Dzień 4 – Czy to była czarna historia?
Konkurs

Konkurs książkowy - Dzień 4 – Czy to była czarna historia?
KONKURS ROZWIĄZANY
Co to były za historie... Autorce szczególnie spodobały się jednak opowieści @anatola, @wiki820, @migaczynka.
Gratulujemy!

Znacie taką grę „Czarne historie”? Gra polega na tym, że znamy zakończenie historii i musimy zgadnąć, jak do tego zakończenia doszło. My dziś nie każemy Wam zgadywać konkretnej historii, ale pozwolimy Waszej wyobraźni popłynąć.

Zadanie konkursowe:
Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do pokoju w Wigilię. Spodziewaliście się 10 – osobowej rodziny, dwóch psów, kota i wesołego gwaru. Tymczasem… pokój jest pusty. Choinka przewrócona leży na podłodze i właśnie zaczyna się delikatnie palić. Na ścianach widać czerwone plamy, wyglądają jak krew. Stół połamany, krzesła porozrzucane. Co się stało?

To jest właśnie Wasze zadanie. Napiszcie, historię, która doprowadziła do takiego zakończenia.

Pamiętajcie, macie na to czas tylko do końca dzisiejszego dnia.
Wśród Waszych historii nagrodzimy 3 osoby, które otrzymają od nas pakiet 3 kryminałów, w tym książkę „Trzy trupy”.

Powodzenia!
Regulamin konkursu
    Udział wzięli:
    @migaczynka @Chassefierre @evelinajachimovic @wiki820
    IS
    @anatola @kerim @Renax
    TA
    @sija002 @u2003 @wybrana84

Odpowiedzi

@wybrana84
@wybrana84 6 miesięcy temu
Co roku dorabiałem jako Święty Mikołaj- odwiedzając rodziny przy wigilijnym stole. W tym roku dostałem "zlecenie" do bardzo bogatej dzielnicy. Pomyślałem nawet, że tam dostanę w łapę może nawet trzy razy więcej. Wiadomo jak to "bogacze".
Kiedy dotarłem pod wskazany adres , w oknie zobaczyłem "płonąca" choinkę. Wierzcie mi, że myślałem że ona naprawdę się pali. "Efekt technologii"- pomyślałem.
Zadzwoniłem dzwonkiem i czekam. Czekam. Czekam. I czekam. I cisza! Niewiele myśląc nadusiłem na klamkę i wszedłem do środka. Cisza. "Ej, no żadnego gwaru przy 10 osobowej rodzinie i psach z kotem?". Coś nie grało. Delikatny blask poprowadził mnie do salonu. Wtedy mnie wmurowało. To co dawało ten poblask, była NAPRAWDĘ paląca się choinka! Wokół porozrzucane krzesła. Stół połamany- bałagan totalny. Mało tego. Rozglądając się dostrzegłem dziwne smugi na ścianie. Wyglądały na ... KREW. Nie potrafiłem ogarnąć co się tutaj wydarzyło, gdzie wszyscy są. Nagle ktoś postukał mnie dłonią w ramię. Wystraszony obróciłem się gwałtownie.
Przed sobą ujrzałem policjanta.
"Nieźle Mikołaju, ciekawe jak Ty to zrobiłeś. Pójdziesz z nami". No i mamy wypasione święta - pomyślałem. Ale nie kasiorą, a kłopotami...
@anatola
@anatola 6 miesięcy temu
Nigdy nie lubiłem Wigilii. Zanim wszyscy w końcu usiądą wieczorem do stołu, przez cały dzień czuć nerwową atmosferę. W kuchni Maria i babcia Edyta już od kilku dni w akompaniamencie kolęd wydobywających się z radia kleją uszka, pierogi i kroją warzywa do tej okropnie tłustej sałatki warzywnej. W pokoju szumnie nazywanym salonem Grzesiek z małym Emilem i Kubą rozstawili stoły i krzesła przyniesione z szopki na ogródku. W ten sposób i tak mały pokój stał się jeszcze ciaśniejszy. Choinka, wciśnięta między telewizor a stół, jest udekorowana w tym roku w stylu eko, z łańcuchami ze starych gazet, słomianymi bombkami oraz wyciągniętymi przez babcie Edytę świeczkami na klipsy. Za czasów komuny, kiedy nie było nic, ponoć w ten sposób oświetlano drzewko. Mnie to wszystko wydaje się dziwne i przygnębiające. Piękne i błyszczące bombki oraz puchate łańcuchy były jedyną atrakcją, jaką widziałem w tych całych świętach. W dodatku Pimpek i Sadełko w kółko podbiegają go choinki i mokrymi nosami szturchają ozdoby. Więc te z dolnych partii są już całe oślinione. Po prostu ohyda, ale czego można się spodziewać po dwóch, mało rozgarniętych kundlach, w dodatku przywiezionych z głębokiej, podwarszawskiej wsi? Niestety moje tortury dopiero się zaczynają, gdy do mieszkania przybywa rodzina Łasuchów. Oh, jak ja ich nie cierpię. Wandzia, siostra Marii i druga córka Edyty oraz jej mąż Edek są najgrubszymi osobami, jakie widziałem w swoim życiu. Garsonki Wandzi z roku na rok są coraz ciaśniejsze, a spodnie Edka napięte do granic możliwości. Wraz z nimi przybyła trójka ich pulchnych i męczących dzieci. Kajtek, Miecio i Ula są trojaczkami, mają chyba z osiem lat, choć zachowują się jak Pimpek i Sadełko, czyli niezbyt mądrze. Co jednak dziwne, ta trójka boi się kundli i co roku każą sadzać się jak najdalej od nich. Dziś, ze względu na to, że pogoda jest jak we wrześniu, zdecydowano, aby wszarzy zamknąć na ogródku. To chyba nagroda za moje całoroczne cierpienie, mój prezent gwiazdkowy! Widok Pimpusia i Sadełka siedzących smutno przy tarasowych drzwiach rozlał miód na moje serduszko. Muszę zapamiętać ten widok na kolejne miesiące. Wigilię czas zacząć.

Kiedy wszyscy w końcu usiedli do stołu, zaczęły się coroczne sprzeczki na temat tego, która sałatka jest lepsza i czy kupowanie zabitego karpia nomen omen zabija magię świąt. Patrzenie na opychających się ludzi nie jest niczym ciekawym, jednak w pewnym momencie guziki z Wandziowej garsonki, gdy ta wstawała po kolejną porcję jedzenia, stwierdziły, że już dłużej nie dadzą rady, po czym wystrzeliły niczym z kałasznika w różne strony z ogromną siłą. Pierwszy trafił w siedzącego naprzeciwko Grzesia w sam środek czoła! Ten przerażony, momentalnie podskoczył, odpychając stół z całej siły. Chwiejący się mebel w stronę podłogi dodatkowo pociągnął, kołyszący się na krześle Kajtek, który po wystrzale i krzyku matki stracił równowagę i runął na ziemię. Drugi guzik z prędkością światła uderzył w telewizor, od którego się następnie się odbił i trafił w wazę, którą wnosiła właśnie do salonu babcia Edyta. Cenne, wyjmowane tylko raz w roku naczynie rozbiło się w drobny mak, a rozpryskujący się barszcz oblał babcię Edytę, ścianę i całą podłogę. Widząc matkę w czerwonej mazi, Maria natychmiast rzuciła się jej na ratunek, nie bacząc na stojącą choinkę, która niebezpiecznie zaczęła się chwiać, a płomienie ze świec momentalnie zaczęły muskać słomiane ozdoby. Nim Maria dotarła do przerażonej matki, drzewko zaczęło się palić, a Edek siedzący dotąd ogłupiony bez ruchu rzucił gromkie — Łasuchy, uciekamy! Ula oraz Miecio rzucili się do drzwi od tarasu i gdy tylko je otworzyły z przerażeniem, zobaczyły biegnące w ich kierunku Pimpka oraz Sadełko. Szybko wycofały się znów w głąb pokoju, gdzie Emil oraz Kuba starali się ugasić paląca się choinkę kompotem z suszu. Wandzia ciągle stała i krzyczała wniebogłosy, Grzesiek ruszył na ratunek Kajtkowi, który leżał ciągle na podłodze. Pimpek i Sadełko, wpadając do pokoju od razu, zauważyły barszczyk na podłodze i podbiegły go wyliczać. Edyta, trzymając w rękach pozostałości drogocennej wazy, biała jak ściana szeptała w kółko, że to koszmar. Maria, z przerażeniem obserwowała to matkę to palące się drzewko. I wtedy nagle całe przedstawienie się skończyło, bo do pokoju wbiegł sąsiad z sąsiadka i po szybkiej ocenie w sytuacji rozpoczęli akcję ratunkową. Sąsiadka pomogła Marii wyprowadzić dzieci, bladą Edytę oraz ciągle wrzeszczącą Wandzie z mieszkania, sąsiad, wróciwszy z małą gaśnicą, zdołał ugasić choinkę, a Grzesiek siłą odciągnął Pimpka oraz Sadełko od barszczykowej kałuży w stronę wyjściowych drzwi. Gdy usłyszałam trzask zamykanych drzwi leniwie, rozciągnąłem się na swoim legowisku ułożonym na samej górze regału. Z gracją typową dla kota zeskoczyłem na ziemię i szerokim łukiem omijałem to całe pogorzelisko. Oczywiście zapomnieli o mnie w tym całym zamieszaniu, typowe. Dam im jednak nauczkę, a oni przez poczucie winy będą chodzić jak w zegarku, spełniając moje wszystkie kaprysy. Dla większego dramatyzmu schowam się na dzień lub dwa gdzieś na strychu u sąsiada. Taka terapia szokowa bardzo im się przyda. Szkoda mi tylko Sylwka, który ma zjawić się, na tej pożal się Boże Wigilii. Przeżyje niezły szok, oby tylko zawału nie dostał, bo wtedy naprawdę nikt nie zwróci uwagi na moje zniknięcie. Byłoby szkoda.

IS
@iszmolda 6 miesięcy temu
Jestem padnięta po dzisiejszym dyżurze, a czeka mnie jeszcze Wigilia z całą rodziną, później sprzątanie ze stołu, doprowadzenie do porządku salonu i kuchni. Zapowiada się długi wieczór, ale tak to jest jak się organizuje Wigilię i pracuje na 12-godzinne zmiany. Wszystko wcześniej przygotowałam. Wszystkie dania zrobiłam wczoraj i zostawiłam w lodówce. Wystarczy tylko podgrzać. Obrus i zastawę przygotowałam rano, mąż miał tylko nakryć. Rodzice i teściowe mieli przyjechać troszkę wcześniej by pomóc Adamowi z przygotowaniami i ogarnięciem dzieci. Przed wejściem do domu biorę głęboki oddech i na twarz przywołuje uśmiech numer 2. Ale co się dzieje? Drzwi są zamknięte? Kilka razy szarpie za klamkę - zamknięte. Dzwonię dzwonkiem - nikt nie otwiera. Gdzie się wszyscy podziali? Dobrze, że zawsze noszę w torebce zapasowe klucze. Otwieram drzwi i wita mnie grobowa cisza. Nawet nie zdejmnuje butów i płaszcza tylko idę prosto do salonu. Moim oczom ukazuje się istne pobojowisko. Przewrócona choinka, na podłodze potłuczone talerze, szklanki, bombki, rozrzucone sztućce i wielka czerwona plama na dywanie, dwie ściany też w czerwonych plamach, krzesła porozrzucane po całym salonie a na środku połamany stół.
W momencie gdy przed oczami mam najczarniejsze scenariusze dzwoni moja komórka.
- Halo
- Aniu, za ile będziesz w domu?
- Już jestem...
- Cholera, tak szybko...
- Nie było korków. Adam, co tu się stało? Gdzie jesteś? Gdzie rodzice i dzieci?
- Kochanie tylko się nie denerwuj.
- Jak mam się nie denerwować? Widziałeś salon?
- Doskonale sobie radziłem. Nakryłem do stołu. Podgrzewałem kolejne dania. Przyjechali twoi rodzice i zajęli się dzieciakami. Psy z kotem spały sobie niedaleko choinki. Wszystko szło świetnie dopóki nie przyjechali moi rodzice.
- Oni zdemolowali nasz salon?
- Poniekąd. To wszystko przez mojego ojca. Wiesz jaki z niego tradycjonalista. Jak się dowiedział, że nie będzie karpia to stwierdził, że Wigilia bez karpia to nie Wigilia. No i przywiózł ze sobą w wiaderku takiego jeszcze żywego i w kuchni zaczął go przygotowywać, ale jak zeskrabywał z niego łuski to wyślizną mu się z rąk i z takim głośnym plaskiem upadł na płytki. Jak to usłyszały psy to zerwały się jak szalone, a ja wtedy niosłem na stół wazę z barszczem. Pikuś przebiegł między nogami, ale Lucky się już nie zmieścił i mnie przewrócił.
- To stąd ta czerwona plama na dywanie?
- I na ścianach.
- A co się stało ze stołem?
- Upadłem na niego i się złamał.
- A choinka?
- Jak psy się zerwały to Filemon się wystraszył i skoczył na choinkę.
- A gdzie ty teraz jesteś? I gdzie dzieci i rodzice?
- Jestem na Sorze. Jak upadłem na stół to coś mi trzasło w ręce, no i się trochę pokaleczyłem o talerze i szklanki. Moi rodzice mnie zawieźli i na mnie czekają. Twoi wzięli dzieciaki i pojechali do domu po stół ogrodowy. Zadzwoniłem też do Marka i Izy. Powinni być niedługo u nas z barszczem.
- A co z twoją ręką?
- Zrobili mi prześwietlenie i jest złamana. Właśnie mi ją włożyli w gips. Niedługo będziemy w domu.
- Dobra
Jeszcze raz rozejrzałam się po salonie. Choinka właśnie zaczynała się palić. Odłączyłam od prądu lampki choinkowe i pobiegłam do kuchni po wodę. Omal nie potknęłam się o psy i kota. Leżały na środku kuchni i kończyły jeść karpia. Złapałam wiadro po karpiu i ugasiłam choinkę. Mam nadzieję, że za rok w pracy nie wypadnie mi dyżur w Wigilię....
@u2003
@u2003 6 miesięcy temu
10-osobowa rodzina siedziała przy wigilijnym stole. Dookoła nich biegały dwa rozszczekane psiaki, a na parapecie grzecznie spał kot. W pewnym momencie jedna z kobiet siedzących przy stole poczuła, że coś kudłatego przebiegło jej po stopie. Nie zareagowała, sądząc, że to któryś z psów. Wtem zobaczyła, że coś białego biegnie na choinkę... a psy za tym niezidentyfikowanym obiektem! W mgnieniu oka choinka została przewrócona, a pieski zaplątały się w zwisających z niej łańcuchach. Aby nie narobiły większych szkód, cała rodzina rzuciła się, chcąc pomóc im się uwolnić. Z powodu narastającego rwetesu, obudził się kot, który zauważył niepilnowany stół i wskoczył na niego w poszukiwaniu przysmaków. Pierwszym obiektem jego ciekawości okazała się ryba, chcąc usadowić się wygodnie, aby ją zjeść, przypadkiem wdepnął w barszcz. Ten zaś okazał się być gorący, więc kot szybko zabrał jego łapkę i zaczął rozpaczliwie miauczeć. Zareagowała na to starająca się okiełznać bałagan utworzony przez psy rodzina. Jeden z jej członków, pragnąc zobaczyć, co przydarzyło się kotu, potknął się o ozdobę która spadła z choinki, przewracając się na stół. Niestety ten nie wytrzymał ciężaru i najzwyczajniej w świecie się rozpadł, rozbryzgując przy tym wigilijne dania - w tym barszcz - po ścianach, ale także uczestnikach kolacji. I właśnie w tym momencie niezidentyfikowany obiekt, będący przyczyną całego zajścia, postanowił się ujawnić. Spod stołu wyszła nierażona niczym... mysz. Osłupiała rodzina czym prędzej rzuciła się do drzwi, aby opuścić pokój. Szybko zatrzasnęli za sobą drzwi. Wszyscy pochowali się po pokojach.
W tym momencie wkraczam ja. Dlaczego jestem jedyną osobą w rodzinie, która nie boi się myszy?
@wiki820
@wiki820 6 miesięcy temu
-A więc dziś jest ten dzień. Dziś jest dzień, w którym wszyscy będą udawać, że mnie kochają. Przez cały rok słyszałam tylko wyzwiska w swoim kierunku, wymigiwanie się ze spotkań i udawanie głuchego na moje krzyki o chociaż chwilę rozmowy, ale dzisiaj wszystko będzie idealne. Już nie mogę się doczekać. -Pomyślała Zuza.
Schodząc na dół, modliła się żeby na nikogo nie wpaść. Chciała mieć już to za sobą. Nienawidziła fałszywych ludzi. Niestety w kuchni wpadła na krzątającą się siostrę.
-Chciałabym żebyś wyszła. -Powiedziała do niej.
-Co? -Zdziwiona Zuza podniosła głowę.
-Właściwie wszyscy chcemy, żebyś wyszła.
-Co to znaczy?
-Po prostu wspólnie stwierdziliśmy, że Wigilia to szczególny dzień, w którym nie ma miejsca na smutki, a Ty to właśnie taki jeden wielki smutek. Nie możemy się weselić, kiedy na Ciebie patrzymy. Każdy inny dzień jest w porządku, ale nie ten. Proszę, uszanuj to. Dam Ci klucze do swojego mieszkania, żebyś się nigdzie nie błąkała. -Popatrzyła na nią błagalnie.
-W porządku. Rozumiem. Ale nie dawaj mi tych kluczy. Właściwie od początku miałam inne plany. -Uśmiechnęła się do siostry i z podniesioną głową, wyszła z kuchni.

5 godzin później

Weszła do salonu, gdzie nie było już nikogo. Nie było rodziców, nie było rodzeństwa, nie było cioci Jadwigi. Nawet zwierzęta zniknęły. Wszędzie za to był bałagan. Porozbijane talerze, zupa za dywanie, przewrócona choinka... Ale nie to było najgorsze. Najgorsza była krew. Zuza nie miała pomysłu na wyczyszczenie ciemnych plam. Pozbywając się ciał, nie myślała o tym. Nie wymyśliwszy nic mądrego, odpaliła zapalniczkę i przyłożyła ogień do gałęzi świątecznego drzewka. Teraz oprócz wielkiego bałaganu widziała też delikatnie palącą się choinkę. Uśmiechnęła się zadowolona z siebie. Wiedziała, że już nikt jej nie skrzywdzi. Zuza właśnie została panią swojego losu. Zuza to ja.
@Chassefierre
@Chassefierre 6 miesięcy temu
Okej, może i niektórzy spodziewali się ,,wesołego gwaru’’ ale nie ja. Nie ma głupich. Od ponad trzydziestu lat Wigilia wygląda tak samo, więc czemu tym razem miałoby się obejść bez awantur, fochów i nieuprzejmych docinków nad biednym karpiem w galarecie?
Właśnie. Ja też tego nie wiem.
Dlatego niespecjalnie zdziwiłem się, że wchodzę do podejrzanie cichego mieszkania. Zdjąłem kurtkę, odłożyłem czapkę, zzułem buty i wyobrażałem sobie jednocześnie, jak moja ,,wielka szczęśliwa rodzina’’ siedzi naprzeciwko siebie mierząc się nienawistnymi spojrzeniami, jak ciszę przerywa tylko stukot sztućców o porcelanę – oczywiście wyjmowaną od wielkiego święta – i jak biedny Reksio i Fafik siedzą smętnie koło stołu nie rozumiejąc do końca co się dzieje…
Wtedy to do mnie dotarło.
Psy. Nie przyszły mnie przywitać! Kot to pal sześć, ta puchata klucha chodzi własnymi drogami i jestem przekonany, że nawet nie zauważyłaby naszego braku w mieszkaniu, ale nie psy!
Tknięty złym przeczuciem ruszyłem ostrożnie w kierunku salonu. Zamarłem na progu, unosząc brwi. To wyglądało tak, jakby… jakby Grinch przybył spełnić moje dziecięce życzenie i ukradł święta.
Salon był pusty. Stara ława pamiętająca jeszcze szczęśliwe czasy Gierka leżała przewrócona na bok i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że wreszcie się złamała. Przyciszony Polsat pokazywał kolejną scenę z ,,Kevina samego w domu’’, ściany i podłogę pokrywała czerwona ciecz, którą w pierwszej chwili wziąłem za krew – ale po bliższych oględzinach okazała się barszczem. W rogu pokoju leżała choinka, na której wciąż smętnie mrugały kolorowe światełka. I zaczynała się tlić.
Wtedy zadzwonił mój telefon. Odebrałem, rzucając okiem na wyświetlacz. To Staszek, mój młodszy brat.
- Młody, choinka się świeci – rzuciłem zamiast powitania.
- To ją zgaś, ty debilu! – Staszek najwidoczniej nie był w nastroju do żartów. – Jesteś w domu? Jak to wygląda?
- A jak ma wyglądać? – Schyliłem się, żeby odłączyć lampki z kontaktu, a potem sięgnąłem po Cisowiankę Perlage (ciocia Basia nigdy nie piła nic mniej prestiżowego – dobrze chociaż, że zgodziła się pić polską markę, a nie wodę Borżomi, bo to do końca zrujnowałoby nasz rodzinny budżet w grudniu) i obficie polałem tlące się miejsca na choince. Zasyczało. Zgasło. Chyba.
- Ty jak zwykle nic nie wiesz, prawda? – nachmurzył się Staszek. – Na jakim ty świecie żyjesz, Adam?
- Normalnym – burknąłem, nie rozwijając tematu, bo wiedziałem, że pytanie młodego jest pytaniem retorycznym. – Wiesz co tu się stało?
Staszek milczał dłuższą chwilę.
- Weź może lepiej usiądź – zasugerował w końcu.
Podniosłem z podłogi najbliższe krzesło i usiadłem.
- Siedzę – zakomunikowałem bratu.
Młody wziął głęboki oddech.
- Słuchaj, wszystko co ci teraz powiem, przekazała mi Izka, ona teraz jedzie do mnie, wzięła ze sobą psy, kot gdzieś wybiegł z mieszkania w tym zamieszaniu, jakbyś mógł go złapać…
- Jasne, jak tylko zobaczę Kluskę to zgarnę ją do siebie.
- Świetnie. – Staszek przerwał na chwilę. – Podobno zaczęło się od tego, że ciotka Basia przyjechała do nas z tym swoim nowym facetem, wiesz, tym, co go tak wszem i wobec zachwalała, że jest taki opiekuńczy i męski, i boski, i bogaty i że nie uwierzymy, jak go zobaczymy…
- Yhym – mruknąłem. Ciocia Basia nagadać się nie mogła o tym swoim nowym kochanku, ale nie chciała powiedzieć nawet, jak ma na imię. W końcu zaczęliśmy z Zuzką żartować, że pewnie go sobie wymyśliła.
Zuzka, właśnie. Aż zacząłem żałować, że pracuję w budżetówce a nie w Amazonie i dostałem wolne na święta… A mogliśmy razem kompletować zamówienia na sektorze…
- Okazało się, że ten facet to muzułmanin!
- Acha, no i co z tego?
Naprawdę, w pierwszej chwili nie załapałem. Ale potem coś w moim mózgu zaskoczyło – jakieś spięcie na linii między moimi ultrakonserwatywnymi katolickimi rodzicami i ciocią Basią.
- O – zreflektowałem się. – O cholera.
- A potem było jeszcze gorzej. Bo podobno, jak już zaczęli się kłócić to w tą kłótnię włączył się Marcel i powiedział im, że on jednak nie skończy seminarium, bo wcale nie czuje żadnego powołania, i wręcz przeciwnie, jemu się wydaje, że Boga nie ma i jest ateistą…
- I wtedy poleciał stół? – domyśliłem się.
- Talerze. – Sprostował Staszek grobowym głosem. – Talerze babci Zygfridy.
Już pewnie się domyślacie, że chodziło o tę porcelanę wyjmowaną z kredensu od święta. To był oryginalny przedwojenny Rosenthal. A teraz leżał w kawałkach na dywanie…
- Stół poleciał, kiedy Iza powiedziała, że odwołała swój ślub w styczniu, bo Andrzej ją zdradził.
To by tłumaczyło, dlaczego wzięła psy i pojechała do Staszka. Ale nie tłumaczyło czego innego.
- A dlaczego nikogo tu nie ma? – spytałem.
- Bo wszyscy siedzą teraz na SORze w szpitalu. Jak matka usłyszała te rewelacje to zemdlała, wiesz jaka ona jest…
Teatralna. Staszek nie musiał tego dodawać, wszyscy wiedzieliśmy, że nasza matka lubuje się w teatralnych pozach, a udawane omdlenie doskonale się w nie wpisywało.
- No i zemdlała tak niefortunnie, że się przy tym ręką nadziała na tego Rosenthala po babci Zygfridzie i trzeba było ją do szpitala zawieźć. Więc teraz Marcel wyprowadza się z seminarium, chciał, żebym cię zapytał czy go przenocujesz kilka dni, i czy Zuzka nie będzie miała nic przeciwko? A Iza za chwilę powinna być u mnie. Tylko, żebyś Kluskę złapał, bo ciotka to sobie na spokojnie poradzi, a Darek napisał do mnie przed chwilą na fejsbuku, że z tą ręką to nic poważnego nie będzie, dostali zieloną karteczkę i pewnie będą czekać na przyjęcie jeszcze ze dwie-trzy godziny.
- Jasne – burknąłem, wstając. Wyłączyłem telewizor i ostatni raz spojrzałem na choinkę. Nie paliła się. – Powiedz mu, że może przyjechać. Zuzka i tak teraz cały czas siedzi w pracy, pewnie nawet nie zauważy, że ktoś nowy jest w domu.
- Dzięki, stary, słuchaj, muszę kończyć, zdzwonimy się jeszcze, tak? – nie czekając na odpowiedź zerwał połączenie.
Schowałem telefon do kieszeni i ruszyłem w stronę przedpokoju. Kończąc się ubierać usłyszałem ciche drapanie i pomiaukiwanie za drzwiami. Przynajmniej z Kluską nie będzie problemów tego wieczora…
@sija002
@sija002 6 miesięcy temu
Zbieram się do wyjścia w pośpiechu wciskając stopy w ciasne buty, nienawidzę ich ale stale słyszę, że przy stole trzeba jakoś wyglądać.
Po godzinie jesteśmy już pod drzwiami, w progu stoi uśmiechnięta babcia z fartuchem w dłoni.
Wszyscy siadamy do stołu, zapach barszczu roznosi się po jadalni, a świeczki wprowadzają niesamowity klimat.
-Mamoo, a kiedy zwierzęta zaczną mówić ludzkim głosem? - pyta mały Radek z wiecznym uśmiechem na twarzy.
-Już niedługo kochanie- śmieje się babcia-Tak w ogóle, co ciekawego masz w tej torbie- pyta unosząc brwi- dla kogo taki spory prezent?
-To nie prezent babciu... To Taylor
-Kim jest Ta.. -jej głos przerywa ojciec chłopca szybko wstając z krzesła
-To mój królik - mówi chłopiec otwierając świąteczną torbę.

Rodzice Radka już mają mu przeszkodzić ale mały królik szybko wyskakuje z niewoli.
Pies babci słysząc to rzuca się w pogoń za zwierzakiem. I wtedy cały spokój gaśnie w mgnieniu oka.
Krzesła i naczynia latają na boki.
Dziadek próbując załapać małego uciekiniera rzuca się na stół, który pęka pod jego naciskiem, talerz czerwonego barszczu ląduje na ścianie.
Królik wskakuje w róg kanapy, a tam łapie go Radzio. W tym samym czasie wielka choinka pochyla się w stronę zapalonych na stole świeczek.
-No co? -pyta Radek-Ja tylko chciałem sprawdzić co powie...
@migaczynka
@migaczynka 6 miesięcy temu
Nie mogę się ruszyć. W głowie kłębi mi się milion pytań, na które nie znam i pewnie nie dostanę odpowiedzi. Jeszcze raz omiatam wzrokiem pokój. Panuje tutaj totalny chaos. Ktoś ich napadł? Porwał? Zamordował? Na myśl o tym ostatnim zaczyna mi się kręcić w głowie. Łapię się na najbliższe krzesło. Pod dłonią czuje wilgoć. Spoglądam na nią. Cała jest we krwi. W gardle czuję resztki zjedzonego w pociągu obiadu. Zamykam oczy i staram się uspokoić. Podbiegam szybko do łazienki i nabieram wody. Gaszę choinkę, która z każdą minutą zaczynała się coraz bardziej palić. Przeszukuje cały dom, zaglądam w każdy kat. Nigdzie ich nie ma. Wiedziałam, że kontakty Tomka z gangsterami nie skończę się dobrze, ale tego się kompletnie nie spodziewałam. Dźwięk telefonu wyrywa mnie z zamyślenia. Gorączkowo szukam go w torebce, z nadzieję, że będzie to jeden z członków rodziny. Spoglądam na wyświetlacz. Numer prywatny. Z drżącymi rękami naciskam zieloną słuchawkę.
- Halo? - cisza. Słyszę tylko przyspieszony oddech. - Kto mówi?
- Czyżbyś sie czymś zdenerwowała? - staram się uspokoić. - Nie musisz odpowiadać. Słuchawki uważnie co Ci teraz powiem. Czy mam twoją rodzinę? Tak. Czy mam w planach zrobić jej krzywdę? Być może. To ty rozdajesz karty. Wszystko zależy od Ciebie.
W momencie gdy miałam się odezwać, słyszę trzy sygnały. Rozłączył się. Co mam dalej robić. Jest jedną osoba, która może mi pomóc. Nie widziałam go dziesięć lat. Ale jest moją ostatnią deską ratunku.
Ta noc zdawała się nie mieć końca. Nigdy nie czułam się tak obco we własnym domu. Wszystko spowijała ciemność. Wtedy zauważyłam, że na stole wśród śledzi, sianka i opłatków znajduje się karta - as pik. Chciał mi przekazać, że nie uda mi się uciec przed odpowiedzialnością. Zostałam wplątana w najbardziej nieprzewidywalną rozgrywkę w moim życiu. Ale nie poddam się. Jeszcze przekonamy sie kto tutaj rozdaje karty.

TA
@tayen 6 miesięcy temu
Wracałam do domu w typowym odczuciu towarzyszącym mi podczas świąt. Tak reaguję na ten chaos - ni to radość, ni to lęk.
Zaskoczenie spotkało mnie już u progu. Kompletna pustka w domu była dziwniejsza niż gdybym spotkała tańczącego topless Mikołaja na środku pokoju.
Nie ma rodzinki i zwierzaków. Mogłabym wytłumaczyć brak ludzkiej i psiej ferajny, ale do licha gdzie kot??
Im głębiej w dom tym gorzej, plamy na ścianach, tląca się choinka, połamane meble.. Podbiegłam do ściany, uff przynajmniej te plamy to nie krew tylko barszcz mamy. Tyle zmarnowanego pysznego jedzenia, ale większa szansa, że żyją!
Zaczęłam szukać dalej poszlak, jakichkolwiek wskazówek , które pomogą odkryć prawdę.
I tak natknęłam się na karteczkę samoprzylepną przyklejoną do sedesu i już wiedziałam, że to od siostry - zawsze takie sobie zostawiałyśmy.
"Piszę szybko, wtargnęli do domu, czegoś szukają i wszystko demolują, zabrali już połowę z nas na zakładników! Tata jeszcze walczy, ja schowana z Pimpkiem w łazience, ale do mnie też dotrą! Nie wiem jak ale nam pomóż. TO PIEPRZONY GANG ELFÓW! "
Usiadłam na ziemi całkiem skołowana. To naprawdę dużo gorsze niż spotkanie półnagiego Mikołaja..
@kerim
@kerim 6 miesięcy temu



Jan – znany warszawski ginekolog, przemierzał zaśnieżone drogi, prowadzące do rodzinnej wioski przy granicy z ZSRR. Dzień Wigilijny był jednym z niewielu w roku, w którym spotykał się w rodzinnym domu z najbliższymi. Po drodze miał zabrać brata Filipa (rozwodnika, zawsze lubiącego bardziej koleżanki żony, niż ją) – nauczyciela fizyki w LO w małym miasteczku, niedaleko rodzinnych terenów. Janek to homoseksualista i praca na uczelni (był po doktoracie, w trakcie habilitacji) w wielkim mieście (też w szpitalu) była odskocznią od prowincjonalnej rzeczywistości, zapamiętanej z młodości. Rodzina się nim chwaliła bo naukowiec, specjalista, ale jego samotność pomijano, bo jak powiedzieć sąsiadom, że woli mężczyzn!
Jazda Polonezem dobiegła końca, zaparkowano go obok stodoły, widać było rozświetlone pomieszczenia, dym unosił się nad domem, bracia weszli i … nikogo nie ma, choinka leży na podłodze i lekko się dymi, na ścianie czerwona smuga … co się tu stało – pomyśleli, patrząc na siebie? Czy to krew? Zbadali i wyszło, że to jednak farba, bardziej rozlana pod drzewkiem. Obok rozwalonego stołu i krzeseł na ziemi, leży przypinka „Solidarność”. Tato – wiekowy pan, zagorzały zwolennik zmian (był już rok 1986) zawsze ją nosił. To pamiątka po koledze, który przelał za sprawę krew. Senior miał ją zawsze przy sobie – wpiętą w koszulę, marynarkę (jak też „Cudowny Medalik” na szyi oraz papierosy „Popularne”). Bracia doszli do wniosku, że wynikła jakaś szarpanina – no bo co innego (i dlaczego)? Wyszli na zewnątrz, usiedli obok studni, aby zimne powietrze ich otrzeźwiło. Nagle z ciemności wyłonili się mundurowi – była to Służba Bezpieczeństwa. Jan i Filip zostali zabrani na komisariat, odbyło się standardowe przesłuchanie. Oficer z SB poinformował, że cała „rodzinka” trafiła w odległe miejsce, ponieważ w domu znajdował się gość – poszukiwany opozycjonista, bardzo bliski współpracownik przewodniczącego Związku. Ponadto gdy Milicjanci oraz SB weszło do domu, to obecni w nim mężczyźni stawiali opór, doszło do „małej bijatyki”. Zarekwirowano (znalezione w ukryciu) wydawnictwa podziemne, maszynę do pisania, powielacz oraz dolary amerykańskie w ilości 100. Zaś farba została przypadkowo rozlana, gdyż w chwili gdy funkcjonariusze weszli do pokoju, poszukiwany miał ją w ręce w słoiku i pokazywał seniorowi rodu. Po szamotaninie spadła, brudząc drewnianą podłogę oraz ścianę. Pułkownik poinformował, że taką substancją maluje się statki i jest ona w zasadzie niedostępna dla ogółu. Jest bardzo wysokiej jakości, trudno ją zamalować później. Wrogowie ludu z Solidarności, używają ją do malowania różnych haseł na metalowych powierzchniach oraz ścianach (typu: „Zima wasza, wiosna nasza”). Sprawa jest rozwojowa. Specjalna grupa dochodzeniowa dowiedziała się (od TW „Malinka”), że wspomniany poszukiwany (inż. Mikołaj Z. – pseudonim „Nasciturus”) ma właśnie być tym domu na Wigilii. Teren był obserwowany od kilku dni. Domownicy mają lekkie rany (nie musieli stawiać oporu!). Bracia za dwie godziny się z nimi spotkają. Naczelnik Wydziału nadmienił, że przypadnie
to na „Wasze” Boże Narodzenie i ma nadzieję, że wszyscy z „ciekawej rodzinki” zrozumieją swój błąd i narodzą się do nowego życia, „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”.
:-)
Z dawnych lat:


Przypinka „Solidarność”
Źródło: Powielacz jako oręż w walce z komuną... O 22:00





@Renax
@Renax 6 miesięcy temu
Właśnie wróciłam ze sklepu z siatkami pełnymi zakupów, a tu taki widok! O Jezu: choinka wywrócona, stół połamany, na ścianach jakieś plamy, dziecka nie ma, męża też nie? A przecież miał zrobić tylko jedno: zabić karpia! Czy to aż tak trudne? No i gdzie oni są i co się stało? Jakoś dziwnie jestem spokojna. Zwalona choinka przy małym dziecku to w sumie nic nadzwyczajnego. Ale połamany stół? A krew? Dzwonię do męża!
- Halo! Gdzie jesteście? CO się stało? Szymonek cały?
- Halo! Halo! Co mówisz? Nic nie słyszę...
- A gdzie jesteście? Co to za hałas?
- No jak to gdzie? W sklepie! Chiunkę kupujemy i bańki. No i stół. Nie widziałaś co się stało?
- Jak to nie. Bałagan widziałam. A jak do tego doszło?
- Normalnie. Karp mi uciekł spod noża. No to pobiegłem go łapać, a Szymonek za mną. Najpierw padł w choinkę. Potem zaczęły się palić zasłony. No to złapałem dziecko i pobiegłem po wiadro z wodą do łazienki. No i jak wracałem z tym wiadrem to się potknąłem na karpiu i wpadłem na stół i wszystko gruchnęło. Ale nie martw się kochanie, wszystko się naprawi. Do Wigilii jeszcze cała godzina.
- A mleko masz dla dziecka?
- Tak. Wszystko jest. Aha. Uważaj na karpia. Ja chyba kupię filety z dorsza.... Trzeba jeszcze coś?
-Nie. Wszystko jest. Wracajcie.

Uf. Zrobiłam sobie kawę, siadłam sobie w fotelu... Patrzę na to pobojowisko. Mam wspaniałą rodzinę....
@evelinajachimovic
@evelinajachimovic 6 miesięcy temu
Stoję w ogromnej kałuży czegoś czerwonego i pierwsze co mi się nasunęło na myśl, że stoję w czyjejś krwi i to ja będę podejrzana, tylko o co? 🙉 co tu się stało? Wypowiadam te pytanie na głos, nie liczę chyba że ktoś mi odpowie?
Spokojnie, myśl! Obudź się i myśl! Trzeba ugasić choinkę..
Ale gdzie się wszyscy podziali?-znowu wypowiadam to na głos 🙈
Psy dostały wścieklizny, napadły na rodzinę, kot uciekł, ale gdzie są ciała? Przecież nie zostały zjedzone??
Czy może jednak barszcz się nie udał, uszka się rozpadły a tato wpadł w furię i za jednym zamachem zamordował żonę i teściową a naocznych świadków również sprzątnął?
Czy ja aby na pewno nie czytam za dużo kryminałów 🙈🙈

Zacznijmy od początku: babcia uwielbia ryby.
Chwaląc karpia w galarecie, który zrobiła mama, zakrztusiła się ością.
Nie chciała dać sobie pomóc, w następnej chwili była cała sina i przestała reagować na docierające do niej słowa. Spadła z krzesła, zahaczając o kota, ten zaś wpadł w szał.
Psy leniwie leżeli na kanapie, ale jak tylko zauważyli akcję to tak jakby drugie życie w nich wstąpiło 🙉
W tym momencie kiedy tato próbował ratować babcię kot zaczął gonić po całym pokoju, przewracając wszystko co napotkał po drodze, a psy za nim mając z tego niezłą zabawę.
Ciocia z mężem i dziećmi spanikowana zaczęła się szybko ubierać i wychodzić.
Mama przedzierała się przez milion pytań na pogotowiu ale na szczęście karetka miała zjawić się po krótkiej chwili.
A ja? Gdzie byłam wtedy ja? Tłukłam się autobusem do domu, bo nie chciało mi się jechać autem 🤔i że ominęła mnie taka akcja!
Czerwone plamy to barszcz z kompotem truskawkowym, stół się połamał w całej tej akcji psów goniących się po pokoju 🙈
A gdyby nie obsesja mamy na punkcie świec, to choinka pewnie nie była taka poturbowana 😃
No cóż, psy dalej leniwie leżą w drugim pokoju.
Kot schował się w łazience.
Rodzice wracają do domu.
A ja nawet nie zauważyłam nie odebranych połączeń i SMSów od mamy🙉



nakanapie.pl
© 2022
O nas Kontakt Pomoc
Polityka prywatności Regulamin
© 2022 nakanapie.pl