Avatar @MAD_ABOUT_YOU

@MAD_ABOUT_YOU

Bibliotekarz
68 obserwujących. 46 obserwowanych.
Kanapowicz od 2 lat. Ostatnio tutaj około 13 godzin temu.
{} blog_8_dzien_tygodnia
{} Napisz wiadomość
68 obserwujących.
46 obserwowanych.
Kanapowicz od 2 lat. Ostatnio tutaj około 13 godzin temu.
sobota, 19 czerwca 2021

Atlanta, czyli przygoda na lotnisku

Trochę tę relację z naszego wypadu na kontynent amerykański zaczęłam nie po kolei, bo najpierw pokazałam wam wschód słońca na Florydzie, a to był w sumie nasz trzeci dzień pobytu, ale co się odwlecze, to nie uciecze, więc wracam do początku.
Pierwszego dnia woleliśmy wówczas nie pamiętać, ponieważ nie skończył się dla nas za dobrze, ale teraz jest jedną z tych opowieści, której inni słuchają najchętniej i przy której wszyscy się śmiejemy.
Po wylądowaniu trochę nam zeszło na odprawie wizowej, która szła w ślimaczym tempie, a czas, że tak powiem, trochę niestety nas gonił, bo do kolejnej przesiadki mieliśmy raptem dwie godzinki. Poinformowanie pań, które kierowały podróżnych do konkretnych stanowisk celnych, że jeszcze trochę i tu utkniemy, bo ucieknie nam samolot, nie miało większego sensu, bo i tak nie zrobiły nic, by skierować nas do krótszego ogonka. No ale dobra, jakoś przeszliśmy odprawę, dostaliśmy wizy na całe pół roku (szaleństwo normalnie ) i biegusiem dalej. Natomiast muszę dodać, że troje dzieci i bagaże podręczne nie ułatwiają tej dyscypliny. I żeby nie było tak prosto, to okazało się, że lotnisko w Atlancie jest tak gigantyczne, że nasz terminal C, znajduje się na końcu świata i jeszcze dalej i  trzeba szukać jakiegoś środka lokomocji, żeby się na niego dostać, a czas wciąż ucieka...
Po przebiegnięciu 400 metrów w poszukiwaniu terminalu, nawrotce i pokonaniu tych samych 400 metrów wraz z innymi naiwnymi, którzy jak my myśleli, że dadzą radę na piechotę, dotarliśmy w końcu do "pociągu". Po 10 (!!!) minutach jazdy kolejką (do odlotu mamy raptem 30 minut), podczas której najpierw co sekundę liczyłam dzieciaki, czy na pewno są wszytskie, co trzy sekundy sprawdzałam czy bilety i paszporty również, a co pięć zerkałam na zegarek próbując jakoś zwolnić ten zapieprzający czas, wysiedliśmy w końcu na docelowej stacji. 

I jeśli myślicie, że to był wreszcie koniec naszych przygód, to się grubo mylicie, bo teraz to się dopiero zaczęło. Ja i dwóka starszych biegiem po schodach (a schodów tak wiele, że końca nie widać) by dotrzeć na czas do odprawy, a młody co? No młody, jak typowe wiejskie dziecko, on schodami ruchomymi, które jadą wolniej, niż on je pizzę. No to ja za fraki młodego i targam przez poręcz odgradzającą nasze zwyczajne schody od jego nowoczesnych, najstarszy targa bagaż i dalej biegniemy. I już jesteśmy prawie u celu, już widzę nasze linie lotnicze i panie przy odprawie, więc znów liczę dzieci i bagaże, w ręce ściskam bilety i paszporty. Dobiegamy, a za sobą słyszę płacz najmłodszego wówczas dziewięcioletniego, że on już dalej nie może bo...siku. No oczywiście. W takich momentach zawsze wszystkim dzieciom przecież chce się siku. No więc znów zerkam na zegarek, 20 minut do odlotu.
-W samolocie skorzystasz jak wystartujemy- mówię.
-Mama, ale ja naprawdę nie wytrzymam, ja się zesikam zaraz- płacze już niemal rzewnymi łzami.

I teraz kalkulacja, czy pozwolić mu się zlać w spodnie, ale w samolocie, czy poświęcić minutkę na odwiedzenie łazienki za rogiem. No więc pytam kto jeszcze potrzebuje i okazuje się, że z sikaniem jest jak ze zbiorową histerią albo ziewaniem. Jak jeden to ma, to udziela się natychmiast i po równo też innym. 
No więc chłopaki na lewo, dziewczyny na prawo. 15 minut do godziny 0.
Udało się myślę,  dzieciary niezagubione, wysikane, paszporty i bilety nadal są, więc idziemy z uśmiechem do stanowiska, wręczam pani nasze karty pokładowe, a pani do mnie: You missed your flight.

Ożeż ty myślę, co jest grane. No przecież to proste zdanie, nie mogłam nie zrozumieć. No więc pytam paniusię, która patrzy na nas smutnym wzrokiem, że przecież my nic nie przegapiliśmy, bo do odlotu jest 15 minut. A ona swoje i że mam pójść sobie przebukować bilet na inny termin.
Inny czyli jaki ku...wa? Za ile? Godzinkę, dzień czy za tydzień? Bo w sumie co mi tam, prawie miesięczny urlop mogę spędzić zwiedzając lotnisko zamiast włóczyć się samochodem po bezdrożach Ameryki. Na jedno wyjdzie :))
Ale żebyś jeszcze znalazł człowieku kogoś, kto przy informacji ci ten bilet przebukuje, ale nie, nikogo nie ma, bo to przecież już po 21 i pozostaje tylko infolinia. A na infolinii w telefonie słyszysz jeden nieustający bulgot i ni w ząb nie wiesz, co ten hamerykanin z dziwnym hinduskim zapewne akcentem do ciebie mówi.
Usadziłam dzieciaki w jednym miejscu i poszłam szukać kogoś kompetentnego. W końcu znalazłam jednego, ale tak w dupę uprzejmego, że musiałam prawie nakrzyczeć na niego, by mi te nowe bilety zalatwił. Załatwił. Odlot na drugi dzień około 10 rano, więc przed nami cudowna perspektywa spędzenia nocy na lotnisku. 
A żeby było śmieszniej, to o 22 pokazuje, że ten "nasz" samolot będzie gate 3, ale jak poinformowała mnie jedna pani, muszę sobie to aktualizować, bo rano może być już gate milion pięćset sto dziewięćset na drugim końcu tego hangaru.

No tak, ale mój brat czeka na nas gdzieś 200 km dalej i nie wie co się dzieje, bo nawet nie mamy go jak zawiadomić. Nie miałam nawet jego nr telefonu. O 5 rano czasu polskiego wydzwaniałam do "męża" by szukał gdzieś w notesach jakiegokolwiek nr do znajomych, którzy mogliby zawiadomić brata, że utknęliśmy. Nie znalazł. Pozostało mi tylko wysyłać maila. Proste niby, nie? Ale nie w Ameryce, kraju dobrobytu i hulającego wszędzie bezprzewodowego WiFi, bo przecież nie połączysz się nigdzie z siecią jak nie wpiszesz hasła. A oficjalnego hasła lotniska brak na widoku no i obsługa już się ulotniła, bo wybiła właśnie 23.
Dzieciaki płaczą, bo głodne, a ja dostaję białej gorączki z nerwów. W końcu znaleźliśmy jakąś kafejkę i jeden przesympatyczny pan podał mi hasło, które spisał gdzieś w lokalu. Natomiast nie kupiliśmy nic do jedzenia bo "kuchnia" o tej porze już nie działała, a oni właśnie zamykali.

No i na koniec po prostu wisienka na torcie. O 23. 30 siedzimy na tych niewygodnych fotelach, młody zasmarkany, najstarszy zdenerwowany, córka jakby w transie. Wychodzi pani stewardesa, która zakończyła porządkowanie stanowisk i która jakieś 3 godziny wcześniej oznajmiła nam owe "miśnięcie" lotu i coś zagaduje. I tak od słowa do słowa dochodzimy do konkluzji tego całego zamieszania i naszego przymusowego waletowania na podłodze. Niestety, kiedy ja byłam jeszcze w łazience, moja córka niefortynnie stanęła zbyt blisko odprawy. Dziecko, niedawno skończyła 12 lat. Nie wie co się dzieje, nie zna miejsca, stoi tylko i patrzy i czeka na mnie.
I co się okazuje? Ano okazuje się, że owa pani stewardesa (niech ją piekło pochłonie) zapytała (albo raczej wybulgotała, bo to ten sam hinduski akcent, co w telefonie) moje wystrachane dziecko, czy ona leci do Raleigh-Durham. A jak dziecko odpowiedziało monosylabą "No" i nie zdążyło jeszcze dodać "I don't understand" to pani stwierdziła, że oczekiwani ostatni pasażerowie (czyli właśnie MY) nie dotrą i zakończyła odprawę.
A dopiero potem, trzy godziny później, skojarzyła, że ja jestem od tego dziecka, które na jej bulgot odpowiedziało "no", bo zobaczyła jak razem siedzimy i rozmawiamy.

Ależ mnie taki czteroliterowiec trafił. Jak ktoś o zdrowych zmysłach, po rozmowie z dzieckiem, niepełnoletnim, może podjąć decyzję o anulowaniu rezerwacji? Natomiast takich idiotów jest więcej, osobiście znam przynajmniej dwoje. Mój szef, były już na szczęście, w podobny sposób kiedyś postąpił. I tym też sposobem oraz innymi zagrywkami poniżej pasa stracił świetnego pracownika. Jego strata, mój zysk. Przynajmniej teoretycznie nie muszę się z nim więcej męczyć. Praktyka wygląda trochę gorzej niestety :(

Ale oczywiście nie wiedziałam tego w tamtym czasie, dowiedziałam się kilka godzin później i już niewiele mogłam zrobić, bo pewnie próbowałabym się kłócić, albo gdzieś to zgłosić i zażądać rozmowy z "kierownikiem" tego burdelu, a tak to przepadło.

Jedyny pożytek z tego spotkania z tą babką (choć wówczas żałowałam, że się dowiedziałam, bo byłam niepotrzebnie zła na niewinne dziecko), był taki, że przyniosła nam koce i prowiant, który rozdają pasażerom w samolocie i nie umarliśmy do rana z głodu.

Nocy nie przespałam, bo pilnowałam dzieci i bagaży.

W drodze powrotnej do Polski zabroniłam otwierać im gęby i kręcić się koło odprawy.

#USA
{}× 14
Komentarze
@LetMeRead
@LetMeRead · 4 miesiące temu
Boskie zdjęcia. :D
{}× 5
@jatymyoni
@jatymyoni · 4 miesiące temu
Nie trzeba jechać aż do USA. Po Nowym Roku wracany od córki lotem z Monachium do Wrocławia. Nagle śnieżyca i w sam raz koniec konkursu skoków w Innsbrucku, a wiec z góry widać, że autostrada zakorkowana. Zięć bocznymi drogami dowiózł nas na lotnisko. Tam tuż przed odlotem okazuje się, że lot odwołany, a resztę dowiemy się w informacji. Telefon do Bartka, wracaj bo my się nie dogadamy. Okazało się, że jest za silny wiatr i wszystko stoi, a tylko cztery stanowiska informacji na całe lotnisko. Po dwóch godzinach mamy dwie opcje: zostajemy w hotelu i może jak się poprawi pogoda polecimy, albo lecimy większym samolotem za 6 godzin do Warszawy i tam łapiemy samolot do Wrocławia. Wybraliśmy opcję drugą. Niestety samolot odleciał 8 godzin później i nasz samolot do Wrocławia odleciał. Pierwsza a nocy i na Okęciu pusto i nikogo nie ma. Dowiadujemy się, że zabiorą nas do hotelu, a o piątej będzie ktoś z Lufthansy i wtedy może uda się zabukować pierwszy lot o 9 godzinie. Jedziemy pół godziny do hotelu, a więc już po drugiej w nocy jesteśmy w hotelu, żeby za trzy godziny z niego wyruszyć. Udało się, wreszcie jak otwarto jakieś knajpy mogliśmy coś zjeść i z 24 godzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Wrocławia, aby wreszcie wsiąść do samochodu. Mój mąż stwierdził nigdy więcej i musimy kupić nowy samochód, bo nasz staruszek nie nadawał się na Alpy.
{}× 3
@MAD_ABOUT_YOU
@MAD_ABOUT_YOU · 4 miesiące temu
Ale przynajmniej hotel ci dali, a my na podłodze 🤣🤣 Ale teraz jestem już obeznana co do pracy zmianowej na lotniskach, wiem o której kończą odkurzać dywany, bo nas przeganiali z miejsca na miejsce, o której froterują i jak wcześnie zaczyna się życie w takim miejscu. Tam podania o pracę na bank nie złożę 😝
{}
@jatymyoni
@jatymyoni · 4 miesiące temu
Może na Polskim lotnisku, gdzie po północy jest tylko jeden człowiek i wszystko pozamykane, w hotelu też.
{}
@Asamitt
@Asamitt · 4 miesiące temu
O rzesz kurczaczek ! To Was przywitano po amerykańsku hahah
{}× 1
@Possi
@Possi · 4 miesiące temu
Przygoda zdecydowanie na całe życie.
{}× 1

Archiwum

  • O nas
  • Kontakt
  • Pomoc
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
  • © 2021 nakanapie.pl
    Zrobione z {} na Pradze Południe