Wszystkich Świętych...

        Od jakiegoś czasu coś mu nie pasowało. Jechał właśnie na cmentarz. Miał nieodparte wrażenie, że w krajobrazie za oknem czegoś brakuje. Ta myśl uciskała go w środku. W okolicy żołądka. Czuł, że coś jest nie tak. Jego stary policyjny nos mu to mówił. Minął pierwszą i drugą bramę cmentarną. Zatrzymał się przy trzeciej. Przy budce, którą od biedy można było nazwać kwiaciarnią stał spory tłumek pań w wieku matuzalemowym. Przekrzykiwały się wzajemnie. Przypominały Galickiemu stado kur gdaczących na siebie nawzajem przy rozsypanym ziarnie.
- Pani wie, one się palą do 10 dni, a nawet dłużej!
- … i deszczoodporne są! - dodała druga - znaczy nie gasną na deszczu!
- Balsam dla mej duszy. Wituś będzie zadowolony, niech mu ziemia lekka będzie - rzekła trzecia, trzymająca cudowny wkład do znicza. Wituś już dawno gryzie ziemię i gówno go obchodzi co mu na grobie stawiasz – chciał rzec Galicki, ale się powstrzymał. Nie dałby rady tej watasze. Poza tym nie chciał wywołać burzy. Kupił 3 cudowne wkłady. Zauważył, że miały inny kolor niż zazwyczaj. Były kremowe. Dodali pewnie jakiegoś paskudztwa. Ruszył alejkami cmentarza. Gdy dotarł na miejsce, zrobił to, co miał zrobić i ruszył do wyjścia. Musiał wracać na komendę. Za pół godziny miała odbyć się odprawa.
 
        Akcja znicz. Stary wygłaszał mowę, co roku tą samą. Galicki siedział z przymrużonymi oczami udając, że słucha. Marzył o drinku, dwóch, ewentualnie siedmiu. Gdy odprawa dobiegła końca, wyszedł z komendy z postanowieniem wychylenia butelki whisky. U podstawy schodów sięgnął do kieszeni i bez patrzenia rzucił drobne pod murek. Monety brzęknęły o beton. Galicki zreflektował się i zobaczył, że tam, gdzie powinien leżeć stary łachman, był tylko goły beton. A tam gdzie powinien siedzieć zenek, nie było nikogo. Dostał obuchem w głowę, musiał się oprzeć o coś. Już wiedział, co mu nie pasowało, co go tak uciskało w środku. Zenki. W mieście od kliku dni nie widział ani jednego żula. Sięgnął po telefon i zaczął wydzwaniać po schroniskach. Nie, nigdzie nie było tłoku. W zasadzie to miejsc jest sporo. Stałych bywalców nie było już od tygodni. Nie mają pojęcia, 
 co się dzieje. Galicki wykonał jeszcze jeden telefon.
- Zdzisław, tu Marek, mam  prośbę...
- Wal.
- Mógłbyś spuścić psy do kanałów?
- Szukasz killer croca? – zaśmiał się komendant straży miejskiej.
- Nie. Szukam zenków. Nie zauważyłeś, że zniknęli z ulic?
- Może garują w schroniskach?
- Nie ma ich tam, sprawdzałem.
Komendant wyprostował się w swoim fotelu.
- Ok. Spuszczę psy. Widzimy się w sobotę?
- Jasne. Dzięki, Zdzisław. 
Galicki rozłączył się, wsiadł do auta i pojechał do domu. 
 
       Kilka godzin później obudził go dzwonek telefonu. Sięgając po aparat przewrócił, na szczęście pustą, butelkę po szkockiej.
- Czego...
- To ja. Zdzisław.
Galicki usiadł na łóżku. 
- Masz coś?
- Oj mam… W całym tym smutnym jak pizda mieście, znaleźliśmy jednego zenka. Rozumiesz, co mówię?!? JEDNEGO?!?!? Gdzie jest reszta, ja się pytam?! Masz ruszyć dupę i przyjechać do mojego biura. Natentychmiast!!!
- Dobra, dobra, wstrzymaj konie. Już jadę. Przecież wiesz, że też chcę się tego dowiedzieć.
 
       Na miejscu Zdzisław zaprowadził Galickiego do małego pomieszczenia. Galicki ledwo otworzył drzwi i wtedy jego nozdrza zostały zaatakowane odorem niemytego ciała. Niemytego od tygodni. Trzasnął drzwiami.
- Zdzisław, na bogów olimpu! Nie mogłeś go umyć czy coś? Choćby rozpylić odświeżacz powietrza wokół niego?! 
Komendant podrapał się po głowie.
- Nie pomyślałem o tym…
- Właśnie dlatego jesteś komendantem straży miejskiej, a nie policji – odparł cierpko Galicki.
Zdzisław spojrzał na niego naburmuszony. Detektyw otworzył ponownie drzwi.
 
            Przy stole siedział typowy zenek. Galicki usiadł naprzeciwko niego. Zlustrował wzrokiem twarz pokrytą grubą warstwą brudu.
- Kiedy ostatni raz pił pan kawę? – zapytał Galicki.
Zenek spojrzał na niego. Wzruszył ramionami.
- Zdzisławie, załatw panu kawę… i odświeżacz – dodał po chwili. Komendant otworzył drzwi i powiedział coś do strażnika stojącego na korytarzu.
- Więc…
- Nie zaczyna się zdania od „więc”, panie władzo – odezwał się zenek.
Galicki poruszył się na krześle lekko zakłopotany. Odchrząknął nerwowo. Do pokoju wpadł strażnik z kawą. Zaczął biegać wokół żula rozpylając świeżą morską bryzę.
- Zacznijmy od początku. Jak pan się nazywa?
- Mam na imię Stanisław – powiedział zenek między jednym a drugim łykiem gorącej kawy. Co za lura, szepnął do siebie.
- Panie Stanisławie…
- Wystarczy Stachu – wtrącił żul.
- Ok. Stachu, gdzie podziali się twoi koledzy? 
- Nie wiem, nie śledzę ich życia prywatnego.
- Nie zauważyłeś, że jesteś jedynym żulem w mieście od tygodni?
- Nie.
Galicki spojrzał na Zdzisława.
- Gdzieś ty go znalazł?
- Ma norę w nieczynnej części kanałów. Jeśli się stamtąd nie ruszał, faktycznie mógł nie zauważyć braku swoich ziomków.
Galicki westchnął.
- Naprawdę nic nie wiesz?
Stachu się nie odzywał. Galicki widział jak pod zarośniętą kopułą żula tryby ciężko pracują. Myślał. Po wyrazie twarzy zenka widać było, że sprawia mu to ból.
- Stachu, powiedz, co wiesz. Może coś słyszałeś. Na mieście musiało się coś mówić. 
I nagle Zenek się przełamał.
- Jeden ze szklarzy mówił, że ludzie zaczynają znikać. Nie zastanawiałem się nad tym. Nie obchodziło mnie to. Szklarz mówił też, że coś się dzieje w starej masarni za miastem.
- To znaczy? – zapytał Galicki co raz bardziej zainteresowany.
- Wie pan, co jest napisane na kominie w Auschwitz? – Stachu patrzył Galickiemu 
w oczy.
- Nie rozumiem – powiedział lekko zbity z tropu detektyw.
- No? Wie pan? – drążył zenek.
- Nie, nie wiem. Powiedz – westchnął Galicki.
- Gdzie są Żydzi z tamtych lat, kominami poszli w świat – zarechotał Stachu, ukazując jedną górną jedynkę i dwie dolne trójki.
- Co to ma do rzeczy! – krzyknął poirytowany detektyw. Zenek momentalnie spoważniał.
- Chce pan znaleźć moich ziomków? Niech pan zacznie od masarni. Tyle wiem, panie władzo. Więcej mnie nie interesowało. A teraz, czy mogę wrócić do swojej, jak to nazwał ten niedoszły policjant, nory?
Galicki westchnął. 
- Idź już sobie. Zenek wstał. Jeden ze strażników wyprowadził żula na zewnątrz. 
- I co ty na to? – detektyw spojrzał na Zdzisława.
- Stara masarnia… Nie mamy nic innego… Spojrzeli sobie w oczy.
- Jedziemy moim – zaklepał komendant.
 
      Stara masarnia. Jej budynki powoli wyłaniały się na tle wschodzącego słońca. Komin… Komin?! Galicki poczuł zimny dreszcz przechodzący przez jego ciało. Auschwitz. Detektyw poczuł pot na czole. Spojrzał na Zdzisława. Ten raczej niczego nie spostrzegł. Trajkotał coś o swojej żonie. Jezusicku… Oby słowa zenka w gówno się obróciły… Galicki nie chciał myśleć, co zobaczy, jeśli żul miał rację.
- Wiesz co, Zdzisław…
Komendant przerwał tyradę.
- Tak?
- Tak sobie myślę…. Weź wezwij jakieś posiłki… Czy coś…
Zdzisław spojrzał na niego.
- Myślisz?
- Nie zaszkodzi. Jak coś, to ja przejmę nad nimi kontrolę, ok?
Komendant skinął głową. Sięgnął do radia i wezwał wszystkie wolne jednostki. Miały czekać w pogotowiu, a jeśli zajdzie potrzeba, to dowodzić będzie nimi detektyw Marek Galicki z komendy głównej policji. Dyspozytornia przyjęła zgłoszenie. 
 Ze wszystkich zakamarków miasta zaspani strażnicy ruszyli ku wschodzącemu słońcu.
 
            Dotarli na miejsce. Galicki ze zgrozą zauważył dym bijący z komina. Przełknął głośno ślinę. Sięgnął po nieprzepisową 45tkę. Zdzisław zauważył ten ruch. Rzucił okiem na twarz przyjaciela. Nie spodobał mu się wyraz twarzy policjanta. Sięgnął po swoją nieprzepisową broń. Poszukali dziury w płocie. Liczyli, że takowa jest. Była, Galicki musiał jedynie ją powiększyć. Wkradli się na teren od tyłu. Przycupnęli przy jakichś zardzewiałych blachach. Trwali tak przez kilka minut, ale nikt się nie pojawił. Ruszyli do metalowych drzwi. Dym wciąż buchał z komina. Zdzisław nacisnął klamkę, Galicki ubezpieczał go. Drzwi lekko zaskrzypiały. Po chwili znaleźli się w środku. Śmierdziało. Niemiłosiernie. Policjant nie znał tego okropnego zapachu. Spojrzeli na siebie ze Zdzisławem. Ten wzruszył ramionami. W ogromnej hali paliło się światło, hałas maszyn mieszał się z ludzkim głosem. Detektyw rozejrzał się. Spostrzegł schody. Prowadziły na długą podwieszaną rampę. Galicki szturchnął komendanta i wskazał schody. Ruszyli prawie się czołgając. Wspięli się na rampę. Kiedy znaleźli dobre miejsce, zaczęli rozglądać się po hali. Już po kliku sekundach, gdy obraz z oczu Galickiego dotarł do jego mózgu, tenże wysłał sygnał do żołądka policjanta. Tylko silna wola i szczęki detektywa uchroniły go od zwrócenia wszystkiego, co jadł tego dnia,
 a jadł niewiele. Więcej wypił. Zdzisław pobladł i zaczął się trząść. Opadł ciężko na cztery litery, zaczął ciężko oddychać. Galicki spojrzał na niego. Oczy miał okrągłe jak pięciozłotówki.
- Lepiej… Wziął oddech. – Lepiej daj sygnał. Niech wezwą policję… ABW, AW, CBŚ, CBA, SKW, SWW, ZUS, US i inne służby ze skrótem w nazwie – dodał nerwowo. Mocniej ścisnął pistolet. Musiał coś zrobić. Musiał przerwać to okropieństwo na dole. Wziął szybkie dziesięć wdechów i wydechów i jeszcze raz spojrzał w dół…
 
            A na dole stała linia produkcyjna, inaczej tego nie można było nazwać. Zaczynała się od… Nie mógł tam spojrzeć ponownie. Ale musiał. Stos ciał. Nagich, umytych i ogolonych. Po kolei każde trafiało na taśmę. Galicki pominął część pełną krwi, tasaków i rzeźników przy stole. Pokrojone ciała lądowały w ogromnym kotle. Dość, że potem to, co zostało, znikało w maszynach, w maszynach, które wypluwały 
 z siebie gotowy towar. Na jego widok Galicki osiwiał na skroniach, co dodało mu tylko uroku. Zdzisław w tym czasie puścił sygnały alarmowe przez swoją komórkę. Kawaleria nadjeżdżała. Nie zauważył, że Galicki wstał i zaczął pruć ze swojej armaty w ludzi przy taśmie. Z pomieszczenia na dole, wyskoczyło kilku zbirów z kałachami. Zaczęła się regularna strzelanina. Po chwili dołączył do nich Zdzisław ze swoim Magnum 357. Ostrzeliwali się tak aż do wkroczenia policji i straży miejskiej.
 
            Galicki wyczerpany psychicznie i fizycznie stał przed frontem masarni. Stał 
 i śmiał się histerycznie. Patrzył z obłędem w oczach na wielką tablicę przymocowaną nad drzwiami masarni. Napis na niej głosił:

                                               „Wytwórnia zniczy i wkładów Wieczny Odpoczynek”
 
Wreszcie jeden z sanitariuszy z wezwanego przez policję ambulansu zlitował się nad nim. Okrył go kocem i zaprowadził do karetki. Tam wstrzyknął mu trochę błogiego spokoju i zapomnienia…
{}

Komentarze:

@moni.pli2011
@moni.pli2011 · 11 dni temu
Dzień dobry. :)
{}
Komentarze (1)

Książki, recenzje, ogłoszenia, społeczność!

Znajdziesz tu wszystko, czego potrzebuje każdy wielbiciel książek. Załóż konto i korzystaj w pełni ze wszystkich możliwości serwisu.
Zarejestruj się