Avatar @MAD_ABOUT_YOU

@MAD_ABOUT_YOU

Bibliotekarz
53 obserwujących. 32 obserwowanych.
Kanapowicz od 11 miesięcy. Ostatnio tutaj 24 minuty temu.
{} blog_8_dzien_tygodnia
{} Napisz wiadomość
53 obserwujących.
32 obserwowanych.
Kanapowicz od 11 miesięcy. Ostatnio tutaj 25 minut temu.

Blog

czwartek, 24 września 2020

A góry nade mną jak niebo, a niebo nade mną jak góry

Miało być burzowo i brzydko od rana, a było nieziemsko cudownie.











Co mi tam teraz przepisywanie zeszytów z najmłodszą mękołą, co mi tam krzyki i płacze, że on nie będzie, co mi tam powtarzanie słówek i nauka dzisiejszych lekcji skoro dzień zaczął się takimi widokami. Niewiele rzeczy będzie mnie dziś w stanie wyprowadzić z równowagi...oby ;)))

{}× 10
środa, 23 września 2020

Odpowiednia motywacja zdziała cuda

Chorujemy i siedzimy w domu.
To znaczy moje dwa chłopaki chorują na ciele, a ja przez ich niedomagania zaczynam chorować na duchu i mam galopującą nerwicę. A to dopiero środa i trzeci dzień choroby, co będzie pod koniec tygodnia? Aż strach się bać.
No więc siedzimy w domu i uzdatniamy nauczanie rodzinne, które wyglada tak:
- przy najstarszym: czy ty możesz w końcu wstać z tego łóżka i zabrać się za naukę? Albo jak już leżysz to chociaż weź książkę i poczytaj. Albo przepisz wczorajsze lekcje, poucz się coś, powtórz. Nie każę ci przecież ślęczeć nad książkami 10 godzin, ale co wejdę do ciebie to ty leżysz i albo pykasz na telefonie, albo na laptopie, a skoro masz na to siłę, to znaczy, że choroba nie jest z tych śmiertelnych.
-przy najmłodszym: chodź już wreszcie robić to zadanie (30 min później). Czy raczysz wreszcie tu przyjść ? (kolejne 30 min później) Jak w tej sekundzie nie posadzisz dupska na krześle i nie zaczniesz przepisywać, to możesz być pewny, że przez najbliższy tydzień prądu nie będzie akurat tylko w komputerze i gniazdku, w którym ładujesz telefon.
Na miłość boską, oszaleję przy nich.
Dzisiejsza nauka najmłodszego odbyła się wręcz w tempie ekspresowym, wystarczył mały motywator.
- Mama, głodny jestem.
- Przecież przed chwilą zjadłeś obiad 😱
- Ale jestem głodny. Może zamówisz pizzę?
- Nie!
-Nie?
-Nie. Od wczoraj uczysz się tego alfabetu na angielski, za chwilę zwali się nam tyle materiału, że nie ogarniemy, ale ty jak zwykle masz czas. Więc nie.
- A jak się nauczę to mi zamówisz?
-To się może zastanowię i się zobaczy...

Minutę później powtórzył mi pięć razy z rzędu alfabet po angielsku, bez zająknięcia.
Może trzeba było już wczoraj zjeść na obiad tę pizzę 🤔
{}× 11
środa, 16 września 2020

Kobiecie wieku się nie przypomina :))

Wczorajszy wieczór zakończył się mocnym akcentem.
Leżymy z młodym w łóżku, dopiero co skończyliśmy czytać pierwszy rozdział jego lektury. Skoro jeszcze miałam trochę siły, postanowiłam nadrobić kilka stron zaległości w moim własnym stosiku wstydu. Rozparłam się na poduszkach, ustawiłam lampkę tak, żeby go nie raziła i zabrałam się za czytanie. Młody w tym czasie jednak postanowił wygramolić się z pieleszy i powędrować do łazienki. Idąc rzucił okiem na okładkę mojej książki.
- Mama?
-Yhy
- Co ty masz w ręce?
- Książkę.
- A ty wiesz co to za książka?
- No wiem, trudno byłoby nie wiedzieć, skoro już ją prawie kończę.
- Mama, a ty zdajesz sobie sprawę z tego, że ty masz już czterdzieści lat i czytasz książkę dla dzieci?? I jeszcze jakieś najpiękniejsze opowiadania dla dziewczynek?

No i zgłupłam 😳🥴😂😂

{}× 16
sobota, 12 września 2020

Cwaniactwo nie popłaca

Dzisiejszy poranek rozbawił mnie totalnie i dał niezły początek na cały dzień, który okazał się być bardzo udany.
Moja najmłodsza nadpobudliwa latorośl nienawidzi szkoły, nic niezwykłego wśród uczniów, choć z całej mojej trójki on akurat najbardziej. Codziennie wstajemy o 7.00 (inni mają gorzej, więc nie rozwijam tematu by nie denerwować tych, co wstają o 6 i wcześniej) by zdążyć się ubrać, zrobić jakieś kanapki i w 12 minut dojść do miejsca jego kaźni. Dziś sobota, więc była okazja trochę dłużej pospać. Mój syn chciał mnie przechytrzyć, co niestety mu się nie udało, przechytrzyłam cwaniaka nawet nie mając o tym pojęcia.
On: Mama, a wiesz, że ja obudziłem się już ponad godzinę temu, ale potem znów zasnąłem?
Ja: Ok, i co w związku z tym?
On: Obudziłem się i tak sobie pomyślałem, że nie będę robił hałasu, to może ty też się jeszcze nie obudzisz.
Ja: To bardzo ci dziękuję, że pozwoliłeś mi dłużej pospać.
On: To nie było tak. Bo wiesz, ja sobie tak pomyślałem, że jak ty będziesz spała, to zaśpimy i nie trzeba będzie pójść do szkoły. A potem jak się znów obudziłem to sobie przypomniałem, że jest sobota i wcale się nie ucieszyłem.
Ja: A dlaczego??
On: Bo jakbym wstał już za pierwszym razem to mógłbym grać na telefonie ponad godzinę, a tak to zmarnowałem kupę czasu na leżenie w łóżku 😂😂

Kocham tego cwaniaka 🥰😍
{}× 16
piątek, 11 września 2020

Mały bluźnierca- inspirowane wpisem Jagrys

Przeczytałam wpis koleżanki Jagrys z wielką przyjemnością. Od jakiegoś już czasu zastanawiam się (i nie tylko ja, ale również wielu moich rozmówców) dokąd to my, czyli nasze społeczeństwo i świat, zmierzamy w tej naszej hiperpoprawnej wizji myślenia, mówienia, kochania, wierzenia, jedzenia i wszystkiego do czego się tylko można wtrącić i przyczepić.
I właśnie w związku z tą poprawnością przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku lat.
Życiowy przykład nadużywania owej poprawności nawet w odniesieniu do najmłodszych. Pewnego razu w szkole mojego chrześniaka w poważnym mieście, byłej stolicy naszej zacnej ojczyzny, ojciec zostaje wezwany do szkoły bo syn zachował się, jak to zostało ujęte w uwadze przez panią nauczycielkę, "w skandaliczny sposób wobec kolegi". No więc ojciec poszedł, wysłuchał, oczy wytrzeszczył, zdębiał i nie wiedział co powiedzieć. Fakt, że po odzyskaniu rezonu nie wytrzymał, i powiedział kilka słów paniom ze świetlicy, ale początkowo miał wrażenie, że cofnął się do średniowiecza. Ale wracając do meritum. Wszystko, za co ojciec z synem zostali "zbesztani" rozeszło się o to, że mój wówczas pięcio lub sześcioletni chrześniak na świetlicy powiedział do kolegi: "o, a ty jesteś czarny". No i teraz zagwozdka, jak wg współczesnych standardów poprawności rasowej i wszelkich innych poprawności, małe dziecko ma się zwrócić do kolegi, który ma ciemną/czarną skórę??? Może : "o, a ty jesteś Afroamerykanin?" Ale w Ameryce nie jesteśmy, to może Afropolak? Czy tylko mi wydaje się, że jest to tak śmieszne, że aż głupie?
Dziecko nie powiedziało tego ani w formie prześmiewczej, ani by specjalnie obrazić kolegę, stwierdziło po prostu fakt, że jego kolega jest czarny. Całą aferę rozdmuchali dorośli, którzy w dobie, kiedy nic nam nie wolno powiedzieć, bo ktoś się obrazi, chyba chcą być bardziej papiescy niż sam papież.
Po powrocie ojciec pyta syna jak doszło do tego "skandalu".
No więc syn mówi: Wszedłem na świetlicę, a tam były już jakieś dzieci i był nowy chłopiec i tato, ja zobaczyłem czarne nóżki, potem czarne rączki , a potem spojrzałem wyżej i zobaczyłem czarną buzię i powiedziałem do niego, że jest czarny. Ale ja tato naprawdę nie wiedziałem, że on nie jest czarny.

Też bym zgłupiała, jakby mi ktoś wmawiał, że czarne nie jest czarne, a białe nie jest białe.

Uważam, że każdemu należy się szacunek, ale zakłamywanie i naginanie rzeczywistości by się komuś przypodobać nie spowoduje, że nabierzemy go do innych tylko dlatego, że ktoś tak chce. Szanuję człowieka nie dlatego, że jest wierzącym lub ateistą, że sympatyzuje z prawą lub lewą stroną polityczną, sypia z nim lub z nią, je mięso lub tylko dary natury, pracuje w biznesie lub jest sprzątaczką, ma czarną lub białą skórę. Szanuję człowieka, który jest człowiekiem i umie zachować się jak człowiek, a nie burak, bydlę lub cham. Inne rzeczy mnie nie interesują.


{}× 19
poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Poranna nuda

Wstałam o nieludzkiej porze (przed ósmą 😱😂), a że dzieciarnia jeszcze kima, to tak pykam po tym telefonie żeby się czymś zająć, bo nie bardzo mam ochotę na czytanie książek z rana.
Postanowiłam przejrzeć i powyrzucać stare SMS-y.
Znalazłam kilka perełek, przy których się znów pośmiałam.

Jedna z sytuacji sprzed pandemii:

Stoję na przystanku w deszczu i czekam na busa. Trzymam parasol pod który ładuje mi się jakiś facet i pyta czy może i że on chętnie potrzyma. Mówię że ok, ale zaraz NA PEWNO przyjedzie mój bus i wtedy zabiorę. Pan że ok.
Zerka, lustruje i pyta: a pani nie zimno w tych skarpetkach? ( mam stopki i nogawki nad kostkę), mówię że nie. Pan niezrażony:
-A pani tutejsza? (Mówię, że tak) Nie poznaję pani, a gdzie pani mieszka?
Ja: Tam gdzie zawsze od urodzenia.
-Czyli gdzie?
Ja: W domu.
W końcu skojarzył i mówi: a już pamiętam, kojarzę, ale wyładniała pani.
Ja: yyyhy 🥴🥴
-A zawodowo to pani pracuje?
Ja: pracowałam i już nie pracuję.
Pan lustruje dalej ( zapomniałam dodać, że od pana wali jak z gorzelni i jeszcze bliżej się przysunie i będę mogła wydmuchać przynajmniej pół promila) i w końcu nie wytrzymuje i pyta:
- A mąż jest??
Ja: Owszem i troje dzieci.
Pan: oj, taki kłopot
😂😂😂😂😂

Pół godziny później, kolejny „męczyzna”, tym razem o wyglądzie byczka z siłowni i pewnie ze dwadzieścia lat młodszy, próbował dosiąść się do mnie w busie.
- Czy tu wolne? Zerknął zalotnie (albo wydawało mu się, że to jest zalotnie).
-Niestety nie.
-Ale widzę, że nikt koło pani nie siedzi.
- Nie lubię z nikim siedzieć.
-A co pani robi?
- Czytam.
-A co, jeśli można wiedzieć? ( i stoi ciołek nade mną, zęby szczerzy i nie chce odejść). Może byśmy się zaznajomili?
- 😳🥴🤦‍♀️ Książkę. I nie dziękuję. Ubrałam słuchawki i podgłośniłam muzykę.
Pan zerkał co jakiś czas, posyłał uśmiechy. Nawet się trochę przestraszyłam, że wysiądzie razem ze mną i będzie się chciał „zaznajamiać”. Na szczęście wysiadł wcześniej.

Po powrocie mówię do koleżanki, że już nigdy nie będę obcinać sama włosów, bo raz to zrobiłam i nie mogłam opędzić się od podejrzanych absztyfikantów.
Jak człowiek potrzebował zainteresowania, to nie było chętnych, teraz se przypomnieli, jak już nie potrzebuję.
W tym wieku to ja myślę raczej o tym jak pozbyć się tego, którego już mam, bo mnie czasem denerwuje, a nie o szukaniu kolejnego problemu.

Dziwię się niezmiernie i wciąż mojemu znajomemu, który przed ołtarzem staje tak często jak ja odwiedzam lekarzy specjalistów. Ja się nie mogę raz porządnie rozwieść, a on w ciągu ostatnich 16 lat już się trzy razy ożenił. Można? Można 😂😂

Oczywiście żartuję, bo ogólnie rzecz biorąc to lubię mojego męża, choć faktycznie czasem mnie denerwuje. Ale że jestem wyrozumiałą żoną, to jestem w stanie przymknąć oko na jego fanaberie i upierdliwość 😉


{}× 13
wtorek, 4 sierpnia 2020

Morda w kubeł i ani mru mru...

Dziś zobaczyłam nowy konkurs w naszym kanapowym dziale rozrywki i przypomniał mi się pech nad pechy, więc postanowiłam się nim podzielić. A że większość jednak nie odwiedza strony konkursowej, to zamieszczam go również tu. Ku radości innych i ku mojej pamięci.
Czerwiec 2020, Boże Ciało, weekend w pełni, grill, kiełbaski i armagedon.
Moje najmłodsze ADHD znów złamało rękę (od września 2019 to już trzeci raz). Jak tylko usłyszałam wrzaski przed domem wiedziałam, że nie jest dobrze. Pomijam moją histerię, w którą wpadłam jak go zobaczyłam, męża, który stojąc nad ryczącą żoną nie wiedział, czy najpierw "mordować" niedobre dziecko, czy pocieszać mnie, płaczącą córkę i wrzeszczącego ze złości najstarszego. Najgorzej było potem.
Domowi mężczyźni byli po piwie, więc goszcząca u mnie koleżanka, która jest prokuratorem, zaoferowała się, że zawiezie mnie do szpitala. Ja nie mam prawa jazdy, a mąż przecież nie pojedzie. Więc wszyscy wpakowaliśmy się do samochodu i jedziemy. Mówię do znajomej:
ja: O boże, to już trzeci raz, niecały rok, boże, jestem okropną matką, zobaczysz, pewnie lekarze pomyślą, że go biję i wezwą kogoś z pomocy społecznej żeby odebrać mi dziecko. O boże, jakby co, to będę cię wołać na pomoc.
ona: Głupia jedna, oszalałaś, nikt tak nie pomyśli, to był upadek, poprzednie złamanie nie zdążyło się jeszcze zrosnąć (od kwietnia), takie rzeczy się zdarzają, nie przywiążesz go przecież do kaloryfera, choć nie zaszkodzi spróbować ;)p
Dojechalismy na SOR, przeszliśmy "odprawę covidovą", zostaliśmy przyjęci (ale tylko my, mąż i koleżanka zostali przed szpitalem) i wysłani na rentgen. Jeszcze trochę i młody zacznie świecić, tak często nas na niego wysyłają.
Wróciliśmy, czekamy pod gabinetem na ponowne przyjęcie. Nagle otwierają się drzwi, a z SOR-u wychodzi dwoje policjantów. Zbladłam, zrobiło mi się niedobrze i słabo, na szczęście siedziałam, bo chyba bym się przewróciła.
Wyszli, popatrzyli na mnie, odeszli na bok i gdzieś dzwonią. Pan p. co chwilkę na mnie zerka i coś do pani p. szepcze. Ja cała w nerwach, pot zalewa mi oczy, ręce się trzęsą, nie wiem co robić. W końcu pan p. podchodzi do mnie i młodego. Oczami wyobraźni widzę jak wyprowadzają mnie w kajdankach, a dookoła tłum paparazzi, którzy wrzeszczą: dlaczego pani to zrobiła??? O mało się tam nie popłakałam.
Pan p. patrzy na mnie i zapewne się dziwi, dlaczego zachowuję się tak dziwnie i w końcu pyta:
- Czy pani jest może żoną X ?? (tu padło nieznane mi nazwisko)
ja: Że co? Słucham? Nie bardzo rozumiem.
pan p.: - Pytałem, czy pani jest żoną tego pana, który został tu przywieziony po bójce i zachowywał się agresywnie w gabinecie.
Ja, nadal patrząc na niego jakby mówił do mnie po chińsku, w końcu załapałam (kulki się zderzyły i mnie olśniło), z głośnym świstem i ewidentnym poczuciem ulgi wypuściłam powietrze z płuc i rzekłam: Nie, ja tu tylko z synem przyjechałam, a potem się popłakałam.

Nie licząc pechowego prima aprillis, po którym odkochałam się w ciągu sekundy i o którym pisałam przy okazji jakiegoś konkursu kanapy, to wydarzenie było najbardziej pechowym z pechowych, choć tak naprawdę wszystko dobrze się skończyło. Interwencja znajomej prokuratorki nie była potrzebna, policjanci okazali się bardzo sympatyczni i pocieszali, że przecież dzieci co chwilę coś łamią i żebym się nie martwiła, a niektórzy lekarze podeszli do tego bez większych emocji. Pewnie widzieli w jakim jestem stanie i woleli już się nie pastwic nad roztrzęsioną matką. Za co im dziękuję. Nawet próbowali żartować, żebym się im tam nie załamała, bo mieliby kolejny kłopot.
Ale jak pech to pech, czasem pech do sześcianu. Tylko dlaczego zawsze u mnie.

A nauka płynąca z tego wydarzenia: Morda w kubeł i żadnej wizualizacji najgorszych scenariuszy, bo nigdy nie wiesz, kiedy się zrealizują.

{}× 14
środa, 22 lipca 2020

Baju baju

Wczorajszy wieczór. Leżymy w łóżkach, najmłodszy pyka coś na komórce, którą bez mojej zgody dostał od ciotki na komunię.
- Odłóż w końcu to coś. Może byś już poszedł spać.
- Nie jestem śpiący. Mama, poczytamy dziś coś? Co masz?
- Czerwonego Kapturka.
-Co? Znowu Kapturka. Przecież czytaliśmy już kilka razy.
-To inna wersja, zobacz jakie ma piękne ilustracje.
No więc poczytaliśmy. Choć to chyba był błąd, bo po lekturze zaczęły się dylematy.
- Mama. Co ty mi tu za bzdury opowiadasz. Przecież wilk nie może połknąć nikogo na raz. Jaką on musiałby mieć wielką paszczę.
-To jest bajka, w bajkach wszystko jest możliwe.
- Mama, a jak ona z babcią mogły przeżyć w tym jego brzuchu? Przecież tam są kwasy żołądkowe, które by je strawiły, nie mogłyby się ruszać.
-Przecież mówię, że to BAJKA, a w bajkach są różne nieprawdopodobne sytuacje.

Im młodsze, tym mniej uświadomione i każdy kit łykną. Ze starszymi trudniej, nie nabiorą się i trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby wybrnąć z podbramkowych sytuacji. Postanowiłam więc odpuścić klasykę i wziąć na tapetę coś bardziej współczesnego. Od jutra druga część Karolci. Pierwsza bardzo mu się podobała.
{}× 10
czwartek, 16 lipca 2020

Równowaga w świecie musi być zachowana

Skoro po tygodniach spontanicznego łażenia po górach, okazjonalnej jazdy na rowerze i codziennym kilkugodzinnym zachrzanianiu na szmacie udało się zrzucić trochę ciała, jest powód do świętowania. Zadziwiające, że pierwsze co znika to nie nadprogramowy balast z brzucha, nóg czy d...ka. Jak zwykle ubywa w cyckach. 😩 Taka damska przypadłość 🤦‍♀️
Niebezpiecznie jest dopuścić do tego, by ziemia zaczęła przechylać się na jedną stronę🤪. Dlatego natura świetnie to urządziła. To jak efekt motyla, jak jeden chudnie na półkuli zachodniej, to ten na wschodniej nagle tyje. Dlatego dziś z koleżanką i naszymi córkami postanowiłyśmy nie dopuścić do tego, by jakiś nieszczęśnik po drugiej stronie świata zbytnio przybrał na wadze.



To (plus trzy inne desery niestety nie uwiecznione na fotkach) było MEEEEGA pyszne. I wcale nie miałyśmy wyrzutów sumienia z powodu takiej ilości cukru i kalorii. Niebo.
{}× 12
niedziela, 12 lipca 2020

Na czasie...



„...Obiecuje tak wiele
W słowa prawdę owija
Gdy uklękniesz dłoń poda
Lecz umie też zabijać...”

{}× 6
niedziela, 5 lipca 2020

Znalezione nie kradzione

Miętkie mam to serce, strasznie miętkie. Ale jeśli nie wezmą mnie do nieba (w ubłoconych butach) w ramach tego, że od dziesięciu lat cierpliwie znoszę moje najmłodsze i jeszcze przy nim nie zwariowałam, to za to, to już na bank. A ów gwarant nieba leży na różowym kocyku. To już drugi, a nawet czwarty licząc uczciwie. O trzech poprzednich napiszę kiedy indziej.

Poznajcie Dextera. Choć miała być Inka, tylko niestety okazała się kocim facetem, a poza tym podobno nie powinno nazywać się nowych zwierząt imionami tych, które już od nas odeszły. Nie wiem skąd mam takie przeświadczenie, pewnie ktoś mi o tym mówił. No więc zanim Dexter został Dexterem miał być jeszcze Bobem lub Benem, ale ostatecznie dzieci zadecydowały inaczej. No więc Dexter jest u mnie od tygodnia i ma jakieś dwa lub trzy miesiące.
Moja kuzynka przywlokła mi go w zeszły piątek, bo sama nie mogła wziąć (dzieciaki uczulone), a ona bała się, że zjedzą go kuny, których pełno koło jej pracy. Jakimś cudem udało się im go złapać, choć dzikus straszny był, chyba niczyj i do człowieka nieprzyzwyczajony. Tak na mnie patrzyła, tak patrzyła (a on darł się w pudełku po butach), że się zgodziłam.
Pierwsze dwa dni spędził pod kanapą wyganiany tylko na jedzenie i "toaletę". Żeby go wydobyć trzeba było przesuwać pół mebli, ale jest jeden plus, bo jeszcze nigdy nie miałam tak czysto w tym miejscu :))
W poniedziałek obskoczyliśmy weterynarza, który odrobaczył i zakroplił co trzeba, dał antybiotyk na oczęta i kazał się zjawić jak skończymy dawkę. Od wtorku kot zdążył "oznaczyć" mi już całe mieszkanie, bo ogólnie mówiąc ma sracz...ę. Tylko latam ze szmatą, odświeżaczem powietrza i takim psikaczem neutralizującym zapach kocich wiadomo czego. Podkłady higieniczne porozkładane po całym domu, firanki zawinięte i leżą na parapetach, bo jak musiałam je wyprać 5 razy z rzędu, to mi się odechciało i wolę, żeby leżały. Z kuwety korzysta jak zdąży dolecieć :)))
Starsze koty zazdrosne jak diabli (a mały bardzo przyjazny i nie rozumie czemu ruda na niego fuczy) i obrażone śpią na polu, a kociak zajął kanapę, a w nocy zaanektował mi jeszcze łóżko w sypialni. Nie dość, że w tygodniu dzielę je z najmłodszym, to teraz jeszcze doszedł kot. Zero prywatności normalnie.
Pierwszego dnia chciałam bardzo go komuś opchnąć, bo jak pomyślałam, że jak mąż wróci to ja z tym kotem wyląduję pod mostem, i się trochę przestraszyłam. Mówię do córki : Może na te dwa dni schowamy go w piwnicy, tata się nie zorientuje. A ona: No co ty, przecież i tak będziesz musiała mu kiedyś powiedzieć :)) (normalnie czaiłam się z nim jakby o jakąś zbrodnię chodziło i nie wiedziałam jak wyznać prawdę gdzie ukryłam ciało)
Mąż wrócił późno w nocy, łazi po domu, łazi, kręci się, coś składa, coś wyjmuje, a kot grzecznie leży na dywanie pod stolikiem, bo chyba wyczuł, że nie należy rzucać się za bardzo w oczy. Pan nie zauważył, odetchnęłam z ulgą. Ale jak przechodził z salonu do sypialni od niechcenia kątem oka rzucił w tamtą stronę. Przystanął, cofnął się dwa kroki, popatrzył na kota, popatrzył na mnie i stwierdził:
-Oszalałaś???
Na co ja, broniąc się nieudolnie zwaliłam wszystko na kuzynkę:
-H. przyniosła, taki biedny, malutki, co miałam zrobić?
-Nie brać -odparł.
-No jak mogłam nie wziąć, przecież by umarł.
- A miliony innych na świecie jakoś żyją, a ten akurat bez ciebie to by sobie na pewno nie poradził? Co?- skwitował i poszedł spać.
Dziś, rozmawiając z sąsiadem, stwierdził, że jego żona musi być bardzo bogata skoro przywlokła do domu kolejnego kota, na którego pójdą jego ciężko zarobione pieniądze, ale nic więcej. Uznałam to za przyzwolenie i zgodę. I takim oto sposobem Dexter stał się pełnoprawnym członkiem rodziny M.


Czyż nie jest słodziaśny? No jest :)))
{}× 13
wtorek, 30 czerwca 2020

Królestwo za mgłą, czyli o Auschwitz jeszcze słów kilka...

A kiedy młodość przegrana,
cierpieniem i głodem zmiażdżona
Cóż pozostanie?
Krzyk ciszą się stanie …
…w królestwie za mgłą

O Auschwitz można czytać, o Auschwitz można słuchać, ale Auschwitz pozna się dopiero wówczas, gdy przemierzy się go po śladach tych, którzy stworzyli to miejsce. Bez tego pozostanie on tylko namiastką zła, minioną historią, zatartym wspomnieniem. A nie powinien. Powinien być jak otwarta rana boląca tych, którzy są i którzy nadejdą, wołaniem grobu o sprawiedliwość , pamięć i szacunek, wyrzutem sumienia, który już nigdy nie dopuści by historia zatoczyła krąg.

Niech to będą ślady nie tych, którzy wydali rozkaz budowy, ale przede wszystkim tych, którzy zbudowali go swoim cierpieniem, łzami, głodem i krwią. Którzy w jego obrębie pracowali do utraty sił i życia. Którzy do ostatniego tchnienia pokładali wiarę w swojego Boga, lub tych, którzy wiarę w niego stracili po zaledwie kilku dniach pobytu w tym piekle.
Którzy przestali być ludźmi, walcząc jak zwierzęta o każdy okruch chleba lub, mimo głodu, bólu, cierpienia i upodlenia, do końca zachowali resztki człowieczeństwa.

Ci z bogiem w sercu i przekleństwem na ustach, na granicy życia i śmierci i koszmarnego snu i niemożliwej do zniesienia jawy.

Ale nie mnie i nie nam wszystkim ich oceniać.

To był koniec stycznia 2015 roku, niedziela, nazajutrz miały rozpocząć się obchody 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Urwałam się z zajęć podyplomowych. Optyka nie była czymś, dla czego mogłabym poświęcić tak piękny dzień.

Można spróbować opisać to, co się tam wydarzyło, ale jeszcze lepiej można to pokazać. Zapraszam na wędrówkę śladami tych, którzy odeszli. To trudna lekcja, ale warto ją odbyć by wiedzieć, zrozumieć i pamiętać.













Myślałam, że skoro już tak dużo o tym Auschwitz czytałam i wiem, to mnie to nie ruszy. Byłam w błędzie. Ruszyło, ogromnie. Ciężar zbrodni i tego wszystkiego co tam zobaczyłam, dotarł do mnie dopiero na drugi dzień, jak już "przetrawiłam" zmęczenie fizyczne. Psychicznie nie mogłam pozbierać się jeszcze przez kilka.
Do dziś nie mogę zapomnieć. A przecież byłam już w kilku obozach. Byłam w Dachau, byłam na Majdanku (nawet ze starszymi dzieciakami), w Bełżcu, Sobiborze, w Stutthofie.
Może jeszcze tylko Bełżec wywarł na mnie równie duże wrażenie, głównie dlatego, że to właśnie tam trafili Żydzi z mojego miasteczka, w dwóch transportach. Przynajmniej ci, których Niemcy nie zdążyli wymordować na miejscu, którzy nie zginęli w drodze do Nowego Targu lub których nie zagazowano (głównie dzieci) w podstawionych na peronie w Nowym Targu wagonach. Z okolicznych wsi i miasteczek również. Tak wielu. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że prawie całe Podhale pojechało właśnie w tę stronę. Byłam święcie przekonana, że prędzej trafiali do Oświęcimia.



Teren Auschwitz-Birkenau zwiedzałam z przewodnikiem. Następnym razem, bo będzie następny raz, tylko czekam, aż córka skończy 16 lat i będę mogła zabrać tam dzieciaki, pójdę już bez przewodnika i rozłożę to na dwa dni. I skoro byłam już zimą, to chciałabym zobaczyć go również latem i jesienią. W sumie nie dowiedziałam się nic, czego nie wiedziałam, ale może to wina skrótowości, jaką pani musiała zastosować, by zmieścić się w przeznaczonym na zwiedzanie czasie. Natomiast raz złapałam ją na czymś, czego ona nie wiedziała, a ja tak. Później mnie unikała i niechętnie odpowiadała na moje pytania. Ale przecież wcale nie chciałam tego powiedzieć, żeby wypaść na mądrzejszą czy wytknąć jej niewiedzę. Przecież doskonale rozumiem, że mogła czegoś nie wiedzieć. Nikt nie jest alfą i omegą, zresztą zapytałam na osobności i nie uważam, że miała prawo poczuć się dotknięta. Myślę, że teraz przynajmniej, jeśli ktoś kiedyś zada jej takie pytanie, to będzie mogła już odpowiedzieć.
A o co zapytałam?
Czytałam relacje byłych więźniów Sonderkommando ( https://nakanapie.pl/ksiazka/quot-plakalismy-bez-lez-quot-relacje-bylych-wiezniow-zydowskiego-sonderkommando-z-auschwitz ) i wśród ich wspomnień pojawiła się informacja, że raz, po wynoszeniu ciał z komory gazowej, znaleźli żywą dziewczynkę. Nie pamiętam już ile miała lat, coś może koło 10. Podczas gazowania, gdy spadły na nią inne ciała, wpadła twarzą chyba do niewielkiej niecki z wodą i nie nawdychała się śmiertelnie gazu. Straciła tylko przytomność. Nie wiedzieli co z nią zrobić, więc zgłosili esesmanowi. Ten wyprowadził ją za budynek i tam zastrzelił.
Chciałam wiedzieć, czy ona (przewodniczka) słyszała jeszcze o jakiś innych przypadkach ocalenia z komory gazowej. Nie słyszała. A ja z relacji innego członka Sonderkommando, Shlomo Venezia (https://nakanapie.pl/ksiazka/sonderkommando-w-piekle-komor-gazowych) wiem, że był. Niemowlę, które przyssane do piersi matki nie zginęło w komorze, za to zostało zamordowane przez esesmana już po opróżnieniu komory z ciał. A jak, to każdy, kto czytał choćby opowiadania Borowskiego, wie, jak zabijano niemowlęta i malutkie dzieci. Nie będę o tym pisać. To jest drastyczne.


Jeśli ktoś ma ochotę, to więcej zdjęć z Auschwitz można znaleźć tu:
{}× 6
środa, 20 maja 2020

To będzie dobry dzień 🥰








Codzienna trasa moich „biegów” (choć prawdziwy biegacz to pewnie miałby niezły ubaw gdyby mnie widział). To tylko mały wycinek tej energii i motywacji, by kolejny dzień nie zrównał mnie z podłogą.
Godzinka w plenerze, gdy dzieciaki jeszcze śpią, buduje. Polecam każdemu, nawet jeśli nie dla widoków, to dla własnej równowagi psychicznej.
Prosto z trasy na końcu świata, spod samiuśkiej słowackiej granicy, nadawała dla was DJ @MAD 😉😁






{}× 10
sobota, 16 maja 2020

Gena nie wydłubiesz...

Męskie wieczorne rozmowy moich dwóch facetów, których dzielą 33 lata.
S: Tata, a jak byłeś mały to były już na świecie słodycze? A żelki były?
O: Nie pamietam, były galaretki, żelek raczej nie.
S: Wiesz, to ja raczej nie mógłbym żyć w twoich czasach jak nie było wtedy żelek. Bo wiesz, ja najbardziej to jednak żelki lubię. Tata, a jak byłeś mały to jakie jadłeś słodycze?
O: Ciastka i czekoladę.
S: Czekoladę? Serio? Tylko to? A chociaż białą?
O: Nie.
S: Nie? Taką zwykłą jadłeś? To chyba byliście biedni jak taką zwykłą jadłeś.

Ojciec jak co najmniej dinozaur jakiś 😂

Wciąż zadziwia mnie fakt, że to moje najmłodsze czasami (nie tu akurat) potrafi używać tak dorosłych, mądrych i adekwatnych do różnych sytuacji słów, których w zwykłej rozmowie o banalnych i codziennych rzeczach nikt by nie użył, bo wydają się zbyt wyszukane, a z drugiej strony dziwi się rzeczom tak prostym i oczywistym.
{}× 15
sobota, 9 maja 2020

Do zakochania jeden krok...

















Tak minął mi dzisiejszy dzień z rodziną. 15 km szczytami do domu, prawie 25 tys kroków i 2500 kalorii mniej ( szkoda, że nie widać). Leżę i dyszę. Okres kwarantanny okrutnie pozbawił mnie kondycji. Boli mnie każdy skrawek ciała, a najbardziej szyja, plecy i ramiona, które poparzyłam w tym majowym słońcu. Z własnej woli nie opalam się nigdy, bo różowa świnka to nie jest szczyt kobiecych marzeń. To teraz wyglądam jak zgrillowane prosię.
Mąż zapowiedział, że jak wróci to za tydzień też idziemy. Najmłodszy stwierdził, że chyba śni, bo on nigdzie nie idzie, nawet nie ma o tym mowy. Córka: czy ona nie może mieć normalnych rodziców, którzy nie ciągaliby jej po lasach, gdzie może złapać kleszcza i umrzeć na boreliozę, a najstarszy przyszedł i powiedział, że on nienawidzi przyrody i żebym mu obiecała, że już nigdy nie wyjdziemy z domu 😂😂
A mi się podobało 😍
{}× 11
nakanapie.pl
{} {} {}
O nas Kontakt Pomoc Polityka prywatności Regulamin
© 2020 nakanapie.pl
Zrobione z {} na Pradze Południe