Wątek: Shitownik paryski: Maga i Oliveira - Gra w klasy

przemekk
5742 wypowiedzi


Wspólnie z Pawłem Bitką Zapendowskim ruszamy z Shitownikiem Paryskim. Poniżej znajdziecie informację o zadaniu jakie Was czeka.

Ragulamin zabawy znajdziecie na stronie: Shitowny regulamin
Szczegóły na temat Shitownika paryskiego: Shitownik paryski

Słów kilka o nagrodach:
1) Autor najciekawszej pracy otrzyma od serwisu nakanapie.pl książkę Martina Padberga Paryż. Sztuka i architektura oraz "Shitownik paryski". Nagrodzona praca znajdzie się również w "Shitowniku paryskim"!
2) Dla kolejnej wyróżnionej osoby wydawnictwo e-bookowo.pl ufundowało e-book "Nie tylko rock and roll. Podróże koncertomanki", Joanny Ostrowieckiej.

A teraz czas na zadanie:

W powieści Cortazara Maga i Oliveira to para Argentyńczyków mieszkających w Paryżu. Oboje nie mogą żyć bez siebie. W zamieszczonym fragmencie "Shitownika", chłopak i dziewczyna idą na spacer. On, chcąc wypełnić "pustkę", wymyśla aby spacer tak przeżyć, jakby dział się w książce Cortazara. Głupie to, lecz się zdarza. Ludzie chcą nieraz czuć się jak ktoś inny.

Twoją rolą jest opisanie spaceru Magi i Oliveiry w mieście gdzie mieszkasz. Może być krótko lub długo (do 2 str. A4), może być sam opis, luźne pomysły jakby na brudno, albo akcja i dialogi. Chodzi o to, aby znalazły się konkretne miejsca z Twojego miasta oraz (!) - żeby jedno drugiemu powierzyło pewną swoją "tajemnicę" (może być jedna tajemnica, jego lub jej). A więc: spacer, Twoje miasto i tajemnica (a Maga i Oliveira to nie więcej niż "hasło").

Jeżeli macie jakieś pytania dot. zadania i "Shitownika paryskiego", zadajcie je w tym wątku: Shitownik paryski - dyskusja ogólna

Na Wasze prace czekamy do 01.02.2011 roku. Zgłaszajcie je poniżej.

Do dzieła!
petroniusz
18 wypowiedzi

Padało.
Po postawionym kołnierzu mężczyzny spływały krople deszczu.
- Cholera – zaklął pod nosem Oliveir. – Ile jeszcze można na nią czekać?
Czekał niecierpliwie na swoją ukochaną – Magę, chowając się pod daszkiem wynajętego hotelu w nieznanej miejscowości. Były to Kielce.
Trafili tu przypadkiem, jadąc na romantyczny weekend z Warszawy do Krakowa. Niestety pod drodze zepsuło się ich wypożyczone auto, serwis nie mógł dostarczyć innego pojazdu, a ostatni pociąg dawno odjechał. Przypomniał sobie dowcip, jaki usłyszał od jednego Krakusa na stacji kolejowej. Kiedy się kończy kultura w Warszawie? W chwili odjazdu ostatniego pośpiesznego do Krakowa. Uśmiechnął się pod nosem.
W końcu zeszła, spóźniła się 20 minut. Typowe, pomyślał.
Maga ubrana była w przeciwdeszczową pelerynę i zwiewną sukienkę. Przecież nadchodziło lato. Miał powiedzieć jej parę złośliwych słów na temat punktualności, ale jej widok go rozanielił.
- To co, idziemy? Nasz romantyczny weekend czeka! – zaśmiała się.
- Dobra, dobra, poczekaj, tylko zapalę… - sięgnął do marynarki, lecz cofnął rękę widząc jej skrzywioną minę. I tak miał rzucić..
- Ruszajmy – nie pozostało mu nic innego, jak iść za tą radosną, pełną energii istotą.
Podczas ich spaceru bez celu czy planu, głównym deptakiem Kielc – ulicą Sienkiewicza, wypogodziło się na tyle, że mogli zdjąć swoje przeciwdeszczowe osłony.
- Jak tu pięknie, nie sądzisz? – zamyśliła się spoglądając na wzgórze katedralne i kręte alejki. – To może nawet dobrze, że tu zostaniemy na weekend. Nie lubię zatłoczonych, ciasnych miast pełnych turystów. Ledwo co wytrzymałam w Warszawie.
- Mhm. – mruknął niezadowolony, że nie zwiedzi krakowskich pubów. – Może być. Chodźmy do parku, to niedaleko.
Spacerowali leniwie po miejskim parku całe przedpołudnie. Karmili łabędzie i kaczki pływające po stawie, oglądali ptaszarnię z egzotycznym ptactwem, zajadali watę cukrową. Sielanka trwała.
Oliveir był jednak nie w sosie. Coś go gryzło i nawet dobry humor Magi nie mógł go rozpogodzić. Ona to widziała. W końcu nie wytrzymała i mu wygarnęła:
- Słuchaj, Oliveir, co jest z tobą? Czemu nie możesz się cieszyć tymi nielicznymi dniami, które pozostały do naszego wyjazdu? Od rana chodzisz jakiś naburmuszony. Co się stało?
Długo się wahał czy jej powiedzieć. Nie wiedział jak to ubrać w słowa. W końcu się zdecydował.
- Maga, posłuchaj… Nie, nie mogę! Chodźmy się napić najpierw.
Zszokowana, ale i zaciekawiona dziewczyna przystanęła na tą propozycję. Nie było jeszcze wszak południa.
Na odchodzącej od popularnej Sienkiewki uliczce Wesołej był ukryty marynarski pub, „Galeon”. Byli jedynymi klientami, szanty cicho sączyły się z głośników.
Oliveir zamówił dwa mocne drinki.
- Powiesz mi w końcu? – nalegała wypiwszy kilka łyków szkockiej z colą.
- Ok. Ale to nie będzie miłe. To rodzinna tajemnica w sumie. Nie lubię to tego wracać za bardzo – zaczął patrząc się w swój drink. – W Kielcach właśnie, w czasie wojny Niemcy zabili moją babcię. Mówiłem ci, że pochodziła z Polski, prawda? Żyła właśnie w Kielcach. Dziadek był już wtedy w Argentynie, ona nie zdążyła wyjechać. Podobno to był odwet, a podobno babcia coś działała w konspiracji. Zagmatwana historia. Dom, w którym mieszkała był na ul. Śląskiej, już dawno zburzony. Teraz tam stoją akademiki Uniwersytetu. Jednak dziadek opowiadał memu ojcu, że babcia w czasie wojny ukryła złote monety, srebra i inne skarby, niby w kufrze w piwnicy.
Przerwał dopijając drinka. Zamówił kolejną kolejkę, a ona czekała z niecierpliwością na dalszą część historii. Nie poganiała go, choć oczy jej się świeciły.
- Dom został zburzony, złoto nieodnalezione, a dziadek po wojnie nie mógł wracać, nastała komuna i nieciekawe czasy. Może to tylko bajka.
Zasępił się i spojrzał na nią. Ona jednak jak zwykle miała w sobie większe pokłady optymizmu.
- A może jednak nie? – wyszczerzyła proste, śnieżnobiałe zęby. – A może babcia chciała jednak byś znalazł jej skarb i zbudował nam piękny dom na Lazurowym Wybrzeżu?
- Może, może. No, ale co mamy teraz zrobić?
- Jak to co? Idziemy do Wydziału Geodezji w Ratuszu, a potem chyba będzie trzeba zatrudnić studentów przy wykopkach. Część na pewno ma poprawki, to trochę ich może będzie w akademikach – zaśmiała się dopijając drinka.

lieutenant
3 wypowiedzi

Znaleźli się przed muszlą koncertową. Maga położyła futerał ze skrzypcami na ławce i ostrożnie weszła na środek placu. Ktoś narysował na asfalcie kwadraty, rozmyte teraz częściowo przez deszcz. Maga zaczęła podskakiwać i udawać że w coś się bawi, przesuwać butem kamyk i popychać go w kierunku narysowanego „nieba". Gra nazywała się „grą w klasy". - Pamiętasz? - zapytała Oliveirę. Usiadł na ławce koło leżącego futerału i zapalił papierosa. - Pamiętasz, Horacio? - zawołała Maga. - Niby co? - patrzył na nią jak zamierzała kopnąć niewidzialny kamień. - Nie pamiętasz? Kamyk potoczył się w bok i Maga straciła zapał do gry. Podeszła do ławki i usiadła mu na kolanach. - Nie pamiętasz! Oliveira wyrzucił za siebie niedopałek i chciał ją przytulić, lecz Maga zeskoczyła z kolan i odbiegła na parę kroków. - Miałeś nie palić. Chodźmy dalej. Zeszli ścieżką z Góry Parkowej. Na dole majaczył dach pijalni zdrojowej. - Chcesz spróbować Jana czy Słotwinki? A może koktajl z obu „wód"? - spytał Oliveira. - Myślisz że woda cokolwiek zmieni? - wzruszyła ramionami Maga. - Spotykamy się tak rzadko. Raz do roku jestem z orkiestrą. Po koncercie idziemy do jakiegoś pensjonatu. Autokar z muzykami wraca, a ja kłamię im że zostaję u mojej cioci. Nazajutrz rankiem jadę sama do Katowic. A ty do Warszawy. - Najwyższa pora to zmienić - odparł Oliveira. - Nic się nie zmieni. Nic nie ulega zmianie - powiedziała Maga. - Zmieniają się tylko pozorne sprawy. A główne czynniki zostają te same. Narysowany kwadrat. Kamień. But. - I twój krótki zapał - dodał Oliveira. - I mój krótki zapał - powtórzyła Maga. - I twój krótki... twój krótki... wiesz co - roześmiała się. Szli teraz wśród drzew, jakie z wiosną nabrały bujnych liści. - Można to zmienić. Spróbować razem - dorzucił Oliveira. I nie bardzo wierzył w to co mówi. Stanęli przed rzeźbą grajka. Grajek z cementu stracił jedną nogę i zamiast niej wisiały skorodowane druty. Skrzypce które ściskał pod pachą też ujawniały drucianą zawartość. Po szarym cementowym korpusie spływała rdzawa ścieżka. - Chcę ci coś powiedzieć - powiedziała Maga. Oliveira chwycił ją za rękę. Nad domem zdrojowym i miastem zapadał zmierzch. Maga wyjęła rękę z dłoni Oliveiry i włożyła ją do kieszeni. - Nie mogę dzisiaj z tobą zostać. Nie będzie tej nocy. Odtąd już szła przed nim. Zrobiła tak aby nie patrzeć mu w oczy. Dochodzili do parkingu, gdzie przy autokarze stało kilka osób i paliło. Reszta siedziała w środku - Teraz powrócę z nimi - ciągnęła. A gdy przyjadę na miejsce, przed pójściem do domu zahaczę jeszcze o szpital. On tam leży. - Kto? - wzdrygnął się Oliveira. Maga odwróciła się i stanęła niezdecydowana. Na jej buzi malowała się rozpacz. - Gdzie są skrzypce? Zapomniałam skrzypiec.

Tanashi
561 wypowiedzi

Nadchodził wieczór. Na opuszczonym dworcu kolejowym leżały puste butelki, odłamki szkła, pudełka po papierosach. Była to pewnego rodzaju norma, do której przyzwyczaili się wszyscy mieszkańcy. W soboty jednak ilość tego wszystkiego wzrastała dwukrotnie. Maga wzdrygnęła się, przesuwając jak zwykle zdartym już butem śmieci i usiadła na zniszczonych schodach. W oddali paliła się tylko jedna lampka, a mgła nadchodząca z nieoświetlonej uliczki zdawała się wyciągać macki w kierunku dziewczyny. By dodać sobie odwagi, zaczęła nucić jedną z melodii śpiewanej zwykle Oliveiry’ owi. Jej blada twarz odbijała się na ponurej ścianie, zamalowanej przez niegrzecznych chłopców. Podciągnęła nogi i oparła na nich twarz. Rozmyślała o metafizyce, o której tak często rozmawiali do utraty tchu.
Wreszcie nadszedł. Z początku widziała jedynie zarys jego sylwetki- czarny płaszcz zlewał się z czernią nieba. Zdecydowany krok i nerwowe szarpnięcie rękawa. Tak, to był on. Oliveir. Uśmiechnął się lekko na jej widok, a kiedy wybiegła mu na spotkanie, przytulił ją, czując na sobie nacisk jej delikatnego ciała. Spojrzała na niego zamyślonymi oczyma i złożyła na ustach długi pocałunek. Włożyła swoją dłoń w jego. Ruszyli.
Droga była ta sama co zawsze; minęli stary bunkier, pole, drzewo dające ogromny cień, gdzie czasem siadali i rozmawiali, przerywając jedynie na całusy. Było już tu zupełnie ciemno, Maga odruchowo wtuliła się w chłopaka. Cieszyła się na te codzienne spacery; nie lubiła spotykać się w dużych grupach. Oliveir zupełnie jej wystarczał.
-A więc? Co jest tak ważne, że przerwało mój sen?- spytała nieco zniecierpliwiona dziewczyna. Tajemnice ją intrygowały, ale na dłuższą metę stawały się męczące.
-Poczekaj chwilę, ty mój niecierpliwcu… Muszę pomyśleć jak to powiedzieć- chłopak zamyślił się. Nie widziała jego twarzy, ale domyśliła się, że zmarszczył brwi w typowy dla siebie sposób.
Odczekała więc chwilę, ale w końcu przystanęła i stanęła naprzeciwko niego.
-Już się namyśliłeś. Mów, proszę!
-No dobrze, już dobrze… -Oliveir westchnął i przejechał dłonią po włosach.-Wczoraj spacerowałem po mieście… w okolicach starego kościoła wiesz, tego ze średniowiecza. Znalazłem po drodze czerwony skrawek materiału.
Maga kiwnęła głową. Ona w kółko ich szukała.
-Włożyłem go do kieszeni. Dziesięć minut później znalazłem kolejny. Wydawało mi się to dziwne…
Dziewczyną wstrząsnął dreszcz.
-Dziwne? Och, Oliveirze, to wspaniałe! To symbol przebaczenia-ktoś ci więc przebaczył i to dwukrotnie. Nie cieszysz się?
-Daj mi skończyć- mruknął chłopak, wkładając dłonie do kieszeni.- Idąc dalej, znalazłem następne i następne… to już było niepokojące. Maga, obiecaj mi, że to, co teraz usłyszysz pozostanie między nami.
-A czy kiedyś tak nie było?- spytała dziewczyna. Oliveir mruknął coś niezrozumiałego. Na chwilę nastała cisza, ale Maga przygryzła język, choć cisnęła jej się masa pytań. Wiedziała jednak, że on teraz zastanawia się jak to powiedzieć.
-Szedłem tym tropem… cała masa czerwonych skrawków; jedne były bardziej czerwone, inne mniej. W końcu uniosłem jeden z nich do twarzy. Okazało się, że ta czerwień to… zaschnięta krew.
Maga wydała z siebie zduszony okrzyk przerażenia. Oliveir kontynuował.
-Na samym końcu tej drogi skrawków znalazłem ciało. Miało na sobie dosłownie strzępki koszuli. Całej czerwonej. Podbiegłem, w nadziei, że ten człowiek jeszcze żył. Niestety… To był… mój przyjaciel, Cezario. Ten sam, z którym dwa dni temu…- głos chłopaka urwał się. Maga przytuliła się, szlochając.
-Nie wiedziałem, co robić. Koło niego leżał pistolet, który mu wczoraj pożyczyłem… chciał postrzelać do puszek… ktoś… musiał widzieć…
-Kiedy będzie pogrzeb?- spytała cicho Maga.
-Nie będzie. Sam go pochowałem. Tam, gdzie chciałby być pochowany.
-Ależ Oliveirze!- zawołała wzburzona Maga.-Dobrze wiesz, że Cezario był religijnym człowiekiem… chciałby mieć pogrzeb zgodny z prawami wiary!
-On został zamordowany-powtórzył dobitnie chłopak.-Rozpoczęliby dochodzenie. Nie spocząłby spokojnie… musiałem. Maga, obiecaj mi, że nikomu nie powiesz.
Dziewczyna włożyła swoją dłoń w jego.
-Obiecuję.
Trwali tak w milczeniu, czując w powietrzu zapach tragedii i napięcia.

Maynard
843 wypowiedzi

W oddali przetoczył się grom. Nad stadionem pokazały się pierwsze, strzępiasto-pierzaste chmury, posępne zwiastuny nadchodzącej burzy. Piotr Szmagaj, zwany przez znajomych "Maga", szedł Olimpijską i wpatrując się w oddany niedawno do użytku chodnik, kopał puszkę po "Tigerze". Zaczynało kropić a "Maga", jak zawsze, wyszedł z domu bez parasola. Spojrzał na zegarek. Było piętnaście po szóstej i chłopak już wiedział, że nie zdąży na umówione spotkanie. Do Placu Kościuszki zostało mu piętnaście minut spacerem, dziewięć truchtem a osiem sprintem. "Maga" zatrzymał się i zamknął oczy. Deszcz powoli zmieniał się w ulewę. Chłopak skupił się i zacisnął pięści. Dawno nie stosował tej metody, a skok mógł się nie udać. Przed oczyma zaczęły mu latać kolorowe plamy, które po chwili ułożyły się w numer (13). Chłopak zatwierdził wybór mrugnięciem powiek.
Na Placu Kościuszki zaczynało właśnie padać a chmury leniwie nadciągały znad stadionu, niczym obżarte whiskasem persy. Sylwia Oliverska zajadała zapiekankę i starając się uniknąć deszczu nakryła głowę kurtką. Wielkie krople miarowo uderzały o pieczarki, rozchlapywały ketchup i spływały po rozmiękłej już bagietce.
- Powinien już tu być - westchnęła do siebie dziewczyna - jak zawsze spóźniony. Może gdyby więcej myślał a mniej czytał byliby jeszcze z niego ludzie. Tylko mu w głowie Marquez, Fuentes i inne Kortazary.
- Nie Kortazary, tylko jeden Cortazar! - "Maga" wyrósł jak spod ziemi i złapał w locie zapiekankę, którą upuściła przestraszona Sylwia.
- Nigdy więcej tego nie rób! chcesz mnie przyprawić o migotanie komór sercowych?! - dziewczyna udając zagniewaną odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła w stronę kościoła.
- Ty mnie przyprawiasz każdego dnia, od chwili gdy tylko cię ujrzałem Skarbie..
- Ale romantyczne..Błe...aż mi się ta zapiekanka cofa.
- No, nie wkurzaj się, kupię ci coś smaczniejszego.
Sylwia podeszła do "Magi" i chwyciła go za rękę. Zamknęli oczy. Pod powiekami Piotrka zamigotał numer (45). Oboje zgodnie zamrugali na "tak".
Kilka godzin później, gdy już najedli się do syta w "Polce", Szmagaj i Oliverska zdecydowali się na kolejny przeskok, tym razem do pobliskiej Żelazowej Woli. Po mrugnięciu Piotra na numer (21) w mig znaleźli się w pobliżu dworku Chopina i usiedli na suchej jeszcze ławce.
- Skoki to doskonały sposób na ucieczkę przed deszczem - westchnął "Maga" i przeciągnął się niczym najedzony piecuch.
- Tak, tutaj jeszcze nie leje i miejmy nadzieję, że nie zacznie.
Przez chwile milczeli i trzymając się za ręce patrzyli sobie w oczy.
- No i co będziemy teraz robić? - spytała po chwili Sylwia. - może mały spacer, tym razem na nogach?
"Maga" skinął głową, wstał z ławki i objął ukochaną. Razem ruszyli przez pogrążający się w półmroku park.
- Wiesz, że Cię lubię, prawda? - spytał po chwili "Maga"
- Wiem...
- I mam nadzieję, że ty lubisz mnie w ten sam sposób...
- Tak, ale...
- Zastanawiałem się, wiesz, czy...czy chciałabyś być moją dziewczyną… taką na stałe..
- O..."Maga" - wzruszona Sylwia przytuliła Piotrka który po chwili wręczył jej piękny, srebrny pierścionek. Dziewczyna przymierzyła go. Pasował idealnie.
- Jest piękny
- Teraz oficjalnie jesteśmy parą - "Maga" uśmiechnął się, lecz po chwili spoważniał i spojrzał w niebo.
- Jest też... jest coś o czym chciałbym Ci powiedzieć...Nie jestem taki jak inni faceci.
- Oczywiście, że nie. Dlatego Cię kocham. No i w dodatku naprawdę jesteś wyjątkowy, masz ten swój talent niczym z filmu „Jumper”. Jesteś takim Sochaczewskim Haydenem Christensenem i …
- Nie oto mi chodzi…Ja naprawdę jestem „inny”.
- O czym ty mówisz?
Nagle z za chmur wyłonił się wiosenny księżyc w pełni i obrócił swą trupiobladą twarz w kierunku spacerującej po Żelazowej Woli parze. Na widok księżycowych promieni, „Maga” jęknął i skulił się, chwytając za brzuch.
- Czy wszystko w porządku? „Maga” co ci jest? – dziewczyna podbiegła i chwyciła Piotrka za ramiona.
Chłopak odwrócił do niej swą twarz, ale nie była to już twarz człowieka. Zielono-żółte oczy stwora lśniły upiornie w świetle księżyca a z ust wystawały „Madze” kilkucentymetrowe kły.
- Odejdź! Uciekaj! – ryknął zwierzęcym, tubalnym głosem Piotrek.
Warkot przejeżdżających samochodów zagłuszył krzyk dziewczyny.
Za wszystko w życiu trzeba płacić a dar przeskakiwania po rozdziałach swojego życia niesie ze sobą bardzo poważne skutki uboczne…

oga
133 wypowiedzi

Wyglądała na ulicę przez kolorowe szybki, uśmiechając się bezwiednie. Naprzeciwko, na schodach Kolegiaty św. Anny, skakał On. „Zupełny dzieciak, naprawdę” - szepnęła bezgłośnie. Wbiegał szybko w górę, potem skakał na niższy stopień, teraz znowu rzucał się w prawo lub lewo, jakby tańczył dziwny schodowy taniec. Od skoku do skoku zmieniał się - teraz nasycony miodem, zaraz oblany wyniosłym błękitem. Następny ruch i wskoczył w soczystą zieleń. Przeskakując od szybki do szybki ukazywał się jej w coraz to nowych wcieleniach, magicznie zwielokrotniony. „Oto mój tęczowy rycerz.” Teraz zeskakując obracał się, powiewając połami płaszcza, a przy wbieganiu w górę machał rękami. „Raczej szalony, tęczowy pasikonik! Brakuje tylko, by wyciągnął zza pazuchy skrzypki i zaczął sobie przygrywać do taktu.”


Pochyliła głowę ku ciężkiej drewnianej okiennicy, policzek przytulił się do ciemnego lica drzwiczek. Jakby obudziła się nagle z tego kolorowego snu pod wpływem chłodu drewna. Spostrzegła, że dłonią zakrywa uśmiech, którego nie sposób powściągnąć. Zerknęła na zegarek. Trzecia. Koniec pracy.


Odwróciła się energicznie od okna, wróciła do kontuaru, klepnęła dłonią w blat.


- Idę.


W przedsionku zwolniła, wygładziła po raz dziesiąty płaszcz, wyrównała brzegi kapelusza. Sprawdziła jeszcze, przeglądając się w szybie portierni, czy loki z odpowiednią swobodą i figlarnością opadają na ramiona. Uśmiechnęła się przelotnie na pochwycone spojrzenie portiera i w raźnym rytmie obcasów wyszła na ulicę.
Stanąwszy w bramie ujrzała swego kochanka w jeszcze jednym, nowym kolorze. Ostra biel zimowego słońca prześwietlała całą jego postać, granice jasnobeżowego płaszcza rozmyły się, nadając chłopakowi pozór mglistej zjawy z innego świata.


Gdy tylko ją ujrzał, rzucił się przez ulicę i przybiegł do niej z szeroko rozfalowaną radością, jak dziecko do matki, oczy pełne oddania. Złapał ją wpół, przycisnął do siebie, pocałował gorącymi wargami.


- Czemu jesteś taki zdyszany? - zapytała z uśmiechem.


- Ach, bo - prychnął zabawnie - biegałem po schodach kościoła - skinął głową w stronę Kolegiaty.


- Po co? - nie mogła się nie uśmiechać, patrząc na niego.


- Wyskakałem na schodach serenadę.


Spojrzała na niego z nieco kpiącą czułością.


- Bo nie mogłem się na ciebie doczekać!


- Bo przyszedłeś za wcześnie - napomniała go łagodnie, odsuwając z jego policzka niesforny kosmyk.


- Bo nie mogłem się na ciebie doczekać - roześmiał się radośnie. Złapał ją mocniej, obrócił w stronę Plant - chodźmy w świat!


- Chodźmy - roześmiała się także, chłonąc całe szczęście jego szczenięcej miłości.
I poszli, czule objęci, w Planty.


Zamarudzili w ciemnym tunelu parkowej dróżki, zwiedzeni żółtymi kapturkami wyglądającymi nieśmiało spod resztek przybrudzonego śniegu. Nie, to nie były krokusy.


Gdy powrócili pod dach nieba na placu pod Collegium Novum, okazało się nie być już oślepiająco białe. Słońce nagle zaszło burymi łzami, powietrze wypełniło się szumiącym półmrokiem. Zatrzymali się na środku placu, zadziwieni tą przemianą.


- Widzisz, znowu świat płacze, gdy widzi nas razem - powiedziała, nagle smutna.


- Pewnie mi zazdrości - wyszeptał jej gorąco do ucha, wtulił się w jej włosy i przytulił.
Zaraz jednak odsunął się, jakby poruszony jakąś myślą, rozejrzał wokoło. Pociągnął ją o kilka kroków naprzód, rozejrzał się znowu.


- Co robisz?


- Tutaj. W tym miejscu chciałbym ci coś powiedzieć - zaczął uroczyście. Ujął jej dłonie, spojrzał w oczy - Królowo moja. Tutaj, w obliczu całego świata, i na wieczny zapis na serwerach Ujotu, chcę ci powiedzieć coś niezwykle ważnego...


- Przestań!


Przestraszyła się tego, co ujrzała w jego oczach, spłoszona wyrwała dłonie i cofnęła się. Po chwili nie wytrzymała tego zdumionego urażenia, jakim zareagował, i spróbowała ratować sytuację.


- Królowie nie rozmawiają o takich rzeczach - rzuciła swobodnym tonem. Dorzuciła uśmiech, nieco blady. Nadal patrzył tym wzrokiem, więc podeszła do niego, musnęła palcami policzek - no, nie wygłupiaj się. Po co mówić o tym, o czym doskonale wiemy. Na to szkoda naszego królewskiego czasu.


- Nie, nie wiesz, co chciałem ci powiedzieć - zaczął, ale już pogodzony.


- Ależ wiem, mój ty królu. Wiem wszystko - i pocałunkiem odmówiła mu prawa odpowiedzi.


Po chwili znów spojrzeli sobie w oczy.


- No dobrze. W takim razie, skoro wiesz wszystko, co robią królowie? - powrócił do tonu zabawy.


- Królowie... królowie chodzą piechotą - odparła, ciągnąc go dalej w parkowe alejki.


Poszli więc, odwiedzić znajome rosochate drzewo świecące łysiną spod resztek kory. Potem zagrali kilka niesłyszalnych nutek na fortepianie Chopina. Potem sprawdzili, co nowego w ogrodzie Muzeum Archeologicznego, przepychając się przy kracie bramy.
Odwiedzili jeszcze wiele znajomych miejsc, drzew i budynków, nurzając się w coraz ciemniejszej nocy, wskakując w żółte placki świateł latarni i wyskakując w nich w kosmosy czerni. I nie mówili już o tym, o czym oboje doskonale wiedzą, ale czego wypowiadać nie wolno.

oga
133 wypowiedzi

(przepraszam za te okropne duże przerwy, ale nigdy nie zrozumiem, jak poprawnie zrobić tutaj nową linię tekstu...)

frodo_8
9 wypowiedzi

Zza szyby powoli zaczęły wyłaniać się znajome miejsca, budynku, ulice. Jeszcze jakiś kwadrans a będzie na miejscu. Przez całą drogę zastanawiała się ,czy dobrze robi? Czy powinna była ulec namową Piotra i zgodzić się na to spotkanie, po tylu latach...? Z ulicy Legionów skręca w Kościelną i już jest przy głównym placu w rodzinnym mieście. Z daleka widzi Piotra, siedzi na ławce i wypatruje jej. Wychodzi z samochodu. Aha... zobaczył ją i idzie w jej kierunku.
- To co robimy? - krzyczy z daleka - może wpadniemy do "naszej knajpki", zjemy coś gorącego, bo prawdę mówiąc trochę zmarzłem, a i Ty pewnie byś coś zjadła po takiej podróży?
- Dobrze... - mówi niepewnie.
Chwyta ją za rękę i idą, ale rozmowa jakoś się nie klei. Jeszcze tylko pare metrów i... Są na miejscu. Siadają przy stoliku, zamawiają... Piotr ciągle przygląda się jej.
- Nic, a nic sie nie zmieniłaś, jakby czas dla Ciebie stanął w miejscu. Przy Tobie czuję się tak, jakbym znowu miał 20 lat i głowę pełną marzeń.
Zanurzył jej dłoń w swojej...
-Moniko, powiedz proszę, dlaczego wtedy wyjechałaś tak nagle, bez słowa...? Próbowałem Cie odnaleźć, ale nikt nie chciał mi nic powiedzieć... Chyba należalo mi się jakieś wyjaśnienie?
- Nie wracajmy do tych spraw, proszę...
- To ja proszę - naciskał.
- Jak chcesz... Wtedy... Ty miałeś swoje plany, swoje marzenia. Chciałeś wyjechać z Polski, zrobić karierę za granicą... A ja?
- To były nasze wspólne plany! - zdenerwowany podniósł głos.
- Już nie... Lekarze nie dawali mi żadnych szans... Mówili, że rok, moze dwa... Nie chciałam niszczyć Twojej kariery, Twojego życia... Nie miałam prawa... Wyjechałam do Warszawy, na leczenie... Przeszłam operację, chemioterapię, i jak widzisz, jakoś udało się... W szpitalu poznałam Andrzeja. On jest lekarzem... był dla mnie taki dobry... Dzięki niemu nie załamałam się i przezwycieżyłam chorobę. Chyba z wdzięczności wyszłam za niego za mąż, mamy śliczną córeczkę. Ale nigdy nie kochałam go tak jak Ciebie...
- Trzeba było mi powiedzieć! - krzyknął - Muszę już iść, przepraszam bardzo!
Wstał szybko od stolika, chwycił płaszcz i wybiegł na ulicę.
- Jak mogłem, jak mogłem być takim głupcem - analizował w myślach - Ale przecież nie mogę powiedzieć jej prawdy! Ona nigdy nie może dowiedzieć się, że wtedy byłem u niej w szpitalu, że widziałem jak cierpi. Dlaczego zabrakło mi odwagi? Dlaczego stchórzyłem? Dlaczego wtedy właśnie musiała spać...?!

Artemizja
1351 wypowiedzi

Deszcz, deszcz, deszcz. Czy w Warszawie musi teraz ciągle padać deszcz? Oliveir miał dosyć takiej pogody-miał wrażenie, że cały jest nasiąknięty kroplami deszczu, że jeszcze chwila i sam zacznie przeciekać. A wraz z wodą może wypłynąć to, co tak bardzo chciał ukryć. Za każdym razem, kiedy myślał o tym, co zrobił, jego serce biło jak oszalałe, stawał się poddenerwowany, niespokojny. Kiedyś będzie musiał jej o wszystkim powiedzieć... może dziś? Wyjął więc z walizki niewielki plik białych kopert, włożył do kieszeni płaszcza i wyszedł z pokoju hotelowego, ściskając mocno w dłoni czarny parasol. Miał nadzieję, że parasol obroni go nie tylko przed deszczem ale i przed gniewem Magi.

Maga też wzięła ze sobą parasol, Ale akurat deszcz, który padał nieprzerwanie od ponad 48 godzin, wcale jej nie przeszkadzał. W planach miała obejrzenie pałacu w Wilanowie i żadna okropna pogoda nie mogła jej w tym przeszkodzić. Uwielbiała zwiedzać, a zwiedzanie z Oliveirem to była prawdziwa przyjemność. Zauważyła, że ostatnio Oliveir był jakiś milczący i mniej skłonny do żartów. Szybko go usprawiedliwiła w myślach-ostatnio dużo zwiedzali i mógł być już zwyczajnie zmęczony.

Wilanów ich nie rozczarował. I pałac i park były wręcz przepysznie piękne. Tak stwierdziła Maga. Oliveir chyba niewiele zobaczył. Wciąż ciążyły mu koperty ukryte w płaszczu. Miał wrażenie, że Maga ma rentgen w oczach i doskonale wie, co ukrywa Oliveir. Carlos! Na myśl o byłym facecie Magi, Oliveir odruchowo ściskał ręcę w pięść, jakby chciał zadać cios niewidzialnemu przeciwnikowi. Żeby tak potraktować kobietę, a potem jeszcze pisać do niej listy! Listów nie czytał-nie chciał. Wiedział doskonale, że powinien je pokazać, żeby Maga sama mogła zdecydować co z nimi zrobić, ale nie chciał, by przeżywała tamten okropny dla niej czas po raz kolejny.

Listy oddał w drodze do kościoła, który koniecznie chciała obejrzeć Maga. Wcześniej spacerowali po ogrodzie różanym. Maga prawie biegała od jednego krzewu różanego do nastepnego, podziwiając kwiaty. Machała do niego żółtą parasolką. Uśmiechała się i coś mówiła, ale on niewiele z tego rozumiał. Już nie miał siły tego ukrywać. Odddał listy zdezorientowanej dziewczynie, wyjaśniając co go skłoniło do podjęcia takiej właśnie decyzji. Spodziewał się krzyków, kłótni, strasznego focha- Bóg wie czego! Koperty w dłoniach Magi mokły, ale nie zostały otwarte. Nie było krzyków, wyrzutów. Maga wyrzuciła kopery do pobliskiego kosza na śmieci. Oliveir stał skamieniały.

Maga nie zapomniała Carlosa. Rana, którą zadał wciąż nie zasklepiła się. Doskonale pamiętała upokorzenie i ból, który zadał Carlos. A to, że Oliveir nie pokazał jej listów było jednoznaczne z tym, że chciał ją chronić. Była mu wdzięczna za ten gest, a jedyne co mogła zrobić to przytulić się do swojego mężczyzny- za bardzo była wzruszona. Zrozumiał to doskonale i trzymał ją w objęciach długo, nie zważając na wciąż padający deszcz, czy na wychodzących z parku Japończyków obwieszonych kamerami i aparatami.

patrylandia
2133 wypowiedzi

- Cześć, piękna.
- Cześć.
Nadia miała czerwony nos i zmarznięte palce. Zawsze umawiali się na Wyspie Opatowickiej i tu zaczynali swój spacer.
- Mam wrażenie, że przez te sześć tygodni jeszcze bardziej wyładniałaś. Mróz wymalował ci piękne rumieńce. – Adam przytulił Nadię do siebie całując w ucho – Mam ci tyle do opowiedzenia. Tyle się wydarzyło.
- Ja też. – powiedziała Nadia lekko unosząc kąciki ust.
- Co też? – Adam miał ręce schowane w kieszeni, a jego radosne oczy biegały po wyspie.
- No też ci mam coś do powiedzenia. – nie zważając na nic Nadia ruszyła przed siebie utartą przez nich trasą. Adam wyrównał kroku, popatrzył na nią i uśmiechnął się.
- Mów, co też się wydarzyło przez ten czas – weszli na kładkę i przeszli na wał. Teraz zmierzali wzdłuż zoo do Mostu Zwierzynieckiego. Nadia już zamierzała otworzyć usta, gdy Adam zaczął mówić dalej – Wiesz, po tej ostatniej naszej wspólnej nocy sześć tygodniu temu, tyle się w moim życiu wydarzyło, Nadio, sam nie wiem, od czego zacząć. Moje życie stanęło na głowie. Poznałem kogoś. Wiesz, jako kobietę, to ciebie kocham najbardziej i tylko, ale on – Nadii zaczęło piszczeć w uszach, gorąco pulsowało w każdym nerwie jej ciała. Zastanawiała się, co ona teraz słyszy.
Przeszli przez most i teraz szli Półwyspem Wyspiańskiego. Nadia była wpatrzona w budynki Politechniki. Miała ochotę tam wejść i zniknąć w wielości korytarzy.
- Nadia, czy ty mnie słyszysz?
- Tak, tak. Mów dalej.
- Nie masz do mnie pretensji? Wiesz, po tej ostatniej nocy myślałem…
- No, co ty, wtedy było za dużo alkoholu. Ja już o tym nie myślę. Nie powiem, po tym, jaki byłeś, no wiesz, w łóżku, nigdy bym nie pomyślała… no ale opowiadaj ciekawa jestem – Nadia szła szybkim krokiem, miała wrażenie, że jej nogi zaraz same zaczną biegnąć. Cieszyła się, że jest mróz i jest opatulona szalikiem. Adam dotrzymywał jej kroku. Nie pytał, czemu tak biegnie. Wiedział, że nie lubi mrozu, a do Literatki, ich ulubionego pubu, był jeszcze spory kawałek.
- Wiesz, Maks jest wspaniały. Jest stylistą-fryzjerem. Odkrył we mnie moje prawdziwe ja i chce się ze mną związać, tak poważnie. Postanowiliśmy wyjechać do Paryża, tam nie ma ograniczeń, to jest takie miasto, że ..
- To może lepiej do Berlina? – Nadia nie była wstanie pozbyć się ironii w głosie, żeby zmienić to ciężkie powietrze w atmosferze, schyliła się, zrobiła śniegową kulkę i rzuciła w przyjaciela.
W biegu i zabawie minęli Muzeum Architektury. Nadia zmęczyła się i zatrzymała przed skrzyżowaniem, chociaż jeszcze była końcówka zielonego światła. Adam jednak złapał ją za rękę i przebiegli po białych pasach. Nadia wyrwała mu rękę i puknęła się w czoło.
- Nikomu o tym nie powiedziałem, moja matka tego nie zniesie. Znajomi to się chyba coś domyślają, jednak nikt nic nie mówi, a ja nie będę się tłumaczył. To moje życie.
Resztę drogi przeszli w milczeniu. W Literatce było już trochę ludzi. Za barem stała znajoma Sylwia. Wymieniły uśmiechy. Udali się na antresolę i zajęli mały okrągły stolik przy regale z książkami. Adam poszedł po piwo. Nadia beznamiętnie patrzyła na grzbiety książek i myślała o tym, co dzisiaj się wydarzyło. Jak Adam zmienił jej życie i o tym, czego na pewno mu nie powie. Skierowała wzrok w stronę barierek skąd było widać Sylwię i Adama witającego się z jakimś mężczyzną. Przystojnym mężczyzną. To pewnie był Maks. Choć nie witali się jak namiętni kochankowie Nadia czuła, że to on.
- Witaj, ty pewnie jesteś Nadia? Maks jestem – uścisnął rękę Nadii i usiadł na krześle obok.
- Cześć, miło cię poznać – Nadia odwzajemniła uścisk i uśmiechnęła się najuprzejmiej jak potrafiła.
Zaczęli rozmawiać o wszystkim i o niczym. Jak starzy dobrzy znajomi. Na prośbę Sylwii nawet wzięła akordeon, jej muzyczną miłość i zatopiła się w klawiszach i harmonii. Ona też była zakochana w Paryżu i chciała tam wyjechać. Teraz wiedziała, że nigdy tam nie pojedzie. Edith Piaf wybrzmiewała w kolejnych taktach. Trzymany między nogami akordeon pulsował ciepłem do miejsca, w którym od sześciu tygodni rodziło się życie. Nadia poczuła przeogromną siłę. Wiedziała, że nigdy o tym nie powie Adamowi, nigdy. Ta maleńka istota będzie jej i tylko jej.

MonMaynard
5 wypowiedzi

Wyszedłem z domu, bez większych planów na życie, nie myślałem o tym czy to się wydarzy dziś czy jutro czy w ogóle. Podświadomie jednak ruszyłem w stronę Mariackiego, czułem, że jak chwilę się tam pokręcę to coś się na pewno wydarzy. Nie żebym z góry zakładał, ze ona tam będzie. Wiem, ze to najgorsze świństwo, jakie można sobie zafundować, ale oszukiwałem samego siebie. Myślałem, że się tym w ogóle nie przejmę, że jak jej nie będzie to nie będzie włóczenia się bez celu po Rynku i poszukiwania. Nie będę wystawał pod Jazz Rockiem, w ogóle ominę Sławkowska. Pojdę na św Jana, skręcę zobaczę, co dzisiaj grają w „Arsie”, mało tego. Nie! Wiem! Pojdę na ambitną sztukę do Słowackiego .Tak zrobię .Ha!
Wbijałem sobie te wszystkie plany do głowy tylko po to żeby nie przeżywać tego poniżającego zawodu, że jej nie ma i że szwenda się może po Kazimierzu beze mnie i moich wywodów na temat życia i śmierci. Jak to ona zwykła ubierać. Dla niej cała egzystencja sprowadza się tylko do życia i śmierci. Nie wystawia innych rzeczy na pierwszy plan. Nic nie jest bardziej pierwsze niż to. Tylko życie i śmierć. Mówi o innych, zajmuje się jakimiś pobocznymi sprawami, ale ogólniki jakie towarzysz jej w określaniu całego tego bajzlu są tylko w tym jednym okrojonym aspekcie.
Tak naprawdę nie radzę sobie bez niej. Nie wiem tylko, dlaczego mogę się do tego przyznać tylko w samotności, gdy ona jest w pobliżu przybieram pozę cwaniaka i gbura bez barwniejszych przymiotników u boku. Ech…Popatrzyłem na Ratusz, był siódma, później na Sukiennice. Kraków jest piękny. Może chwilami zapleśniały, ale to jest chyba to…Wiem ,że maiłem się nie kręcić koło Empiku, nie zbliżać się do pomnika Adasia i w żadnym wypadku nie przechadzać się Floriańską, ale to było silniejsze ode mnie. Na nic moje wcześniejsze wywody o sztukach i filmach. Obiecuje sobie, że jak przyjdzie to jej wreszcie o wszystkim powiem. Będę szczery, wyjawię jej wszystkie zgrzyty bez ceregieli. Jest! O Boże! Widzę jak wychodzi z Grodzkiej, pewnie była nad Wisłą, przeszła bulwarami, popatrzyła na Wawel pomyślała o tym i o tamtym i zapragnęła spotkać moją nędzną osobę, która fajtłapiacko nie potrafi nawet na chwile się nie maskować.
Nie miałem szczęścia w miłości, nie byłem jakiś taki atrakcyjniejszy ani wyluzowawszy, dlatego zdziwił mnie fakt jej zainteresowania. Dlatego byłem taki zakłamany i okropny dla niej Skąd mogłem wiedzieć, że ma w tym interes. Kobiety zawsze mają interes. Nie no w sumie to chyba bardziej pasuje do mężczyzn. Nie generalizując oni wszyscy coś w tym wietrzą. No w tym to znaczy, że w stosunku, ustosunkowaniach i całej tej ceregielnej oprawie zapoznania i kontynuowania. Tylko szkoda, ze tym interesem okazała się miłość i uwielbienie, a jak zwykle wietrzyłem podstępne wykorzystanie. Uważała mnie chyba za mądrzejszego niż byłem. No, ale to przez te wszystkie moje maski. Słuchała fatalnej muzyki. Z resztą nie wiem czy maiła dla niej jakieś znaczenie. Po prostu znała się na radiowych przebojach i nie wiedziała o mojej gejowskiej łatce. Dobrze, dobrze zakasałem rękawy, ciesząc się z przyjemności jaką tanim kosztem, i przy zerowym wysiłku osiągnę dzięki tej mało muzycznie wymagającej pseudo kulturystce, ciągle przesiadującej w knajpach przy Szerokiej na Kazimierzu. Darujemy sobie wszystkie zachody i wschody. Łechtało mnie to zainteresowanie, rozleniwiając przy tym wszystkie cząsteczki mojego mózgu i członków niewysportowanego, a tylko czasem podpieszczanego cielska.;) Myślałem, że ja mam i mogę z nią zrobić, co chcę. Tak też czyniłem. Poniżałem.
Nie ważne. Nagle poczułem chęć ucieczki i niechęć do wyznania jej całej prawdy, ale odwrotu już nie było. Przyczaiłem się w kącie, zaraz przy wejściu do restauracji Szarej. Myślałem, że jak wmówię sobie ,że mnie nie widać to tak będzie. Ludzie, którzy zmierzali w stronę Małego Rynku musieli mieć stracha na mój widok. Dziwię się, że nikogo nie zawiadomili. Dobrze obracać się wśród udających dziwne stworzenia, wtedy myślą że też jestem udający, a ja nie zdradzam, że myślę tak naprawdę. Mimo wszystko patrzyłem na nią, stała przy kościele św Wojciecha. Musiała być bardzo zadowolona. Uśmiechała się .Stwarzała iluzję zadowolenia, ale tak naprawdę gryzło ją coś w środku. Obym to był ja! Podchodzi! Zakląłem na głos nie wiem po co, ale to dodało mi uroku idiotycznego „niewiadomoczego”.
-Najbardziej nie lubię przerysowanych facetów-powiedziała patrząc na mnie i zdecydowanym ruchem odpychając mnie na bok. Wiem o łatce i szkoda, Ze to ty jesteś operatorem kredki! Co teraz powinienem powiedzieć? Przekleństwa były, żadnych zfilozofiałych gadek, ani zniewieściałego zachowania i opowiadania o zyciu. Uświadomiłem sobie, że jak na obecną chwile mam mało do powiedzenia, że nie wspomnę o przechwaleniu się i imponacji( no chyba impotencją …kretynie! Pomyślałem, bo przechwalać się tez za bardzo nie było czym. No chyba, że skromnością).jak by to miało nie zabrzmieć właśnie tak to wszystko układało się w mojej głowie.
- Skoro nie lubisz przerysowańców i łaciatych to co ze mną robisz?
- Chodźmy na Rynek Podgórski porozmawiamy po drodze. Lubię rozmawiać idąc.
Minęliśmy Plac Wszystkich Świętych, Stradom i skręciliśmy na Dietla, żeby iść przez Most Grunwaldzki. Tak sobie lubiliśmy czasem wydłużać drogę.
- Kochanie- powiedziałem. Nie jestem taki klimatyczny jak ci się zdaje, jestem kelnerem w spelunie koło Bagateli, okłamywałem cię, ale zależy mi na Tobie. Wiem, że jestem skończony, ale może, chcesz się jeszcze poprzysłuchiwać mojej filozofii krakowskiego podwórka? Nic nie odpowiedziała. Czułem, że ona rzeczywiście o wszystkim wiedziała, tylko nie przypuszczała, że uważam ją za aż tak pustą i mało domyślną. Nici ze szczęśliwego zakończenia, co do ujawniania tajemnic swojego pochodzenia. Przyspieszyła. Zatrzymałem się i patrzyłem jak znika, za rogiem św Sebastiana. Jednak poszła Na Kazimierz. Alchemia będzie jej tego wieczoru. Szkoda, ze znów byłem taki głupi i myślałem, ze klika zdań związanych z przyznaniem się do kłamstwa zatrzyma ja przy mnie jak zwykle. Marna moc ma tajemnica, która ona poznała wcześniej.


przemekk
5742 wypowiedzi

Czas szybko mija. Niedawno rozpoczęliśmy pierwszą odsłonę "Shitownika paryskiego" a już się zakończyła.

Wyróżnione zostały prace trzech osób:

Patrylandia - otrzymuje książkę "Paryż. Sztuka i architektura". Jej praca znajdzie się również w "Shitowniku paryskim".

Maynard - otrzymuje e-book Joanny Ostrowieckiej "Nie tylko rock and roll. Podróże koncertomanki"

Oga - otrzymuje zestaw e-booków Pawła Bitki Zapendowskiego.

Przypominam, że nadal możecie przesyłać swoje prace w tym temacie, być może Wasza praca również znajdzie się w "Shitowniku paryskim"

Tymczasem zapraszamy Was do odsłony drugiej: Bistro Roman | Polański

Rejestracja jest darmowa i szybka.
Zajestruj się teraz!