkolnictwo dopadło mnie z potrójną siłą. Od ponad dwóch tygodni czuję się jakbym tam nadal pracowała i to na wszystkich możliwych etatach- nie wyłączając sprzątaczki i kucharki- również w weekendy, tylko że tym razem za darmo.
Z najmłodszym mam już trzy dni zaległości, bo musiałam pomoc najstarszemu ogarnąć Kochanowskiego, Petrarkę, Boccaccia i Hamleta. Trzy dni na przypominanie sobie tekstów, streszczanie ich, opowiadanie kontekstów, dyktowanie notatek. Rzygam renesansem jak tęczą.
No tak, sam powinien. Pewnie, że powinien. Sam robi wszystko inne, ale jako polonista nie zamierzam się wstydzić, że z tego przedmiotu syn odwala pańszczyznę po łebkach. Ambicja mi na to nie pozwala.
Córce w polskim też muszę czasem pomóc, matmy, fizyki i chemii nie ogarniam, więc tu musi radzić sobie sama, ale skoro jest pedagog w domu, to niech się ten pedagog na coś przyda. Młoda chodzi i złości się, że nie kuma tego czy tamtego ze ścisłych, bo w szkole łatwiej jej było zrozumieć, zawsze mogła poprosić o wytłumaczenie. Teraz edukacja jest indywidualna, półgodzinne lekcje online nie załatwią sprawy. A ona ambitna, zawzięta, płacze, że jak ona ma napisać potem sprawdzian jak nieprzygotowana odpowiednio. Z ojcem na czacie się ucz, mówię. No i uczy się wieczorami matmy przez skype.
Teraz kilka dni w domu był, ale pożytku z niego prawie żadnego, bo od 8 do 17 wisiał na video konferencjach czy telefonie.
Dziś pojechał, mówi, że nie wie, czy na święta uda mu się wrócić. Żal mi go okrutnie, bo teraz nikomu nie jest łatwo, a tym, co daleko od domu, to jeszcze trudniej. A mnie nieszczęsną najpierw dobiją hormony, potem poprawią jeszcze dzieci, a na koniec przewrócę się na tym syfie w chałupie i umrę przemęczona, a moje resztki zeżrą koty.
Dziś przed wyjazdem jeszcze najmłodszego za fraki mąż wziął i powtarzał z nim matmę. Ćwiczyli zadania, które wcześniej ja z nim przerobiłam, ale nie umiałam mu ich dobrze wytłumaczyć, jezusie, nie ogarniam nawet matmy z trzeciej podstawówki. Ubaw mieli po pachy, bo matka nic nie umie i połowa zadań do poprawki.
Mąż załamał ręce, a młody mnie wyśmiał. Mała żmija wyhodowana na własnej piersi. Aż chciałoby się zawołać „Et te Brute contra me?”
Cóż, taki ten los okrutny...
Jutro, i pewnie do usranej śmierci, aż nie odwołają kwarantanny, czeka mnie powtórka z rozrywki.
Niech mi tylko ktoś spróbuje złe słowo powiedzieć na nauczycieli to zagryzę. Bo nikt ich (nas) nie docenia dopóki nie przyjdzie się mu uczyć z własnymi dziećmi.
{}× 1
niedziela, 22 marca 2020

Happy Birthday

No i stało się...
Właśnie przekroczyłam magiczną czterdziestkę. Oby okazała się lepsza niż mijająca trzydziestka.
Podobno najgorszy okres to właśnie ta nieszczęsna trzydziestka. Moja była w większości h...wa, więc nie ukrywam, że mam spore wymagania i oczekiwania co do tego co jeszcze przede mną.
Nie wiem czy od jutra będę jeszcze kontynuować te wpisy. Może tak, może nie. Chyba uzależnię to od mojego nastroju.
Do „usłyszenia”.
{}× 2
sobota, 21 marca 2020

To już jutro 😉

No i tym sposobem udało się nam dobrnąć niemal do finału.
Gdybym piła alkohol, to bym sobie dziś urządziła pijacki samotny wieczór. Niestety jestem najbardziej trzeźwą osobą w rodzinie, a nawet na całej mojej ulicy, więc zadowolę się jakimiś innymi rozrywkami. Nie żebym go tak zupełnie nie piła, ze dwa, trzy razy w roku na jakieś piwo się skuszę, natomiast ostatni raz fazę zgonu i kosmicznego kaca zaliczyłam 11 lat temu i było to na tyle bolesne, że skutecznie zniechęciło mnie do dalszej konsumpcji.

Wczoraj dzieciaki zrobiły mi niespodziankę i upiekły tort czekoladowy, dzięki czemu mieliśmy szansę zrobić generalną próbę dmuchania świeczek. Dziś zrobiłam ten właściwy i zamknęłam lodówkę na kłódkę, bo boję się, że niektóre łakomczuchy nie będą w stanie się powstrzymać.
Jak się czuję przed? Tak samo jak dotychczas. Zaliczam wzloty i upadki, dni radosne i depresyjne, ale upływ czasu i starzenie się akurat nie są tym, co zaprząta mój umysł czy jakoś szczególnie przeraża. I tak zawsze wyglądałam na kilka lat młodszą niż jestem. Lubię każdą moją zmarszczkę, choć żadnej tak naprawdę nie widać dopóki nie szczerzę się jak głupi do sera. I każdy siwy włos też lubię, ale może dlatego, że ginie wśród pozostałych jasnych i nie spędza mi snu z powiek. Tych ostatnich zresztą łatwiej się pozbyć. Ostatnio wychowawczyni mojego najstarszego syna stwierdziła, że bardzo wcześnie musiałam go urodzić. Mówię, że dla mnie i owszem było to wcześnie, nawet za wcześnie (byłam najmłodszą matką na porodówce), ale patrząc realnie 24 lata to jest całkiem sensowny wiek na dziecko. Jeszcze, mniej więcej 20 lat temu, większość kobiet nie czekała z tym do trzydziestki. No więc pani uznała, że góra dałaby mi 35 i tym samym sprawiła, że mój skądinąd i tak cudowny wtedy dzień, stał się jeszcze lepszy. Bardzo ciepło zrobiło mi się na serduchu.
Kwestia tego na ile wyglądamy schodzi na drugi plan, bo chyba ważniejsze jest jednak na ile się czujemy. Do momentu wypadku czułam się na takie zwariowane i niepokorne 28. Teraz, po czterech latach depresji, jest to niestety smutne 50. Choć bywają też przebłyski, podczas których doświadczam wielu momentów szczęścia. Dlatego nadal mam nadzieję, że uda się jednak pokonać ten marazm i wrócić do dawnego ja. Trochę zamierzam o to powalczyć.
Jutro czterdziestka 😁
piątek, 20 marca 2020

Senność...2 dni

Jestem okropnie zmęczona. Niczym konkretnym, a tak naprawdę wszystkim dookoła. Życiem, dziećmi, mężem, rodziną bliższą i dalszą, znajomymi, dniem codziennym, byłą pracą, a głównie tym, co nie daje mi o niej zapomnieć. Ogólnie wszystkim. Chciałabym gdzieś sama wyjechać, pobyć w ciszy i spokoju z dała od cywilizacji. Ten tydzień właśnie taki miał być, miałam spędzać siedem cudownych dni poza domem. By pomyśleć i by odpocząć. I dupa. Nawet wielka dupa, bo teraz co najmniej przez miesiąc nigdzie się już nie ruszę. Miesiąc, phi, pewnie ze trzy miesiące, a to i tak przy optymistycznych prognozach.
Nawet teściu zaoferował się, że przyjedzie by zająć się dziećmi aż do weekendu, dopóki nie wróci ich ojciec. Ale przecież ojciec utknął gdzieś w centralnej Polsce i nawet nie wiadomo kiedy będzie miał możliwość przyjechać. Widzę, że kurewsko zmęczony i nie ma na nic czasu, nawet żeby pogadać, bo non stop na jakiś sztabach kryzysowych siedzi.
Pozwoliłam mu robić karierę, bo ja nie tylko nie miałam na nią widoków, ale też parcia, ambicji i zdrowia. Trzeba mieć w sobie jednak dużo samozaparcia i wiary żeby decydować się na taką drogę. U mnie z dyscypliną kiepściutko, a o wierze ( w cokolwiek) nie ma nawet co mówić.

Córka mówi, że od jutra ćwiczymy. Udało mi się ją przekonać, że lepiej od niedzieli. Lepiej zacząć od okrągłej daty.
Daję sobie rok na powrót do tego, co było przed wypadkiem, chorobą i depresją. Jak się nie uda, to już nie wiem co mogłoby się udać...
Jak się nie da poskładać do kupy starego życia, to trzeba będzie zacząć jakieś nowe. Może zamkniecie pewnych rozdziałów będzie lepsze niż to trwanie w zmęczeniu? Nie wiem.
A może potrzebuję po prostu żeby przyszła wiosna...
piątek, 20 marca 2020

Blisko, coraz bliżej... magiczna 3

Znów się spóźniłam i wskoczył mi nowy dzień.
Niech ta kwarantanna w końcu się już skończy, bo dostanę czegoś do głowy w tych czterech ścianach z trójką „bachorów”, która nie wie gdzie dać upust swojej energii i emocjom. Dziś dopadł nas kryzys i to kryzys przez duże K.
Dodatkowo nie mam gdzie rozładować tego napięcia i ogarniającej mnie powoli frustracji, bo prawie nigdzie nie wolno pójść. Podobno trzeba to rozchodzić, no to rozchodziłam, choć dystans niezadowalający, bo nadal czuję się paskudnie.
Zastanawiałam się ostatnio, czy kobiety też dopada kryzys wieku średniego, bo moja gospodarka hormonalna oszalała, a kwarantanna bynajmniej nie studzi libida. Procesy chemiczne w moim mózgu i ciele mnie wykończą. A podobno po czterdziestce nie będzie lepiej...
środa, 18 marca 2020

Wypalenie zawodowe...4 dni

Nie będę rozwodzić się szczegółowo nad objawami wypalenia zawodowego, o tym można przeczytać w wielu miejscach w internecie. Opowiem o jednym, który był dla mnie najbardziej przygnębiający i spowodował, że zdecydowałam się na radykalne odcięcie od szkoły.
Jak objawia się wypalenie?
U mnie chronicznym zmęczeniem, ogromnym stresem i niechęcią do wszystkiego, co wiązało się ze szkołą, otępieniem, problemami ze snem, zaburzeniami łaknienia. Najgorsze było jednak stadium braku poczucia osobistych osiągnięć i kompetencji w wykonywanej pracy. Każdego dnia coraz bardziej popadałam w przeświadczenie, że ja czegoś nie wiem, nie umiem, nie dam rady. A przecież w momencie gdy zaczynałam pracę wiedziałam jeszcze mniej, tak naprawdę nic nie wiedziałam, wszystkiego uczyłam się sama od początku.
I nie byłam przerażona, nie miałam poczucia, że
jak coś spieprzę, to będzie katastrofa. Natomiast w momencie, gdy wypalenie osiągnęło poziom maksimum, ja bałam się najprostszych czynności, podjęcia dziecinnych decyzji, wszystkiego. Uważałam, że jestem wręcz zbyt głupia, żeby coś dobrze zrobić, że stale wszystko robię nie tak, że nie wiem jak mam coś zrobić.
Moje nastawienie do własnych kompetencji i wcześniejszych dokonań sprawiło, że zaczęłam myśleć, że ja się po prostu do tego nie nadaję, jestem idiotką.
A przecież ukończyłam studia, jestem oczytana, obyta, interesuję się wieloma dziedzinami i mam dużą wiedzę nie tylko z literatury czy historii, ale też w zakresie sztuki, muzyki, filmu, a nawet mody. Zwiedziłam sporą cześć świata, znam się na ludziach, jestem otwarta, dowcipna i o wielu rzeczach można ze mną porozmawiać. A mimo to mój poziom wiary w siebie i we własne umiejętności ugrzązł pod kilometrową warstwą mułu.
Długi czas zajęło mi wyjście z tego stanu, jakieś osiem miesięcy. Pierwsze lekkie przełamanie tego braku zaufania do własnych zdolności przyszło w momencie gdy admini z kanapy powierzyli mi funkcję bibliotekarza. Niby nic, zwykła funkcja w serwisie. Funkcja, która dla większości jest tak mało ważna, jak zeszłoroczny śnieg, bo ani za nią nie płacą, ani nie przekłada się na wymierne korzyści w innych kategoriach. Ale poczucie, że ktoś cię docenia, potrzebuje, uważa, że masz wiedzę, że się znasz, że dzięki twoim zainteresowaniom można stworzyć coś fajnego, dało lekkiego kopa i pozwoliło uwierzyć, że może nie wszystko stracone. Teraz, kiedy od prawie miesiąca prowadzę tego bloga, piszę codziennie różne rzeczy, staram się przelewać myśli na „papier” widzę, że ta blokada stopniowo puszcza. Nie wiem ile czasu zajmie mi powrót do pełnej sprawności i odbudowanie tej utraconej pewności, ale póki mi się chce, to chyba nadal warto próbować.
Dobranoc wszystkim tym, którzy tu czasem zaglądają.
wtorek, 17 marca 2020

Impas twórczy i tylko 5 do końca

Powinnam zabrać się za pisanie, ale mi się nie chce. Powinnam, bo temat fajny, przemyślany, ma szansę, ale boże jedyny, tak strasznie mi się nie chce.
W zeszłym tygodniu wena pozwoliła na opracowanie planu i sklecenie choć kilku części. Co z tego, że wszystko mam w głowie, jak nie chce przelać się na papier. Najlepsze pomysły przychodzą wieczorem, ale wtedy jestem już tak zmęczona, że wolę położyć się w łóżku z książką niż siedzieć przy komputerze.
Powinnam się ogarnąć, bo coś z tym wolnym czasem trzeba robić.
Wypadałoby zacząć też liczyć bardziej na siebie, bo życie przewrotne bywa i nigdy nie wiadomo jak się potoczy. A skoro postanowiłam rzucić pracę, to miło by było znaleźć inne źródło utrzymania. Niby nie potrzebuję, ale to jednak motywuje i dowartościowuje, gdy jest się niezależnym.
Pecunia non olet jak mawiał Wespazjan. 😁
wtorek, 17 marca 2020

Po północy, ale przyjmijmy, że nadal 6 dni

Właśnie niedawno dodałam komentarz do artykułu o książkach erotycznych, więc nie będę dziś oryginalna i pozostanę przy tym seksie ciut dłużej.
"Homo sum humani nihil a me alienum puto” i nie rozumiem czemu tak bardzo wstydzimy się o tym czytać, a jeszcze bardziej wstydzimy się, że to czytamy.
Może to kwestia wychowania, światopoglądu, religijności? Moi rodzice nigdy w życiu nie rozmawiali ze mną o seksie, a potem mieli pretensje, jak dowiadywali się, że ich dziecko jednak coś o nim wie i o matko, jeszcze go uprawia. Nie wiem czego oczekiwali. Może seksu po ślubie? No to jak na rodzinę mało katolicką, trochę śmieszne podejście.
Każdy z nas ma jakieś tam życie erotyczne, jedni ciekawsze, inni nudniejsze. Jedni aktywne, inni sporadyczne. Ale jest takie jakieś dziwne przekonanie w tym społeczeństwie, że nie warto o tym mówić. Co tam nie warto, nawet nie powinno się. Nie rozmawiam z moimi znajomymi o ich czy moim seksie, to sprawa indywidualna, nie mam takiej potrzeby uzewnętrzniania się.
Ale to, że nie rozmawiam, to nie znaczy, że się tego wstydzę.
A czy jeśli ktoś czyta takie książki to czuje się niedowartościowany, niedopchnięty, czegoś mu brakuje? Erotyków, wbrew temu co się utarło, nie czytają tylko znudzone kury domowe po czterdziestce
(Jezusie, to niedługo już ja 😱🤪, bo czterdziestkę skończę za tydzień i od pół roku bawię się w kurę domową). Nie, erotyki czytają też kobiety ( i mężczyźni, znam kilku), które nie mogą narzekać na swoje pożycie.

I nawiązując do początku wpisu powiem, tak, lubię czytać książki erotyczne.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy dzień , a raczej wczorajszy, bo już prawie pierwsza w nocy i idę spać.



niedziela, 15 marca 2020

Pitu- pitu ...jeszcze 7 dni

W związku z tym, że ostatnie dni raczej nie obfitują w ekscytujące wydarzenia, będzie trochę o niczym, czyli nadal o mnie.
Dwa tygodnie temu wybrałam się do byłego wojewódzkiego miasta, w którym spędziłam cudowne cztery licealne lata. Teraz wysłałam tam też syna. A że dzieciom w pewnym momencie trzeba przeciąć pępowinę i pozwolić choć trochę doświadczyć samodzielności umieściłam go w internacie. (Córkę czeka to za dwa lata, natomiast najmłodszego w życiu nigdzie nie puszczę, tylko przykuję grubym łańcuchem koło domu.)
Sama mieszkałam w podobnym i uważam, że jest to bardzo dobra szkoła życia, jeszcze tego nie bardzo dorosłego, ale ucząca komunikacji, współżycia w nowym środowisku, wśród obcych ludzi, radzenia sobie z problemami i załatwiania często poważniejszych spraw. Ta czteroletnia emigracja dała mi bardzo wiele. Głównie dzięki temu zdecydowałam się wybrać studia dalej od domu, niż początkowo zamierzałam. Ściema. Tak naprawdę przyczyną wyjazdu na Lubelszczyznę był przystojny motocyklista, w którym bez pamięci i do szaleństwa zakochałam się będąc jeszcze w liceum. Rodzice byli średnio zadowoleni z tego związku, bo uważali że siedem lat różnicy to dużo (bez przesady, dużo to 20, nie 7), ale póki zaliczałam semestry z dobrymi wynikami to nie robili większej afery.
Pamietam, że gdy zdałam egzaminy w jednej z krakowskich uczelni ( żeby mieć jakąś alternatywę) stwierdziłam, że olewam kolejną i jadę prosto na egzaminy do Lublina. Ustne były okropne, bo jeden z panów w komisji ( zresztą mój późniejszy wykładowca gramatyki opisowej i językoznawstwa) koniecznie chciał mi udowodnić, że nie mam racji. Pisemne okazały się ciekawsze, ale najśmieszniejsze było to, że trochę pomyliłam godziny i mój absztyfikant za wcześnie po mnie przyjechał. Warkot motocykla na dziedzińcu skutecznie uniemożliwiał mi skupienie i w momencie, gdy komisja ogłosiła, że do końca pozostało jeszcze 30 minut i warto sprawdzić prace i poprawić ewentualne błędy, ja już stałam przy ich biurku oddając wypracowanie.
To był szalony związek, bardzo szalony. Pierwsza prawdziwa młodzieńcza miłość, taka, o której nie sposób zapomnieć i taka, którą wspomina się z rozrzewnieniem, nawet jeśli nie zawsze było kolorowo. Nie mamy kontaktu od momentu rozstania, czyli już 18 lat, choć wiem co u niego słychać, w tamtych stronach wciąż mam wielu znajomych. I choć często zastanawiam się co by było gdyby, nie mam poczucia, że źle zrobiłam wybierając inne życie. Czasami tylko brakuje mi tego szaleństwa w tym obecnym...
I tak od internatu przeszliśmy do miłości. Ja to mam rozstrzał ;))
sobota, 14 marca 2020

Wersja dla mamy...coraz mniej dni, tylko 8...

Dziś niewiele się działo.
Cudowny leniwy dzień z książką w łóżku, przynajmniej do 13.00. Potem musiałam wywlec dzieci do lasu na odludzie żeby się nie pozabijały przy planszówce. Kto by pomyślał, że taka gra może wzbudzać takie emocje. Następnie obiad, kanapa i kolejna książka.
Teraz po raz trzeci uprawiam już kanaping, leżing & booking 😂😂
w ciszy i spokoju, bo najmłodsze padło po zażyciu dzisiejszej nadspodziewanie dużej dawki świeżego powietrza, a starsi zaszyli się u siebie.
W związku z tym przypomniało mi się jak we wrześniu rozkoszowałam się pierwszym miesiącem bez pracy. Codziennie z audiobookiem na uszach robiłam trasę 6-8 kilometrów by potem, pełna energii, pobawić się w kurę domową.
No tak. Było, było i się skończyło w momencie, gdy moje niepokorne najmłodsze udało się po lekcjach na szkolne boisko, skąd wróciło w asyście trzech kolegów podtrzymując połamaną rękę.
I teraz najlepsze. Wersje połamania tej nieszczęsnej ręki są
trzy. W zależności komu ją przedstawiał, odpowiednio wzrastała jej intensywność i przybywało szczegółów.
Wersja dla mamy: biegłem, potknąłem się i upadłem. Ręka się złamała, nic nie mogłem na to poradzić.
Wersja dla lekarza: huśtałem się na huśtawce i spadłem. Nawet nie było wysoko, tylko spadłem na rękę i źle się podparłem.
Wersja dla kolegów: no wiecie, stałem na huśtawce, wysoko się huśtałem, żeby było lepiej wyskoczyć. No i potem skakałem i robiłem salto... no i raz się nie udało 🤦‍♀️
Ręka połamana tak, że trzeba było zdrutować kości. W sumie przeszliśmy trzy operacje.
I zamiast spokojnie cieszyć się zasłużonym bezrobociem spędziłam trzy miesiące jeżdżąc po szpitalach.
Na koniec stwierdziłam, że jeśli jeszcze raz wywinie mi taki numer i wciśnie kit w postaci „wersji dla mamy” , to przy kolejnej okazji może spodziewać się samotnych wakacji na koszt NFZ.
piątek, 13 marca 2020

Rozgrywki...9 dni do godziny 0

Kwarantanna na całego.
Co można robić w domu z trójką dzieciaków i nie zwariować?
Internetu w komputerze nadal nie udało się nam podłączyć, a mąż utknął w Warszawie na dwa tygodnie, więc jesteśmy niemal na peryferiach świata. Ale o dziwo, nie jest to taka zła sytuacja jakby się mogło wydawać.
Internet w telefonach wystarcza nam na zaspokojenie podstawowych potrzeb, a resztę czasu wykorzystujemy na inne rozrywki. Gotujemy, czytamy, oglądamy filmy, wychodzimy na długi spacer w najbardziej odludne tereny, gdzie nawet mieszkańcy się nie zapuszczają, więc skutecznie unikamy kontaktu z potencjalnymi zarażonymi i nosicielami. Ale przede wszystkim spędzamy cudowny czas na graniu w „Magię i miecz”. Ogólnie nie lubię planszówek, jednak ta jest wyjątkowa. To gra, przy której spędziłam kilka ostatnich lat podstawówki wraz z moimi znajomymi. Potrafiliśmy grać godzinami.
Kiedyś zobaczyłam ją na Allegro, chciałam kupić, ale ceny starej pierwszej wersji są tak bardzo wyśrubowane, że odpuściłam. Dwa lata temu zobaczyłam wznowienie w jednym ze sklepów z grami i postanowiłam kupić. Kupno kupnem, ale wypadałoby jeszcze w nią pograć. Niestety nie było chętnych, więc przeleżała na dnie szafy aż do wczoraj. Wczoraj mimo moich sprzeciwów dzieciaki zaanektowały cały jadalniany stół i zasiedliśmy do partyjki. Początki trochę trudne, bo niewiele pamiętałam z gry, którą rozgrywałam niemal 25 lat temu. Nienawidzę czytać instrukcji, więc postanowiliśmy pójść ma żywioł i douczyć się podczas grania. To były świetne cztery godziny i nawet nie wiem gdzie tak szybko zleciały.
Dzieciom tak się spodobało, że najmłodszy jak tylko się obudził od razu poszedł po rodzeństwo i oświadczył żebym się raczyła ruszyć bo gramy 😂.
Każdy wieczór upływa nam na rywalizacji o Koronę Władzy i muszę przyznać, że już dawno tak dobrze się nie bawiłam.
czwartek, 12 marca 2020

Job burnout...10 dni

Po dwóch załamaniach, wypadku, chorobie i rodzinnych katastrofach, aż dziwne, że byłam w stanie wrócić do pracy. Ale wróciłam. Choć nie na długo.
Była to z jednej strony jedyna, a z drugiej bardzo zła decyzja, wytrzymałam tylko dwa lata. Przypłaciłam je kolejnym załamaniem, pogłębieniem depresji i wypaleniem zawodowym.
W szkole zaczęłam pracować zaraz po studiach. To był skok na głęboką wodę, bo studia tak naprawdę nie przygotowały mnie ani na to, czego mogę się spodziewać, ani do pracy z dziećmi. I nawet jeśli teoretycznie miałam wiedzę, to praktycznie nie umiałam z niej skorzystać. Wszystkiego uczyłam się sama, małymi krokami doszłam do bycia nauczycielem i bibliotekarzem. Praktyki w szkołach to w większości wielka ściema, bo w dwa tygodnie w danej placówce nie jesteś w stanie poznać tego środowiska. Ale ok, skoczyłam i nie utopiłam się. Nauczyłam się pływać, a w niektórych stylach wyszłam nawet na prowadzenie i osiągnęłam mistrzostwo.
Trafiłam do miejsca, które stało się moim domem na kolejnych 15 lat. I mimo zdarzających się przepychanek z uczniami czy rodzicami ( bardziej jednak z tymi drugimi) coraz większej biurokracji i próbach umniejszenia tego zawodu w oczach społeczeństwa przez niektórych ministrów, było to miejsce, które uważałam za bardzo mi bliskie, a ludzi w nim pracujących niemal za rodzinę. Byliśmy zgranym i bezkonfliktowym zespołem. A rzadko się to zdarza. Nikt nie robił większych problemów, bo te małe zdarzają się wszędzie. W szkole znalazłam prawdziwą przyjaciółkę, jedną z trzech jakie posiadam, ale tych prawdziwych zawsze jest deficyt. Znalazłam ją dość późno, ale jest wspaniała.
Skoro było tak dobrze, to co się zepsuło? Czynników było zapewne wiele, najważniejsze to ja i ON. Ja zepsułam się tylko trochę, ON osiągnął najniższy, najprymitywniejszy poziom zepsucia. I nie jest to moja odosobniona opinia. Zauważyli i odczuli to wszyscy pracownicy. Każdy z inną intensywnością. Ośmieszanie, publiczne upokarzanie, pokazy siły i władzy stały się codziennością. Ja im umiałam powiedzieć dość, inni nie mieli takiej możliwości.
Czemu mając świetnego specjalistę w jednej dziedzinie nie umiemy go docenić i szanować? Czemu przerzucamy go z miejsca na miejsce, gdzie nie jest w stanie zdążyć zrealizować tego, co mógłby pokazać. I to nie dzieje się tylko w szkołach, w każdej branży zdarzają się takie rzeczy.
Od czego sie zaczęło? Wydaje mi sie, że od początku mnie nie lubił, ale wybroniłam się tym, że jestem sumienna, dokładna, bardzo zaangażowana, pomysłowa, twórcza. Jestem, wróć, byłam najlepszym bibliotekarzem jakiego miał. Większość z tych 15 lat przepracowałam wśród książek i czytelników tylko czasem łącząc to z etatem nauczyciela. Nie cierpiałam uczyć, kochałam pracę w bibliotece. On o tym doskonale wiedział, a mimo to co roku dokładał kolejne klasy i zajęcia rewalidacyjne. W momencie, gdy głośno powiedziałam to, o czym każdy mówił i myślał, przekroczyłam linię, zza której powrót okazałby się niemożliwy na dawnych warunkach.
Łatwo jest rzucić pracę? Jeśli masz gdzie odejść to tak, bardzo łatwo.
Ja miałam gdzie, moi koledzy oraz wielu nauczycieli w Polsce nie widzi, lub nie chce zobaczyć innych możliwości. Ale nie oceniam.
środa, 11 marca 2020

Wyrwać się z marazmu umysłowego...11 dni

Po co zaczęłam pisać tego bloga?
Żeby ktoś to czytał? Nie.
Żeby się wygadać? Na początku myślałam, że tak, że głównie po to i w jakimś stopniu to zrealizowałam.
Żeby się pożalić? Podobnie jak wyżej.
Żeby przepracować temat własnej choroby? Prawdopodobnie też.
Teraz doszłam do wniosku, że nadal nie chcę i nie umiem otwarcie powiedzieć o wielu rzeczach, ale to systematyczne pisanie pomogło mi przynajmniej uruchomić umysł i „pióro”.
Odkąd odeszłam z pracy w szkole, dopadła mnie stagnacja umysłowa, posucha literacka, marazm twórczy. O tym, dlaczego rzuciłam to w diabły, może opowiem innym razem, teraz nie mam zbyt wiele czasu.
Od ponad roku nic nie napisałam. Nawet najkrótszej opinii nie byłam w stanie sensownie sklecić. Czułam się, jakbym miała jakąś blokadę, a napisanie kilkudziesięciu zdań na jakikolwiek temat przerastało moje możliwości.
Teraz, po tym ponad dwutygodniowym treningu systematycznego przelewania myśli na „papier”, coś drgnęło. Znów mi się chce, a to raczej dobrze wróży.
Bo póki jeszcze nie mam nawału pracy w związku z prowadzeniem firmy, mogę ten wolny czas jakoś produktywnie wykorzystać. Nic nie dołuje tak, jak przesiadywanie przed tv i skakanie po nudnych i ogłupiających programach. Wówczas zawsze czuję, że zmarnowałam kolejny dzień na pierdoły.
wtorek, 10 marca 2020

Terminy gonią, a do końca tylko 12 dni

W marcu jak w garncu: rano sypnęło śniegiem, od południa słońce.
Po czym poznaję, że wiosna już przyszła? Po raz pierwszy w tym roku zabrałam się za porządki w ogródku i przed domem.
To jest właśnie pierwsza oznaka nowego. Niestety nie skończyłam, bo zastał mnie wieczór i niewiele już widziałam.
Jutro przydałoby się skończyć nie tylko ogródek, ale i projekt literacki i referat, na którego wygłoszenie przed uczestnikami Uniwersytetu Trzeciego Wieku zgodziłam się już jakiś czas temu. Mam też zaległe artykuły dla kanapy, które miały ukazać się już w lutym. Nie wyrabiam, a moje lenistwo bynajmniej mi w tym nie pomaga. Chyba muszę poczuć nóż na gardle, żeby w końcu nadgonić z terminami.
Eh...

poniedziałek, 9 marca 2020

Zmęczenie...13 dni

Dziś nie napiszę nic.
Dziś połowę dnia spędziłam na pisaniu czegoś innego, więc nie bardzo mam ochotę i siłę na rozwijanie kolejnych wątków.
Jutro też może być posucha, bo z tym, co teraz mam na tapecie, muszę wyrobić się do 22 marca. To będzie ważny dzień z dwóch powodów. Jeden zdradzę jak przyjdzie czas, drugiego nie, bo nie chcę zapeszać.
Ale zawsze możecie trzymać kciuki, będzie mi miło ;))
{}