Avatar @nemo

@nemo

23 obserwujących. 25 obserwowanych.
Kanapowicz od ponad 2 lat. Ostatnio tutaj około 15 godzin temu.
{} istota_czytajaca
{} Napisz wiadomość
23 obserwujących.
25 obserwowanych.
Kanapowicz od ponad 2 lat. Ostatnio tutaj około 15 godzin temu.

Blog

czwartek, 7 października 2021

(Projekt) Pchli Targ

Po pierwsze, na pchlich targach wcale nie handluje się pchłami (co zresztą, było swego czasu wyjaśnione w jednej z kreskówek). W najprostszym tego słowa znaczeniu to plac, na którym rozkładają się drobni sprzedawcy ze swoim dobytkiem: meblami, książkami, ubraniami, biżuterią czy innymi rzeczami. Słowem, na pchlim targu znajdziesz wszystko: od prehistorycznej szafki po nowiutkie krzesełko.

Ten Pchli Targ wygląda nieco inaczej. To malutka przestrzeń składająca się z czterech pokoi. W pierwszym (to jest przedsionku) stoją dwie półki z książkami z drugiej ręki (osoba pisząca odkopała tam piękne wydanie Lema). W drugim zabawki, winyle, płyty CD i książki w obcych językach. Jest on też pokojem przejściowym pomiędzy innymi dwoma pomieszczeniami. Po lewej, ubrania z drugiej ręki dla dzieci a po prawej dla dorosłych i kasa. Oczywiście, do tego królestwa prowadzą schody w dół vis a vis których piętrzy się starta koców, podkładów, karm, smyczy itp.

Znaczy, tak to wyglądało. Zanim, po mocniejszym deszczu nie podtopiło lokalu. Ale po kolei.

Projekt Pchli Targ mógłby być jednym z typowych Warszawskich Second Handów, ale nie jest. Przychodząc na zakupy można przynosić rzeczy dla schroniska albo przekazać innego rodzaju przedmioty dla Pchlego Targu. Dochód z ich sprzedaży wędruje do Fundacji Bezdomniaki. W ten sposób nie tylko można dać swoim skarbom drugie życie, ale też pomóc bezdomnym zwierzakom.

No tak, ale w czerwcu zdarzyło się nieszczęście. Lokal, w którym stacjonował Pchli Targ (Łojewska 12e) został podtopiony. Część rzeczy udało się uratować i, na obecną chwilę, projekt nie ma stałego miejsca przebywania. Bytuje na targach w galeriach handlowych ze swoim książkowo-płytowym stoiskiem. Gdzie będzie następnie? Trudno powiedzieć.

Jeśli ktoś poczuł się zainteresowany działalnością projektu lub jest chętny kupić jakąś dobrą książkę z drugiej ręki, aktualne miejsce bytowania stoiska można sprawdzić na fanpage’u Pchlego Targu, na Instagramie lub na blogu.

Bibliografia:

A tak się osobie piszącej przypomniało, bo zbliża się druga rocznica, gdy Watson zyskał swojego stałego człowieka. Ale to historia, już na inną opowieść…

 

Ps. Update: do soboty (9.10.) w Atrium King Cross na Jubilerskiej. 

{}× 4
czwartek, 30 września 2021

Survival: Jesień (i jakiś miszmasz)

Zanim osoba pisząca płynnie przejdzie do zanudzania pseudo wpisami, pozwoli sobie na zaprezentowanie mini playlisty. Jest zupełnie od czapy, więc szukanie powiązań, to jak szukanie igły w stogu siana (to nieco łatwiejsze, gdy ma się silny elektromagnes, ale o tym nikt nie pomyślał)

 

Survival: Jesień

 

Jesień to okres mokrych śladów psich łap na podłodze, kropli wody na ścianach, suficie i umiarkowanie, w twojej owsiance. Słowem, woda wypływa nie tylko z koryta rzeki zalewając bliżej nieukształtowane brzegi i bulwary. Jest wszędzie, zaczynając od chlupoczących chodników aż pod równie głośno plaskające stopy w mokrych butach. Czasem deszcz wylewa się też maleńkim strumyczkiem za kołnierz, sprawiając, że czujesz się jak zmokłe kawki obserwujące cię zza autobusowego okna. W tej sytuacji to one mają lepiej, bo wiedzą, że i tak zmokną.

Mimo wszystko, to dość przyjemna pora, głównie przez impresje kolorystyczno-estetyczne. Kto nie lubi umiarkowanych, wszechobecnych brązów, czerwieni, pomarańczy, żółci? Tych plam różnorodności wybuchających wśród monotonnej betonozy i blokozy. Te kolory przejmują również odzienia ludzi, tworząc praktyczne maskowanie wśród powiększonych o uczniów tłumów. Zależnie od pogody są to bardziej lub mniej intensywne odcienie. Im bardziej szaro i ponuro, tym masa mocniej przybiera kolor ołowianych chmur. Warto uczknąć nieco mądrości z obserwacji tych stworzeń i przyodziać się nie tylko w ubrania grubsze, cieplejsze, ale też nadające się do kamuflażu w miejskiej dżungli.

Poza rzekami płynącymi chodnikami, latającymi dziko (i niekontrolowanie) liśćmi, w odpowiednim stroju, zdaje się nie czekać na człowieka żadne niebezpieczeństwo. Błąd. Zabezpieczeni od stóp do głów od deszczu i zimna nie mogą zapominać, że niebezpieczeństwo czai się na ulicach w pobliżach mniej lub bardziej naturalnych zagłębień. Zbiera się tam woda, która aż kusi, by w nią wskoczyć i poskakać z przyjemności. Niestety, trzeba mieć na uwadze fakt, że te niewielkie przeszkody terenowe (o wilgotności 100%) kryją swój potencjał wyjątkowo zazdrośnie. Nieopatrznie wdeptując w płyciutką kałużę wpaść nawet po kolana. Nie wspominając już o ukrytych przejściach do podziemnych komór, z których nikt może nie zdążyć wyciągnąć nieszczęśnika, który w takie miejsce trafi.

Z samymi kałużami wiąże się jeszcze jedno niebezpieczeństwo: wielkie fale. Żeby takie zjawisko zaistniało potrzeba ruchliwej drogi, rozpędzonego samochodu i sporego rozlewiska wody. Całe szczęście, większość fal nie grozi ludziom, szczególnie, gdy odsuną się w porę lub czymś osłonią. Jeśli nie ma się zabójczego refleksu można mieć drugi prysznic. Tym razem, ulicznymi pomyjami. Brrrr…

To nie wszystko, na co można ponarzekać. Ostatecznie, mokre jest niemal wszystko: chodniki, schody, siedzenia w komunikacji miejskiej. Przy wszechogarniającej plusze człowieka bierze coś na wzór bezlitosnej melancholii, która może przeradzać się w ciąg charakterystycznych słów na k, na p, na j, itp. Należy zauważyć, że w późniejszym okresie (zimowym) ciąg ten przybiera na sile proporcjonalnie do bólu przy upadku na oblodzonym chodniku lub przy odwołanym pociągu.

Z deszczu jest jeszcze jedna dobra rzecz. Dzieci i dorośli się nudzą, co otwiera drogę do wkroczenia niekończonej mocy wyobraźni. Już nie tylko książki wchodzą w grę, ale też planszówki, zabawy w deszczu a przede wszystkim wspólne spędzanie czasu. Wiele pracujących przed zimą zwierząt czeka na odkrycie świata ich przygotowań a różnorodność w kolorystyce roślin zachęca do rozejrzenia się dookoła. Są jeszcze skarby świata nasion, których finezyjne kształty poruszają fantazję. To dobra rozgrzewka przed mroźnym szaleństwem.

W temacie przygotowań do zimy, mole książkowe, porządkują powakacyjne zdobycze i otulając się ciepłym kocykiem, zatapiają się w kolejnych lekturach. Deszcz bijący o szybę, jest sympatycznym tłem dla chwili rozkoszy przeskoczenia w zupełnie inny świat. Ma on smak cudownej herbaty lub kawy z czymś zupełnie magicznym. Czasem bycie gdzieś, gdzie nie jest się w danym momencie, jest dobrą recepturą, by nie zwariować.

Czy osoba pisząca znów o czymś zapomniała? Trudno, dopisze później, jak wena pozwoli.

 

Korzystając z gasnącej w tym momencie uwagi (Na litość, jeszcze czegoś chce?!) prezentuję fragment, który ostatecznie nie pojawił się w pewnej pracy, jednak zupełnie wyjęty z kontekstu prezentuje się całkiem sympatycznie:

— To ma być Excalibur?

Reżyser zmierzył ciężkim spojrzeniem ekipę teatralną. Zdawał się łykać astmatyczną piersią niezdrowo duże hausty powietrza i jakby lada moment miał zionąć ogniem. Rzeczywiście, w całym przedstawieniu brakowało tylko smoka w ludzkiej skórze.

— Nie, nie, nie. Miecz, który tkwił w skale to nie był Excalibur. On pochodził z jeziora.

Horda wbiła z niedowierzaniem oczy w najważniejszego osobnika w pomieszczeniu. Nie urosły mu łuski, wielkie skrzydła, czy jaszczurzy ogon. Tylko oczy na chwilę przybrały niebezpieczny, krwistoczerwony kolor.

— Czy był w gratisie z Rycerzem z Jeziora? — rzucił jakiś żartowniś, choć mało komu było do śmiechu.

Atmosfera wyraźnie tężała od czerwieniejącej twarzy reżysera. To mógł być już trzeci wybuch w tym tygodniu i, co gorsza, mogły ucierpieć nie tylko rekwizyty.

— Merlinie, pod kamień. Masz przemyśleć swoje zachowanie.

Ktoś zachichotał a młody człowiek ubrany w ciemną togę czmychnął za kulisy. Zanim zniknął zupełnie, błysnął zębami skrytymi za kitą siwej brody.

Tymczasem, monolog wcale się nie skończył. Przekuty w dialog, toczył się między reżyserem a głównym aktorem z widownią śledzącą z uwagą każdy ruch. Gra toczyła się, w końcu, o ich być lub nie być.

— Natychmiast wyjmijcie ten miecz z kamienia. To nie jest farsa.

— Dobrze, ale niech Święty Graal pozostanie kubkiem kawy. […]

— Kubek kawy? Na litość… Nie wystarczy, że Sir Lancelot jest przebraną kobietą?

Wywołana postać wyszła z szeregu poprawiając na sobie rzemienie solidnie zrobionej zbroi. Przełożyła miecz do drugiej ręki i powiedziała:

— Kopernik była, to czemu Lancelot nie może być?

Zza kulis dało się słyszeć gwałtowny, spazmatyczny chichot Merlina. Dźwięk ten otoczył głowę reżysera z wściekłością wbijając się mu w uszy.

— Wszystko nie tak. Wszystko nie tak — krzyczał miotając się po wąskim pasku oddzielającym scenę od pierwszych siedzeń.

Mężczyzna potknął się, ale nie upadł. Z impetem śmignął na podwyższenie wprost na tkwiący w kamieniu miecz. Uchwycił go za rękojeść a wtedy ostrze błysnęło. Jedna z elektrycznych lamp wypluła elektryczną wstęgę, która uderzyła w uniesione ostrze. […]

Dalej nie ma już nic istotnego.

 

Czyli miłego dnia!

No i wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Chłopaka!

niedziela, 19 września 2021

Wykuta, zasypana, odkopana

Z rzeczy ciekawych dla ciekawskich i nie tylko

Dzisiaj podróż prawie lokalna. Zacznijmy od drogi rozdzielającej osiedle domków jednorodzinnych i położony przy lesie plac zabaw. Nic nadzwyczajnego. Znaczy, byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby przy skarpie porośniętej drzewami nie piętrzyły się kamienie i jakiś materiał budowlany.

Zaintrygowani tym zjawiskiem przyglądamy się tkwiącej w zboczu obudowie. Przypomina tajemne drzwi do innego świata, ziejące fascynującą czernią. Oczywiście, wejść tam jeszcze nie wejdziemy. Osobiście. Przedsmak, miejmy nadzieję, nowej, niesamowitej atrakcji do zwiedzania serwuje nam kilka kanałów na YT.

Dobrze, zanim do boju ruszy wujek Google, wyjaśnię, że mowa o obiekcie odkrytym w Lubaniu. Odkrytym, bo na dziś (to jest 19.09.) wszystkie największe przeszkody wydają się pokonane. Ale po kolei.

Powiedzmy, że wszystko zaczęło się w 2011 r od odkrycia w archiwum pewnej kalki. Brzmi intrygująco, prawda? Przedstawiała ona plan niemieckiego schronu przeciwlotniczego. Po wstępnym przyjrzeniu się terenowi, już trzy miesiące później, rozpoczęto pierwsze odwierty. Jeszcze w tym samym roku podjęto próbę odkrycia jednego z wejść. Ale na planach i marzycielstwie się nie skończyło. Regularnie podejmowano prace kolejne mające na celu eksploracje podziemi (o których można poczytać na dedykowanej temu stronie (niestety, materiał nie został na ten dzień zaktualizowany)):

Podziemia Kamiennej Góry w Lubaniu (podziemnyluban.pl)

Ponieważ nie ma po co spojlerować, odsyłam do niejakiego Leona, który na bieżąco nagrywał sprawozdania z eksplorowania obiektu (od lipca tego roku). I nie tylko. Dzięki niemu proces odkopywania korytarza można zobaczyć krok po kroku w kolejnych filmach (tu jest pierwszy z nich):

Gdzie zawędrowali teraz? W sobotę pokazał się filmik, w którym ściana została pokonana a korytarz do dalszej części obiektu udrożniony. Czy to już koniec prac? Ależ skąd! Nie wiadomo, co skrywa tak starannie zabezpieczony kompleks. Robotnicy ze specjalistycznej firmy stale współpracują z saperami (poniżej najnowszy film z prezentacją odkrytego korytarza):

Co skrywają ciemne korytarze wykopane ciężką pracą więźniów? Dokąd prowadzą i jakie artefakty znajdą się w czeluściach? Wyobraźnia podsuwa wiele szalonych tez. Która się sprawdzi? Zobaczymy.

{}× 6
poniedziałek, 13 września 2021

Na Marginesie (4)

W końcu, udało się. Koniunkcja planet jest odpowiednia, by przedstawić panią Detektyw. Oczywiście, to z planetami to żart. Prosty powód będzie do wyłowienia w tekście (powodzenia z tym wyzwaniem, detektywi).

 

W telegraficznym skrócie: pani Detektyw jest praktycznie bliźniaczką J.Q., z tym, że żyją w różnych epokach (ich pokrewieństwo tłumaczy się tymi samymi ojcami (czytaj: inspiracją) oraz niezwykłym szczęściem, które…cóż, to długa historia). Prezentują nurt bohaterów, tzw. „Zabili go i uciekł” a sama pani Detektyw szczyci się najosobliwszym imieniem. (Osoba pisząca wie, że przynudza i nikogo to nie interesuje, dlatego kończy by zacząć:)

 

Trzynastka

 

Nawet gdyby włączono muzykę plemienną aborygenów na całą możliwą głośność nie wyrwałoby to jej z rozmyślań. Ciemno włosa, średniego wzrostu o pospolitej twarzy, ubrana w długi, granatowy płaszcz. Dla tych, którzy wiedzieli i tych, którzy mieli się dowiedzieć tak w najprostszy sposób można by opisać Up Lookback.

Kelner przystępuje do jej stolika z herbatą, niestety niefortunnie stając, potyka się. Nic nie upada na podłogę. Kobieta jedną ręką łapie niezdarę a drugą tacę z herbatą. Daje mężczyźnie czas, na wypowiedzenie gorączkowych przeprosin, gdy odstawia przedmiot na stół i dobywa łyżeczki. Zdaje się nadal nie przejmować chwilowym zaburzeniem spokoju.

— Dziękuję. — Up uśmiecha się unosząc filiżankę z napojem. —Macie najlepszą herbatę w tym mieście.

Potem na nowo rozbrzmiewa przyjemny szum miejskiej kawiarni. Zupełnie jakby nic się nie stało.

Do bohaterki tego sielskiego obrazka dosiada się osobnik szczupły, suchy i niski. Zza okularów w grubych oprawkach spogląda na świat czarnymi oczami zupełnie nie pasującymi i do jego blond włosów. Ubranie ma zupełnie wymięte i tak za duże, że rozlewa się na jego niewielkiej sylwetce. Znoszona marynarka, spodnie i niewielki notatnik, wydaje się całym jego dobytkiem.

Podsłuchamy rozmowę tych dwojga, choć dla komfortu uszu czytelnika (co za ciekawe stwierdzenie: uszy czytelnika) lepsze byłoby zatapianie się w kawiarnianym szumie:

— Pan Gutenberg?

— Nie zgadła pani. P...

Ma zdenerwowany, drżący głos a ręce cały czas stara się splatać i rozplatać, nie mogąc znaleźć im zajęcia. Na czoło wstępuje mężczyźnie pot, którego boi się wytrzeć.

— Mówiłam o pańskim szefie. Że też musicie robić z tego taką sensację.

— Rozumiem, pani... — Tu przerywa, by nerwowo przeczekać włosy.

— Do rzeczy. Co wymaga dopowiedzenia?

— Wszystko, pani...

— Pan skończy z tą „panią”. — Kobieta przewraca oczyma odchylając się na drewnianym krześle. — Formalności zabijają całą rozmowę.

— Właśnie. Zabójstwo. Chciałbym znać całą tę historię.

— Pana profesja… Powinno się przekazywać ludziom prawdę, ale prawda jest trudna. Prawda się nie sprzedaje.

— Czy pani, znaczy ty...

Przerywa rozmówcy, pochylając się w jego stronę. Nie jest zła ani szczęśliwa. Odstawia cicho filiżankę:

— Prawdy nie da się nigdy w całości odkryć. Można tylko zajrzeć w jej kawałek. Nie, nie mam nic przeciwko dziennikarzom.

— Rozumiem.

— Skoro tak, to mogę zacząć. Od czego by tu... Od kalendarza.

— Kalendarza? — zdziwił się.

— Tak. Pewien wariat nabył kalendarz z sentencjami i wysyłał przypadkowym ludziom pojedyncze kartki. Nikomu to nie przeszkadzało do czasu aż pewien człowiek otrzymawszy kartkę z datą kolejnego dnia po niemal dwudziestu czterech godzinach został zamordowany.

— Czy zrobił to ten wariat?

Up sądziła, że nikt nie może mieć takiego pecha. A jednak. Komuś się udało. Oto stała nad zwłokami usiłując zdusić mdłości. Nie lubiła kostnic ani denatów. Wszystko było zbyt sterylne i białe. To jasne, niebezpieczne światło nadawało pomieszczeniom coś z wyobrażeń nieba. Tylko, czy w raju wegetowałyby trupy?

— Jeden strzał. Chybiony. Ślady potłuczenia: zleciał ze schodów. Uraz mózgu, wewnętrzny krwotok. Szczęście w nieszczęściu — stwierdził specjalista. — A akurat było trzynastego.

— Trzynasta trzynaście — dodała kobieta wskazując zegarek. — Upadek uszkodził mechanizm.

— Tylko że to nie był piątek.

Lekarz był średniego wzrostu, łysiał a tam, gdzie nie łysiał miał brązowe włosy. Było w nim coś dziecinnego i niezdarnego, ale pewność z jaką poruszał się po laboratorium imponowała Up. Oczywiście, imponowała w sensie służbowym a nie prywatnym.

— To tylko nazwa. Tak samo jak liczba. Nie ma tu nic wspólnego z pechem.

— Coś o tym wiesz?

— Więcej niż byś się spodziewał — westchnęła po czym dodała: — ale to zupełnie nudne.

— Słyszałem legendy...

— Jeśli mówią o zakonie ninja już od progu należy je wykluczyć.

Roześmiali się oboje a nieboszczyk, który nie mógł się śmiać wpatrywał się w sufit nieruchomym wzrokiem. Gdyby się zaśmiał, nie można byłoby nazywać go zmarłym i z pewnością ani mężczyźnie, ani kobiecie nie byłoby do śmiechu.

— A więc. Kulka i schody. Brzmi jak świetny poniedziałek.

Prawda. Ofiara była sprzedawcą w spożywczym. Właśnie miała przerwę i szła do domu. Wdrapała się na trzecie piętro a tam już ktoś na nią czekał. Nie zamienili nawet słowa, bo na podłodze zdołał odbić się niepełny kształt buta. Obecność zabójcy musiała być zaskoczeniem. Potem rozległ się strzał: kilka kropli krwi na stopniach i barierce a biedak stoczył się ze schodów, by uderzyć głową o parapet.

— Też nie lubię poniedziałków.

— Nie zamierzasz chyba urządzać z tego powodu strzelaniny?

— Nie, aż tak ich nie nienawidzę, pani Detektyw.

Roześmiali się ponownie, jak gdyby nie mówili o okropnej zbrodni a dobrym żarcie. Lubili rozstawać się w dobrym humorze, by stłumić ciężką atmosferę miejsca, w którym byli.

Up udała się do swojego samochodu: niemal terenowego forda, by w ciszy kabiny ułożyć fakty: schody, strzał, poniedziałek. Jak wielkiego można mieć pecha w poniedziałek trzynastego o trzynastej trzynaście? Czy w Chinach miałoby się pecha w czwartek czwartego o godzinie czwartej cztery? Lookback dobrze znała się na pechu, bo kiedyś nieustannie ją prześladował. Potem zwyczajnie nastąpił przełom i jej życie z ludzkiej komedii stało się harmonijny dziełem.

— A więc, stary przyjacielu. Znów udowodnię, że nie istniejesz.

Nie czekało jej proste zadanie. Miała w ręku wszystkie karty. Pozostawało jedynie przyzwoicie je rozegrać. Wystarczyło powiązanie między kartką, pistoletem i śmiercią.

Do wieczoru nie znalazła niczego, co mogłoby połączyć te trzy punkty. Więc z niepokojem położyła się spać.

Oh, co się jej śniło! Że była w objęciach wysokiego bruneta. Każda kobieta uznałaby to za dobry sen, ale nawet oddając się sennej marze Up myślała o czymś innym. Zmusiła się do zbudzenia i przekręciwszy się na drugi bok nakazała samej sobie spać. Już żadna senna mara jej nie nawiedziła, za to rano obudziła się z gotową odpowiedzią, z którą stawiała się na policji:

— Witaj, Gary.

— Witaj, Up. — Ulubiony policjant pani Detektyw odwzajemnił uśmiech i uruchomił dyktafon. — Nad czym ostatnio pracowałaś?

— Nad tą sprawą... Zdaje się, że jest oznaczona numerem trzynaście.

— Tak. Zabójstwo sprzedawcy. Tamta kartka i... Aż sam jestem ciekaw.

— Nie do końca rozumiem skąd wyciągnęła pani te wnioski. — Dziennikarz odważna się jej przerwać i, co gorsze nazwać ją "Panią". Detektyw skrzywia się z niesmakiem.

— To był przypadek. Sprzedawca nie płacił komuś za ochronę więc go ostrzeżono.

— Dość niefortunnie, tak?

— Prawda. Strzelający ranił z nadzwyczajną precyzją. Zapomniał tylko o sile odrzutu.

— A kartka? — dopytuje się usilnie zapełniając kolejne linijki notesu tekstem.

— Czysty przypadek. Jak wspominałam, szaleniec wysyłał je przypadkowym ludziom. Życie bardzo lubi się nabijać.

Up patrzy w stronę swojej opróżnionej filiżanki z herbatą. Gdyby chciała zamówiłaby jeszcze jedną. Tym razem z cytryną.

— A mogę wiedzieć czemu pani zainteresowała się tą sprawą? Nikt chyba pani nie wynajmował.

Kobieta uśmiecha się, jakby tylko na to czekała. Wydobywa z kieszeni kopertę, w środku której siedzi kartka ze zrywanego kalendarza. To strona z datą tamtego dnia: czwartego czerwca, czwartek.

Dziennikarz patrzy na zegarek. Właśnie dochodzi cztery po szesnastej. Wyciąga pistolet i celuje w panią Detektyw. Ona nie okazuje zupełnie żadnych emocji.

— A więc jednak jesteśmy w Chinach. Dziwne, nie przypominam sobie tej podróży.

— Nie musisz — mówi pociągając za spust.

_ _ _ _

Jak śledztwo?

 

środa, 8 września 2021

Bezpańcio, czyli czarnemu psu zawsze wiatr w oczy

Miesiąc w miesiąc widuję rozpaczliwe prośby o adopcję. Adopcję stworzenia otwartego i gotowego na zagnieżdżenie się w życiu człowieka jako najlepszy przyjaciel. Nie jedno, ale dziesiątki. Jednocześnie przebija się przynajmniej kilkanaście ogłoszeń o chęci adopcji szczeniaczków. Serce zaczyna człowiekowi pękać… Dlatego jako plaster aplikuję ten krótki quasi wywiad (prawdziwe rozmowy nigdy mi nie idą…). Proszę, nadstaw uszu.

— Więc to już? Mam po prostu mówić?

Zazwyczaj, w takich sytuacjach pojawia się zaskoczenie, że ktoś chce go wysłuchać. Człowiek, który mógłby zostać jego potencjalnym przyjacielem. Być może przyszły dom.

Bezpańcio jest uroczym, średnim psem przypominającym wilka. Czarny, jak noc (choć w refleksach światła lekko czekoladowy) i niewyobrażalnie kudłaty. Poza tym, w okolicy pyska kwitnie dostojna siwizna a na piersi bieli się osamotniona plama.

— Jestem już doświadczonym psem.

Nie można w to wątpić. Dostojny, energiczny dziewięciolatek o pięknych, ciemnych oczach. Gdzieś w nich czai się mądrość przebytych przeżyć i wielki spryt.

— Ale nie będę chciał wiele. Oferuję się na posadę najlepszego przyjaciela.

Co jakiś czas rzuca pytające spojrzenie opiekunowi tymczasowemu. Ten kiwa głową, ale robi to tylko po to, by dodać mojemu rozmówcy pewności, że może kontynuować. Być może są o krok od wielkiego przełomu. Zawsze muszą mieć nadzieję.

— Ja… Chciałbym mieć stały dom. Umiem chodzić na smyczy, jestem wyszczepiony i wykastrowany. Bardzo energiczny i radosny.

Musi nad czymś myśleć między słowami, śledzić coś w pamięci i odrzucać kolejne słowa. Pewnie nie chce mi powiedzieć. To może być dla niego za trudne.

— To dziwne, że zawsze tu wracam. Pozostaję bezpański. Nie chcę taki być do końca życia.

Czyżby w tych oczach pojawiły się łzy? Czy to tylko przewidzenie, że pies naprawdę płakał?

— Hotele i domy tymczasowe to nie to. To tylko namiastka.

Zapada cisza, w której i mi smutek ściska gardło. Każda taka historia jest na swój sposób tragiczna. Okropne jest to, że istota czeka z otwartym sercem gotowym do przyjęcia człowieka a ten ktoś…Nie ma go. Jeszcze się nie znalazł. Szuka.

— To może być coś nie tak we mnie? Moja sierść? To, że jestem czarnym psem? Czarnym burkom zawsze wiatr w oczy... Nawet zmiana imienia mi nie pomogła.

Staram się zaprzeczać, nie z grzeczności. Pamiętam dziesiątki psów. Domnych, bezdomnych, szczęśliwych i smutnych. Te, które są czarne znajdują się w każdej z tych grup. Kolor nie powinien mieć znaczenia.

Nie dało się dalej rozmawiać. Pies zmarkotniał i zwinął się w kłębek. Przez tyle czasu ciągle tracił i zyskiwał nadzieję. Pewnie znowu rozważał, czy to nie czas pogodzić się z losem.

Na koniec zapytałam tylko, czy mogę swoim niezgrabnym ołówkiem uchwycić osobę mojego rozmówcy. Zgodził się, ale mam świadomość, że nie wyszło najlepiej. Przynajmniej z sercem.

***

Bezpańcio jest prawdziwym psem, który naprawdę szuka domu, nadal. Posługuje się tylko innym imieniem, co i tak nie ma znaczenia. Nawet jego zmiana nie pomogła mu trafić na swojego człowieka. Za każdym razem wracał do domów tymczasowych. Dlaczego? Pech czarnego psa.

O nie! Ten fakt nie został przeze mnie zmyślony. Czarne psy i koty są, że statystycznego punktu widzenia, rzadziej adoptowane. Rasizm? Uprzedzenia? Przesądy? Jako współlokator (od czasu do czasu) dwóch czarnych kotów i czarnego psa, mogę zapewnić, że nie przynoszą pecha, co najwyżej martwe myszy, ptaki lub całą masę radości.

Na niekorzyść Bezpańcia działa też wiek. Z ogromnym bólem patrzę na ogłoszenia o chęci adopcji szczeniaczka (rozumiem to i nie potępiam), w czasie, gdy dojrzałe, kochające psy skomlą o prawdziwe, godne najlepszego przyjaciela człowieka, życie. Aż przypomina się przypadek mężczyzny z wysp greckich, który prowadził schronisko zaniedbując życie osobiste, łapiąc bezdomne psy do sterylizacji i podejmując potworne decyzje, by uśmiercać podrzucane mu szczeniaczki. Uzasadnienie jego działania uświadamia miłośnikom zwierząt, dlaczego w tej tragicznej sytuacji miał słuszność*.

Przepraszam za wyżalanie się. Czuję się jak chory, romantyczny straceniec w tej sprawie i wiem, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. Przynajmniej mam taką nadzieję. Może nie zamordujemy Cara, ale uda się wywalczyć dom dla nieszczęsnego Bezpańcia.

*Dotyczy książki „Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele” Luke Gamble (W.A.B (seria:Biosfera))

{}× 8
środa, 1 września 2021

48°52'6" S 123°23'6" W – Wrak Nautilusa?

(Wszystkie myśli krążą teraz prawdopodobnie wokół szkolnej gorączki, dlatego proponuję małą wycieczkę. Plecaki spakowane?)

 

Momencik. Zanim do pracy zaprzęgnięty zostanie wujek Google proszę o chwilę cierpliwości, bo odbędziemy tę podróż manualnie. Mapą po palcu. Albo jakoś tak.

Najpierw lot do Australii (w ten sposób skracamy drogę z około 33 tysięcy kilometrów, by nie nadwyrężać spragnionych odpowiedzi czytających). Z Warszawy lecimy około 36 godzin z dwoma przesiadkami w tym jedną w Istambule. Następnie bookujemy miejsce na statku, który zabierze nas prosto do naszego tajemniczego miejsca na oceanie pacyficznym. Brzmi jak długa podróż. Warto uzbroić się w cierpliwość i dobre towarzystwo.

Spragnionym i głodnym wrażeń szef kuchni proponuje:

*

Pewnego dnia, w końcu, budzimy się pełni jakiegoś niepojętego napięcia. Oto GPS informuje nas triumfalnie:

Dotarłeś do celu. Miejsce docelowe znajduje się przed tobą.

A tu nie ma nic.

Pierwsza myśl, jaka pojawia się w głowie, to wrażenie, że Nemo pomieszały się zmysły i ludzie zostali skierowani donikąd. Może być gorzej. Jeszcze okaże się, że ktoś zaraz padnie ofiarą okrutnego morderstwa i powstanie typowe zamieszanie. Typowe dla klasycznej powieści kryminalnej.

Nie, żadnych takich. Miejsce, w którym (wirtualnie) się znajdujemy to ciekawostka geograficzno-matematyczna. Tak zwany oceaniczny biegun niedostępności (ang. Point Nemo (teraz już prawdopodobnie jest jasne, dlaczego osoba pisząca przepada za tym miejscem)). Został wyznaczony w 1992 roku przez chorwacko-kanadyjskiego statystyka, Hrvoje Lukatela. To punkt tak bardzo oddalony od wszystkich lądów, że bliżej z tego miejsca do ludzi znajdujących się na orbicie ziemskiej. Wymarzone miejsce na spokojne wakacje!

Szukając informacji o Punkcie Nemo (wolę tę nazwę), okazało się, że biegunów niedostępności jest znacznie więcej. A więc: północny, południowy, kontynentalne. Ba, jest cała procedura ich wyznaczania. No proszę, typowo ludzkie. Wyznaczyć sobie matematycznie taki nieprzydatny punkt.

Ach, oczywiście. Punkt Nemo nie jest, niestety, miejscem wiecznego spoczynku Nautilusa i Kapitana Nemo. Dlaczego? W Tajemniczej Wyspie współrzędne Wyspy Lincolna są wyjątkowo dokładnie podane (34°57′S 150°30′W) i są one nieco inne, niż te, które widnieją w tytule tego wpisu. Warto też pamiętać, że Wyspa Lincolna zniknęła z powierzchni oceanu – na próżno jej szukać. Szkoda. Myślę, że Excelsior na pewno by tam zawędrował.

Co ciekawsze, pewien polski pisarz postanowił wysunąć zupełnie inne argumenty takiego a nie innego położenia Tajemniczej Wyspy. Zdradzę tylko, że ma to wiele wspólnego z kilkoma poplątanymi tezami i faktem, że Kapitan Nemo (pierwotnie) był Polakiem. Obiecuję więcej nie zdradzać.

Po tej męczącej wyprawie, czas najwyższy obrać kurs na dom. Chyba wszyscy stęskniliśmy się za lądem.

 Bibliografia:

Pozdrawiam i powodzenia (i pamiętamy, że dziś rocznica wybuchu IIWŚ)

PS: *Odsyłam do wątku na grupach dyskusyjnych, gdzie (mam nadzieję) pojawi się więcej książkowych dań :) Które z nich najbardziej Wam by zasmakowało?

niedziela, 29 sierpnia 2021

Kartki luzem (6)

List w butelce, list w książce (Rob.: List w butelce)

 

R6

W którym jest więcej wody, niż powinno

 

Z gniewem spojrzałem na kolejne, puste strony książki. Znowu! Zawsze muszą przerywać w momencie, gdy coś się dzieje i człowiek czuje się skołowany. I chodzi i się martwi.

— Czy ten Alan nie pytał, czy przypadkiem jego przyjaciel nie trafił na statek nawodny?

Dopiero, gdy Renate powiedziała to na głos przeszła mi złość. Może właśnie dlatego nie było dalszego ciągu. Może dlatego, że nieszczęśnik umarł. Nie. W takim przypadku powinniśmy odzyskać naszą powieść o piratach.

A jednak coś zaczęło się pojawiać.

Błagam, n., daj jakiś znak życia. Powiedz, że nie było cię na Rose.

Stan ukradkiem przełykał łzy razem z Momo. Potem płakaliśmy we tróję i we czwórkę. Coraz silniej do nas to docierało.

— Zakopiemy ją w ogródku, jak Harlekina? — zapytał mój syn.

Harlekin był naszą bardzo kolorową rybką, która uwielbiała wyskakiwać z akwarium. Każdy z nich trzech, ale o tym nie mówiłem dzieciakom. Po prostu głupio było za każdym razem tłumaczyć, że jak tatuś chciał nakarmić rybkę, to ona postanawiała się przeprowadzić. Na tamten świat. No i tak sobie stałem, za każdym razem, z pokarmem w ręku i zastanawiałem się jak leczyć próby samobójcze u rybek akwariowych. Nie leczy się.

— Myślę, że to nie będzie potrzebne.

— Oczywiście, że trzeba zrobić mu pogrzeb.

Zamiast śledzić rozmowę między moją żoną a dziećmi obserwowałem kolejne linijki tekstu:

Błagam.

n., żyj.

Proszę.

Znów te logo z podpisem. Całe szczęście. Zanim zamknąłem książkę widziałem, że pojawia się ciągły tekst. Co więcej, zaczęło pachnięć zupełnie jak w szpitalu zalewanym przez morską wodę.

— Zaczyna padać — wtrąciłem się w dyskusję rodziny. — A miało być tak ładnie.

Ludzie zaczynali zabierać się z plaży i, prawdopodobnie my powinniśmy zrobić to samo.

— Pewnie świat płacze nad tym panem, który umarł.

— Myślę, że on może żyć. Był zbyt dobry, żeby umrzeć.

Momo postanowiła znów mieć inne zdanie. Zaprzeczyła:

— Czasem ci dobrzy umierają, nawet, jeśli są dobrzy.

Mógłbym przypomnieć sobie Wilka, który poświęcił swój honor a potem życie, by uratować Dianę. Stwora, który był do mnie zupełnie podobny w ludzkiej formie. Timowi zawsze zdarzało się brać mnie za niego.

— On na pewno nie umarł. Po co miałby być ciąg dalszy?

Cała moja rodzina spojrzała na mnie z wyrzutami. Trzymałem książkę, więc uważali, że miałem obowiązek poinformować ich, czy coś się pojawiło.

— Elinor! — wyrwało się mojej żonie. W tym krótkim wykrzyknięciu mieściła się cała irytacja, powątpiewanie i wrażenie zdrady.

— Nie będziemy przecież czytać na deszczu. Książka by się zamoczyła. — Stan stanął w mojej obronie.

— Zaraz wszyscy zmokniemy.

Właściwie, zanim dotarliśmy do hotelu ociekaliśmy wodą. Wszyscy musieliśmy się przebrać a i tak zimno zdawało się do nas na dobre przykleić. W końcu, moją zona zarządziła, żebyśmy usiedli pod kocami i kontynuowali czytanie. Brzmiało przyjemnie.

— A obiad? — zauważyła Momo. — Trochę zgłodniałam.

Kiedyś nienawidziłem gotować. Unikałem tego jak ognia, ale się przekonałem. Przygotowywanie posiłku, szczególnie całą rodziną, było niesamowitą frajdą. Tak, bywały dni, gdy chciałem być sam a dwa skaczące dusiołki doprowadzały mnie do białej gorączki, ale to mijało.

— Sól się skończyła.

Myślałem nad tą tragedią. Nad morzem skończyła nam się sól. Ona była nawet w powietrzy, którym oddychaliśmy.

— Może pożyczymy trochę od sąsiadów?

Lepiej nie. To dziwne typki. Całymi dniami siedzą w pokoju, tak cicho, jakby ich tam nie było. Chyba już wolę przebijać się przez ściany deszczu do najbliższego sklepu. Tak, bieganie po deszczu to najlepsza opcja.

— Zaraz będę — rzuciłem wybiegając na korytarz. Renate musiała tylko tolerować to z uśmiechem i wrócić do pilnowania palnika. Wie, że jeśli coś sobie wbiję do głowy, to nie ma siły, by to stamtąd wybić. Potrafię być wariatem.

Pewnie dlatego, jak mokry pies, który chciał schronić się pod rynną przed deszczem, ale szczęśliwy wpadłem do hotelu z solą. Przyniosłem tę paczkę swojej żonie jako symbol mojego triumfu w iście rycerski sposób. Ona symbolicznie uderzyła mnie w ramię złożoną parasolką.

— Zapomniałeś go zebrać, rycerzu nakrytego stołu.

Miałem ze sobą parasol. Po prostu zapomniałem go otworzyć śpiesząc się, by wykonać swoje zadanie. W końcu czekał na mnie i moją rodzinę nowy rozdział.

_ _ _ _

Mam nieprzyjemność poinformować, że kartki luzem, na których powstawała opowieść się skończyły. To jest też dobry moment, by tu urwać. Przepraszam.

Tydzień temu osoba pisząca mierzyła się z poczuciem porażki i nadal jej nie przeszło. Nadal ściga ją chęć rzucenia wszystkiego, co dotyczy pisania. Nawet chęć do tworzenia opowieści Zaklinacz Ludzi gdzieś umknęła… Przykro mi. Nie kończę z pisaniem. Co najwyżej publikowaniem tej amatorskiej prozy na jakiś czas.

Też czuję się źle z tym, że pozwoliłxm Wam inwestować czas w czytanie tego wszystkiego. Przepraszam jeszcze raz.

{}× 4
niedziela, 22 sierpnia 2021

Kartki luzem (5)

Errata (nie ta Errata a errata):

Rozdział 4: było: wstęp........ miało być: prolog

 

List w butelce, list w książce (rob. List w butelce)

 

R5

Który, w istocie, stanowi prolog

Po upiornym poranku, jaki przeżyli pasażerowie Rose, nie mogło ich czekać już nic gorszego. Wszak po nocy przychodzi dzień a po burzy spokój (jak to się stało nie wiem, pojawił się tu tekst piosenki). Spokój przed czymś znacznie bardziej niespodziewanym.

Właśnie słońce przebijało się przez poranną, ustępującą mgłę. Teraz toń była spokojna. Zdawało się, że po wcześniejszym szale gniewny ocean usnął błogim snem a jego delikatny oddech kołysał niewielki, pasażerski statek. Tak delikatnie, tak pięknie, jakby te dwa twory, do spółki z bezchmurnym niebem ożywały w wyniosłym tańcu. W akompaniamencie utulonego żywiołu.

Rose tętniła życiem. Jej śnieżnobiałe łono wypełniało omal sześćdziesięciu pasażerów i przynajmniej trzydzieści osób z załogi. Taka populacja mogłaby bez problemu skolonizować pobliskie wysepki i prosperowałaby bardzo dobrze. Oczywiście, gdyby Rose, zamiast turystów przewoziła Kolumbów i Robinsonów.

— Dzień zapowiada się pięknie, prawda?

— Tak, tak. Po takiej nocy.

— Ależ to był już poranek…

Tyle usłyszałoby ciekawskie stworzenie, które nastawiłoby ucha na rozmowy na statku. Tego typu konwersacje opanowały poranną ciszę i wpełzły pomiędzy zwykłe dyskusje przy śniadaniu.

— Szczęśliwie, wszystko już za nami.

— Za nami — zawtórował ktoś jeszcze.

— Na zdrowie.

— Zdrowie!

I Rose skrzypnęła złowieszczo. Zaraz po tym pojawił się dłuższy, mrożący krew w żyłach dźwięk. Metal trący o metal. Statkiem zatrzęsło.

— To nic takiego. To bardzo wytrzymała konstrukcja.

— A moim zdaniem to góra lodowa — pisnął jakiś żartowniś.

— Szybko, potrzebny jest lodołamacz.

Przynajmniej jeden z niezwykle dowcipnych osobników został boleśnie skarcony, bo zaraz po głuchym uderzeniu rozległo się:

— Auć.

Jakiś rozsądny człowiek, nie tracąc energii na bzdury pobiegł na najniższy pokład. Koniecznie chciał na własne oczy to zobaczyć.

W niemal zupełnej ciemności, nawet jako osobnik bardzo poważny, przykleił nos do szyby maleńkiego bulaja i wpatrywał się w mętną wodę. Zupełnie, jakby był znów chłopcem wyczekującym kolejnej błyskawicy na niebie.

Pioruna nie było. W przestrzeni przebijały się refleksy słabego światła i drobinki planktonu. Dalej, kolejne masy wody spadające w brudno-szarą przepaść. Czyżby szalona wizja, prawie wariackie wrażenie ożywione zasłyszaną legendą go zawiodło? Czy mógłby tracić nadzieje, że on naprawdę istnieje?

Właśnie wtedy, na scenie głębin, mężczyzna go zobaczył. Ogromny, piękny kształt poruszający się z czystym, arystokratycznym wdziękiem. Zachwycające monstrum szarżujące na nieznany mu cel tuż pod statkiem. Zachwycające, niezwykłe stworzenie.

Przebiegł na drugą stronę pokładu, do drugiego otworu z szybą. Chciał nasycić się tym widokiem. Tym ułamkiem szalonej fantazji, która odsuwała się od Rose w zatrważającym tempie.

— O piękna istoto — krzyknął. — Jak uchowałeś się od ludzkich, zachłannych łapsk, królu wielorybów?

Zaraz dżentelmen zreflektował się, że nie powinien zdradzać swoich najskrytszych myśli na głos. Bądź, co bądź był szanowaną osobistością i zupełnie nie przystawało mu robić takich rzeczy. Szczęśliwie, zamartwianie się było raczej zbyteczne, szczególnie, że jego uszu dopadł dźwięk nieludzkich lamentów

Rose tonie! Rose tonie!

Statek faktycznie przechylał się na bok a w buty jegomościa wkradała się woda. Bez wątpienia, trzeba było działać.

— Wszyscy zginiemy.

Żartownisiom tym razem nie było do śmiechu. Podobnie, jak personel statku, pomagali ładować pasażerów do łodzi ratunkowych. Ludzi ściśniętych panicznym strachem odbierającym rozsądek działania.

Panika nie dosięgła serca pana, który wcześniej obserwował stwora. Mężczyzna, najszybciej jak mógł, przebiegł przez pokłady pustoszejącego statku:

— Żywo, żywo.

A czas nieubłaganie upływał ciągnąc ze sobą nieuchronny upadek Rose. Jej powolne, pełne agonii konanie na oczach byłych turystów. Potworność.

Wśród krzyków, coś niebezpiecznie zatrzeszczało i pękło. Statek rozdarł się na pół z wielkim hukiem. Jego pierwsza część plasnęła w wodę a druga ograniczyła się do wydania z siebie złowieszczego bulgotu.

— Mój chłopiec! — usiłowała przekrzyczeć hałas kobieta. — Moje dziecko. Zostało na pokładzie.

Nieszczęśnik, który obiegł cały statek zaklął sam na siebie. Jak mógł kogokolwiek przeoczyć? Przecież to straszna potwarz od losu. Dał nura w wodę, prosto w stronę bulgoczącego wraku i machającego rękami chłopca. Zaraz był przy biedaku.

— Trzymaj się mocno.

Mężczyzna czując, że malec na pewno już go nie puści, zaczął płynąć. Wiosłował rękami i nogami jak jeszcze nigdy dotąd. Walczył nie tylko o swoje życie. Nie tylko on chciał znów znaleźć się w łodzi ratunkowej. A jeśli ktoś czegoś bardzo chce, to osiąga swój cel.

— Pan jest bohaterem — mówiła uszczęśliwiona kobieta całując na przemian uratowane dziecko i dżentelmena. Radościom nie było końca.

— Czy ktoś mi pomoże — zapytał tylko jegomość. Miał ochotę zdjąć mokre ubranie z siebie, otulić się ręcznikiem i odpocząć przy kominku.

Jednak los miał na niego zupełnie inny plan. Oto kilka par rąk wychyliło się, by pomóc mu znaleźć się na pokładzie a ocean uderzył ze szczególną furią. Woda nakryła nieszczęśnika nie dając mu okazji, by zaczerpnąć oddech i wepchnęła wprost do swojej głębi. Już nikt nie potrafił mu pomóc.

_ _ _ _

Tagi:
#kartkiluzem
środa, 18 sierpnia 2021

Poradnik

Środobry! Tak niespodzianka w środku tygodnia

Ze specjalną dedykacją dla kociarzy i psiarzy

Jak wytresować sobie człowieka

Krótki poradnik dla psów i kotów

(oraz tekst z przymrużeniem oka dla ludzi)

 

Tresowanie człowieka, w podstawowym i okrojonym stopniu jest banalnie proste. Może je z łatwością przeprowadzić każde zwierzę bazując na podstawowych potrzebach i emocjach. Poniżej prezentuję minimalną, potrzebną do tego wiedzę.

Człowiek jako dostawca pokarmu

Jedzenie, jak sugerują ludzie, jest najlepszą drogą do zdobycia zaufania zwierzęcia. Niestety, w przypadku człowieka działa to zupełnie odmiennie. W żadnym razie, nie poleca się przynosić upolowanej zwierzyny, jeśli nie jest się o to poproszonym. To nasz dwunożny przyjaciel nam zapewnić nam, zwierzętom domowym, pokarm. Ma taki obowiązek w zamian za ograniczanie naszej wolności swobodnego wychodzenia i pilnowanie go.

Karmienie jest idealnym miejscem, by nauczyć czegoś człowieka. Nasz dwunożny przyjaciel szybko zauważy, jeśli wykształcimy swoisty rytuał, którym będziemy komunikować, że chcemy jeść. Koty mogą mruczeć ocierając się o nogi człowieka a psy okazywać radość, prosić stojąc na dwóch łapach albo odpowiednio manipulując wyrazem pyska. Bardzo wymowne jest też przyniesienie miski. Odradza się skakania, podgryzania czy drapania.

Pamiętaj!

W każdej sytuacji musisz wykazać się cierpliwością względem człowieka. Co prawda, nazywa sam siebie istotą rozumną, ale przypadki wielu osobników utwierdziły mnie w przekonaniu, że to pospolite samochwalstwo.

Człowiek na co dzień

Wstępnie wytresowany człowiek może być również zdatny do nauki w innych aspektach życia. Kot może wyszkolić swojego dwunożnego przyjaciela, że głośne miałczenie i nagłe zerwanie się do biegu, świadczy o konieczności sprzątnięcia kuwety. Tak samo nieśmiałe zaczepianie indykuje rozpoczęcie zabawy a notoryczne oznaczanie określonego mebla sugeruje niechęć do niego (działanie nie polecane, jeśli chce się wytresować przyjaznego człowieka).

W przypadku psów, przynoszenie zabawek lub smyczy będzie skutkowało oczekiwaną zabawą lub spacerem. Położenie się na plecach lub wciśnięcie nosa pod dłoń wykształci w człowieku odruch głaskania.

Pamiętaj!

Wożenia do weterynarza nie da się człowieka oduczyć. Z tym, niestety, trzeba się pogodzić.

Wskazówki do trenowania człowieka

W procederze trenowania należy sobie uzmysłowić jak ważna jest metoda kar i nagród. Jeśli dwunożny obiekt jest zaznajomiony z naszymi reakcjami i dobrze na nie odpowiada, można złagodzić je do subtelnych komunikatów.

 

Podstawowymi karami są:

  • oznaczenie domu (może prowadzić do trudności z komunikacją z człowiekiem),
  • warczenie, prychanie i fukanie,
  • ataki (drapanie, gryzienie – używać jedynie w ostateczności)
  • ignorowanie lub unikanie.
  •  

Do nagród można zaliczyć:

  • zaproszenie do głaskania,
  • lizanie, odpoczywanie obok,
  • mruczenie, ocieranie się, przesiadywanie na kolanach,
  • okazywanie uwagi.

Pamiętaj!

Sposób tresowania zależy w znacznym stopniu od cech charakteru zwierzęcia i człowieka, sytuacji oraz poziomu zrozumienia między nimi.

Pamiętaj!

Człowiek bardzo lubi mieć wrażenie, że to on uczy zwierzę. Jeśli od czasu do czasu zapewni mu się taką stymulację, będzie znacznie chętniej współpracował.

Warto mieć wytresowanego człowieka. To ogromna oszczędność czasu i nerwów nie tylko zwierzęcia, ale też jego dwunożnego przyjaciela.

Filemon Burobury,

specjalista zagadnień antropobehawiorystycznych i zooantropologii.

Filemon Burobury, portret autorstwa: Kura,

technika: pazurem

Tagi:
#dziendobry
{}× 8
poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Kartki luzem (4)

List w butelce, list w książce (Rob.: List w butelce)

 

R4. 

W którym pojawia się coś więcej.

 

Wyszliśmy na plażę później niż zwykle, bo długo jedliśmy śniadanie. Trzeba było czymś zagryźć rozczarowanie tym, że poza listami i ilustracją nie było nic. Na szczęście, dla mnie ten stan nie był obcy. Znałem go już i wyjątkowo mnie irytował.

Miejsca prawie nie było. Wszystkie skrawki piasku, niemal po horyzont, w każdym kierunku pokrywał labirynt ręczników i leżaków. Aż można by się zgubić i dostać przemieszania zmysłów.

— Może wybierzemy się jednak na zwiedzanie? — zaproponowałem.

— Ja chcę się kąpać. — Stan ścisnął swój plecak w rękach. — Poza tym, już wszystko widzieliśmy: kościół, sklep spożywczy i publiczne toalety.

W żadnej mierze nie chciałem, by akurat to zapamiętał z naszych wycieczek. Przecież byliśmy też w amfiteatrze, opuszczonej bazie wojskowej i dwóch latarniach morskich. Te dwie latarnie musiały utkwić mu w pamięci. Z jednej o mało nie spadł.

— Przejdźmy się wzdłuż plaży. Jakieś miejsce na pewno się znajdzie.

Najwyraźniej poszliśmy w złą stronę. Akurat tę, samopowtarzalni plażowicze zasłali bardzo gęsto nie dając zbyt wiele miejsca nawet na chodzenie. Samo przeciskanie się pomiędzy opalającymi się ludźmi nie należało do przyjemnych. Bardzo ucieszyłbym się z kawałka pustyni.

— Tato, ja chcę się kąpać.

Nie miałem pojęcia, czy to upał, czy tłum, ale omal nie eksplodowałem. Ja też bym chciał. Chodzenie po plaży niekoniecznie mnie bawi.

Jak błogosławieństwo pojawił się maleńki kwadracik złotego piasku pomiędzy parawanami. Między czterema, ograniczającymi dostęp powietrza ścianami. Ostatecznie, to i tak już coś. Rozłożyliśmy tam koc.

— Pójdziesz z nimi, kotku?

Po całym porannym zajściu nie powinienem nawet próbować jej odmawiać. Już wystarczająco napsułem jej nerwów. Może skupienie się na dzieciach wyjdzie mi na dobre. Nam wszystkim, bo przestaniemy myśleć o niefortunnym szlabanie.

Pomogłem dzieciakom zakładać rękawki do pływania. Nie były zbyt wygodne, ale dawały bezpieczeństwo. Wolałbym wrócić z dwójką dzieci, z którymi przyjechałem.

— Tato, tato. A mama czyta!

Prawdopodobnie to jedna z najdziwniejszych skarg w dziejach skarg.

— Mama nie ma szlabanu.

Nie ma szlabanu, ale też jakoś nie koniecznie lubiła czytać (jakoś nie miałem szczęścia z czytającymi kobietami). A jeśli...? Poczułem ukucie zazdrości i potrzebę, by spojrzeć na żonę.

Faktycznie, siedziała z nosem w książce, ale nie tej z brązową, materiałową oprawą. Ta miała krzykliwy tytuł i równie krzykliwy dobór kolorów na okładce. To był, jak mogłem przypuszczać, kryminał, który ostatnio polecił mi Scot ze sklepu. On akurat na kryminałach się zna.

— To nie fair!

Zanim się obejrzałem, syn maszerował w stronę matki. Tylko udawał złego, bo gdy już dotarł do koca, zupełnie się uspokoił. Właściwie, nie spodziewałem się, że to zrobi. A jednak. Przytulił się do kobiety.

Jest naprawdę zadziwiający. Zamiast robić sceny, stara się rozmawiać.

— Jeśli mama wyciągnie tą brązową książkę, po którą wracała do hotelu to mi powiedz. — Momo pociągnęła mnie ze sobą w wodę. Obecność taty musiała dawać jej większe poczucie bezpieczeństwa niż cały sprzęt ratunkowy.

No proszę, Renate wzięła ze sobą Książkę. Musiała złapać bakcyla. W końcu!

Moja córka szybko straciła ochotę na pływanie i dołączyła do reszty na kocu. Fale i tak były za duże no i ile można się kąpać?

— To może razem poczytamy? Gdybyśmy tylko mieli książkę... — Znacząco spojrzałem na plażową torbę a moja żona zrobiła się czerwona ze wstydu:

— Zabrałam ją ze sobą.

Udałem zdziwienie. Cóż za zbieg okoliczności? No kto by się spodziewał? 

Właściwie, zrobiłem kiedyś coś podobnego. Zabrałem swoją lekturę do pracy zamiast aktówki. Dzięki temu dołączyłem do niepisanego klubu anonimowych czytoholików, do których należał Jacek, mój przyjaciel i współpracownik. Nie wspominając już o pierwszej nocy, gdy przyszło mi do głowy, by położyć książkę w łóżku, by jej było wygodnie.

— W takim razie, na co czekasz?

Kiedy sięgnęła po książkę coś się stało i to nie było nic zwyczajnego. Cofnęła rękę z synkiem pełnym bólu. Opowieść musiała się na nią obrazić. Jacka kopnęła prądem.

— Jest zimna jak lód. Do tego, mogę przysiąc, że w mojej torbie wieje wiatr. To dziwne.

Sam wyciągnąłem przedmiot nic nie czując. Widocznie to była moja kolej.

— Ale zaczęło wiać. — Renate owinęła się kocem. Było nieznośnie ciepło a ona dostała gęsiej skórki.

— Myślę, że zaraz wszystko się wyjaśni.

— Nie, tato — powstrzymał mnie Stan. — Przecież masz szlaban.

— Nie ma. Niech czyta.

W duchu podziękowałem bohaterom tej opowieści, za przekonanie mojej żony i przez krótką chwilę przyglądałem się ilustracji. Tym razem była nieruchoma, a właściwie, martwa. Przypominała zdjęcie pozbawione życia.

— Tato!?

Przerzuciłem stronę, by w zupełności skupić się na tekście. Przede mną rysowały się kolejne linijki tekstu. Tym razem nie tak, jak poprzednio, pisane odręcznie, ale drukowane na maszynie do pisania:

„n,

Przepraszam, że Cię w to wplątałem. Nie miałem pojęcia, że to się tak rozwinie. Żadna moja książka, żadnemu czytelnikowi nie zrobiła czegoś takiego. Właściwie, gdybym nie zobaczył Twojego charakteru pisma, nie uwierzyłbym, że to się stało.

Tym bardziej, jest mi przykro, że nie wiem, jak Ci pomóc, ani czy ta odpowiedź do Ciebie dotrze. Tak naprawdę, na tę chwilę, czuję się zobowiązany wiedzieć jedną rzecz: jesteś na statku podwodnym czy nawodnym? Mam nadzieję, że na tym pierwszym, bo to oznaczałoby mniejsze zagrożenie dla Twojego zdrowia i życia. Błagam, żeby ta kapryśna opowieść umieściła Cię na Excelsior. Inaczej nigdy nie będę mógł sobie przebaczyć niczego.

Twój,

Alan.

Zanim oderwałem wzrok od tekstu, pojawiło się coś jeszcze. Przełknąłem ślinę i kontynuowałem:

Czytelniku,

Dziękuję, że wykonałeś wszystko, o co Cię poproszono. Być może udało Ci się ocalić ludzkie życie.

Proszę, strzeż nas swoją obecnością do końca. Szczęśliwego lub nie. Szczególnie, w chwilach najgorszego zagrożenia, Twoja uwaga będzie bezcennym darem. To Ty utrzymujesz cienką nić kontaktu między mną a książką. Dawaj pokarm mojej nadziei, że nie stracę przyjaznej duszy na tym świecie.

Oddany, 

A.U.Tor

Więc ktoś, gdzieś tam, daleko też czytał, a właściwe, pisał i tylko dzięki nam ta komunikacja a mogła istnieć.

— Dziwna ta książka. Nie możemy czytać jakiejś innej?

— Nie — krzyknęliśmy w jednej chwili ja, Renate i Momo. Aż się zdziwiłem. Tak jednomyślni to jeszcze nigdy nie byliśmy.

— Nie możemy ich tak zostawić — wyjaśniła dziewczynka.

— Ale to takie nudne. Nic się tam nie dzieje.

W chwili, gdy to powiedział na sąsiedniej stronie pojawił się dziwny, szary symbol. Jakby logo, podpisane: Excelsior. Zdaje się, że to słowo pojawiło się w tekście listu.

Przewróciłem kartkę i z niemałą radością zobaczyłem równe rzędy tekstu. Nad nimi górował tytuł, od którego szybciej zabiło mi serce. Nareszcie!

Wstęp

_ _ _ _

Nieustannie dręczą mnie obawy przed tym, że ta rodzinna przygoda (przy takim tempie) zakończy się gdzieś w styczniu (jest 16. rozdziałów - opowieść jest już w całości napisana). Co z tym począć?

Oczywiście, w piątek był szczególnie szczęśliwy dzień. Na tyle szczęśliwy, że sprawiał idealne warunki na przedstawienie Pani Detektyw. Niestety, szanowna osoba pisząca postanowiła zrezygnować z zabrania ze sobą dużego urządzenia mobilnego, na rzecz odpowiedniej ilości lektur...

Będzie tego. Miłego Poniedziałku,

 

PS. Ah, oczywiście jest jeszcze wspomniane logo:

 

niedziela, 8 sierpnia 2021

Kartki luzem (3)

List w butelce, list w książce

 

R3

Bo gdzieżby to był koniec tej wariackiej historii

Rano, gdy tylko się obudziłem, a dwa małe nicponie jeszcze nie zaczęły po mnie skakać, wahałem się, czy nie zadzwonić do Diany. Może nie powinienem zawracać jej głowy każdą drobnostką. Nigdy nie ma mi tego za złe, a to sprawa raczej dla niej. Z drugiej strony, ma sporo swoich własnych problemów na głowie.

— Tato, co właściwie stało się, gdy chłopiec zszedł ze statku?

Pytanie córki zbiło mnie z tropu. Sam nie pamiętałem. Nie pamiętałem, a nigdy nie zapomniałem o czym czytałem. To się po prostu nie zdarzało.

— Zaraz zobaczymy. Przyniesiesz książkę tutaj?

Albo to przypadek zaniku pamięci, albo zapowiedź kolejnych kłopotów. Zacząłem czuć w kościach, że to nie koniec. Pytanie, kiedy mnie dopadną.

— Nie mogę jej znaleźć.

Oho. Wykrakałem.

— Zostawiłem ją na stoliku, na innych książkach.

Po chwili dziewczynka wbiegła do pokoju z zupełnie odmiennym przedmiotem. Zamiast kolorowej, cienkiej książeczki miała w ręku gruby tom oprawiony w brązowy materiał. Wolumin o pożółkłych kartkach, pachnący słoną wodą i starością. Takiej książki nie mieliśmy ze sobą.

— Ta była na wierzchu a innej nie mogłam znaleźć.

Byłem już na nogach, przy córce i z przerażaniem przyglądałem się dziwnemu zjawisku. W końcu, nie mogąc w to uwierzyć sam przeszukałem pokój. Po książce, którą czytałem dzieciom wieczorem, nie było śladu. Właściwie, nie było dowodu, że w ogóle istniała.

A więc jednak. Znowu się zaczęło. Pozostaje tylko usiąść i czytać.

— Tato, wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha — zauważył Stan. — Na pewno, jeśli zawołamy, to książka się znajdzie.

Myślę, że nie można wykluczyć, że ona się znalazła. Prawdopodobnie to właśnie ją trzymałem w rękach, tylko ona nie była już sobą.

Głośno przełknąłem ślinę. Jak wytłumaczyć tym szkrabom, że teraz wszyscy zostaniemy zablokowani przez przymus czytania? Opowieść pochłonie nas do reszty aż do samego końca:

— Chyba musimy to przeczytać. Nasza książka na pewno sama się znajdzie.

Na końcu tej przygody. Mam taką nadzieję.

— W tej historii? — niedowierzała Momo. — To musiałyby być czary a magia nie istnieje. To tylko fikcja.

Też tak sądziłem zanim moje życie kilkakrotnie nie przekoziołkowało. Szkoda, że teraz dzieciakom, tak samo jak kiedyś mnie, Errata nie może tego wyjaśnić. Byłoby jej prościej. Już się na tym zna i ma na to swoje sposoby. Bierze twoje zdroworozsądkowe postrzeganie świata i zgniata je w imadle rzeczywistości i faktów. Przestajesz wiedzieć cokolwiek. Ba, wiesz, że nic nie wiesz.

— A jeśli to zaczarowana książka? Chcę koniecznie poznać zaczarowaną książkę. — Chłopiec z pełnego rozpędu wpadł na mnie jak mały zawodnik sumo a ja upadłem na budzącą się właśnie żonę. — Czytaj. Czytaj.

— Elinor! — krzyknęła. — Co wam wszystkim odbiło?

Nawet, gdybym znalazł odpowiednie słowa, w które zdołałaby uwierzyć, nie prześcignąłbym syna. On miał na to swoje własne, przerażająco szczere zdanie:

— Mamy magiczną książkę!

To zdecydowanie świetne usprawiedliwienie. Na pewno zadziałałoby w każdym przypadku. Nawet braku pracy domowej.

— Dobrze. Nie ma czegoś takiego jak magiczne książki.

Wyraźne sięgała górnej granicy panowania nad frustracją. Nie taką zwyczajną. Taką wakacyjno-niedospano-ekstremalną. To się może bardzo źle skończyć. Powinienem ją jakoś uspokoić.

— To nic... — zdołałem z siebie wydusić, zanim weszła mi w słowo:

— Dość. Wszyscy troje macie szlaban na czytanie. Do końca wyjazdu.

No i klops. Skoro Renate posunęła się do czegoś takiego, to jest źle.

— Ale mamo. — Momo najwyraźniej, podobnie jak ja, zaczęła orientować się w sytuacji. — Ja nie zasnę, jeśli mi nie poczytacie mi na dobranoc.

— A ja nie wyjdę z pokoju. — Skrzyżował ręce na piersi Stan. — I będę krzyczeć.

Są dzieciaki, które non stop siedzą w komórkach, telewizji i Internecie. Moje maluchy wertują wszystkie książki, które znajdą w domu (co bywa czasem kłopotliwe), ale najbardziej cenią czytanie na głos. Skąd one to mają? Mniejsza, byle by z tego nie wyrosły.

— Proszę, nie przeżyję bez czytania.

Ostatecznie, błagalny wzrok mojej córki łamie moją żonę. Dosłownie łamie, bo Renate wzdycha:

— Ja wam poczytam. Ale ta książka nie jest magiczna.

Mamy z synem inne zdanie na ten temat i wymieniamy się porozumiewawczymi uśmiechami. Skoro książka sprawiła, że ona będzie czytać, to bez wątpienia jest magiczna.

— Teraz?

— Tylko fragmencik. A ty, Elinor, przygotuj śniadanie.

Prawie nie zasalutowałem widząc jak dzieciaki układają się obok mamy, która otwiera nową lekturę. Jej mina mówiła sama za siebie: czar zaczyna działać.

Witaj, Straczeńcze,

Dzięki Tobie, Twojej odwadze i myślom mogę nadać tej wiadomości fizyczny kształt. Cienki pomost, jaki wytworzył między nami autor musi posłużyć jeszcze raz. Tym razem, do zupełnie innej formy komunikacji.

Proszę, nie porzucaj mnie. Jesteś moją ostatnią nadzieją. Jedynym otwartym sercem na jakie udało mi się trafić. Towarzysz mi. Tylko tak możesz mi pomóc.

Na zawsze,

Zastanawiałem się, czy to przez ten gryzący sok, czy naprawdę mogłem płakać. Przetarłem oczy odkładając nóż i to nie był zbyt trafny pomysł. Poczułem mocne pieczenie.

— Jakie to smutne — stwierdził mały. — Nie możemy tak zostawić tej opowieści. Będzie płakać tak, jak teraz tata.

To cebula — usprawiedliwiłem się. Strasznie ciążył mi wzrok mojej rodziny.

— Czytaj jeszcze, mamo. Chcę wiedzieć, co stanie się dalej. Proszę.

Zaklęcie musiało zadziałać i na nią. Przewróciła kartkę, poprawiła się na posłaniu a potem kontynuowała:

Alanie,

tak strasznie się boję. Bardziej niż zwykle, bo książki nie wycinały mi takich numerów. Pozwalały się grzecznie poznać, przestudiować i kulturalnie odpoczywały na półce. Takie ich towarzystwo było o tyle znośne, że można się było zbyt mocno przywiązać.

Może to wszystko wina tego przywiązania. Coś poszło nie tak, bo gdy podarowałeś mi swój najnowszy rękopis (ten, który zleciłeś mi oprawić w brązowy materiał) ... Oh, Alanie! To wprost nie do pomyślenia, że można być tak paskudnie porwanym. Porwanym przez książkę w biały dzień.

Renate przerwała na chwilę, by na mnie spojrzeć. Chyba zaczynało przypominać jej się ostatnie trzydzieści razy, kiedy mówiłem jej, co mnie spotkało, i że wcale nie piłem i nic nie brałem. Byłem zupełnie trzeźwy i sam nie mogłem dać temu wiary.

— To na pewno ktoś zmyślił — jęknął Stan.

— Dlaczego tak myślisz? — zapytałem.

— Bo książki nie są aż tak niebezpieczne. Gdyby były, ciocia Diana by nas przed nimi ostrzegła.

Nie wiem, co teraz począć. Mam nadzieję, że jakimś cudem, dzięki uprzejmości kogoś z zewnątrz, otrzymasz tę wiadomość. Proszę, zaopiekuj się moim niemal nieodłącznym Luckym i nie zapomnij zadzwonić do lekarza. Przykro mi, że nie będę przy Tobie, gdy otrzymasz wyniki.

Tyle mogę powiedzieć Ci, póki jeszcze żyję. Nie wiem, jakie przygody przygotowałeś w tej opowieści i mam nadzieję, że wszystko nie skończy się w smutny sposób.

Przekaż siostrze moje pozdrowienia, na wypadek, gdyby nie było dla mnie ratunku.

Na zawsze, z wyrazami szacunku,

— Jaka śliczna ilustracja.

Poczułem się zmuszony ją zobaczyć. Musiałem aż zignorować palącą się jajecznicę i pochylić nad rysunkiem.

Przedstawiał skupisko szmat i materiałów wciśnięte w półkę, między książkami. Z tego skupiska wystawała dłoń dzierżąca pióro. Atrament rozlewał się po kartce a słabe światło dawało okropne warunki do pisania, ale postać tkwiła pochylona nad papierem. Dziwne. Im dłużej na nią patrzyłem, tym bardziej nie chciałem w to wierzyć. Oto ręka trzymająca przyrząd do pisania zaczęła się poruszać a cały obraz miarowo bujać, jakby kołysać na falach. Wizerunek zrobił się zaskakująco rzeczywisty. Poczułem nawet zapach starego papieru i wilgoci.

— Słyszysz? — szepnąłem pod wpływem jakiejś niezrozumiałej potrzeby. — Nie ma czego się bać. Jesteśmy z tobą.

Nikt z mojej rodziny nie usłyszał tego, co mówiłem, choć byli znacznie bliżej. Nikt z nich też nie zauważył, że ilustracja gwałtowniej się poruszyła. Ten ktoś musiał mnie usłyszeć.

____

{}× 4
niedziela, 1 sierpnia 2021

Kartki luzem (2)

Zanim przedziemy dalej. 

Pamiętamy:

17.00, 01.08.1944 r.

Nie zapomnimy (a jak zapomnieliśmy, to sobie przypomnimy):

Wysłuchane? W takim razie zapraszamy:

 

List w butelce, list w książące

R2.

w którym tajemnica się wyjaśnia (a jak!)

Renate zrobiła się wyjątkowo podejrzliwa, gdy postawiłem zalakowaną butelkę na stole. Właściwie, zrobiła się wtedy skrajnie podejrzliwa, bo większość dnia, na spółkę z dziećmi nie mogłem usiedzieć w miejscu. Długa wstrzemięźliwość od możliwości otwarcia tajemniczego przedmiotu doprowadziła moją ciekawość do przerażająco niebezpiecznego stanu nadmiaru ekscytacji.

— Wyłowiliście to z morza — zaczęła moja żona. — I macie zamiar to otworzyć? Tutaj?

Przestałem gorączkowo majstrować nożem przy pieczęci. To nie był przecież zły pomysł. W środku był tylko papier. Nie spodziewałem się tam raczej złych dżinów, śmiercionośnych zarazków czy przekleństw. Chyba.

— Po namyśle…

— Tato, obiecałeś. — Natychmiast moje wątpliwości rozwiała córka. — To zwykły list.

Czyli zostałem bez wyjścia tak, jak moja kobieta. Skoro za otwarciem tego eksponatu tak gorliwie opowiadały się dzieci, żadne z nas nie będzie miało nawet kontrargumentu.

— Dobrze. — Renate uniosła ręce w geście rezygnacji. — Otwierajcie ten skarb, tylko nie róbcie bałaganu.

To akurat było trudne. Kawałki laku posypały się ze stołu prosto na wykładzinę zanim jeszcze zdążyłem pozbyć się korka od butelki. W połączeniu z nagrzanym powietrzem, mogłem się spodziewać, że zostaną w tym pokoju na dość długo. Może nawet kilka lat.

— Co tam jest?

— Kartka — mruknąłem wyciągając kawałek papieru. Tego można było się spodziewać, skoro szkło było przeźroczyste.

To jednocześnie rozczarowujące i ekscytujące. Od papieru zaczęły się wszystkie moje przygody. Konkretniej, od książki. Całego sklepu książek i jednej Erraty. Nie zdziwiłbym się, jeśli i w tym maczałaby palce.

— Ale co jest na papierze? — Mały uwiesił mi się na ramieniu. — Przeczytaj, przeczytaj!

Czy w takim razie miałem inne wyjście? Skupiłem się na lekko pożółkłych kartkach i czarnym tekście:

Dzięki Bogu, ktoś znalazł tę wiadomość.

Przerwałem na wpół zaintrygowany i zaskoczony. List czy nie list, miał być znaleziony. Ktoś wiedział albo przynajmniej miał nadzieję, że do kogoś ta wiadomość trafi.

— Tato, co jest dalej!

Przebrnąłem przez tekst bardzo pobieżnie i miałem ochotę skłamać. Po prostu, wmówić dzieciakom, że nie ma tam nic, bo to wyglądało, na dość osobistą wiadomość.

— Tato? — Dziewczynka złapała kawałek papieru i czytała dalej sama. Zamknąłem oczy przywołując w pamięci każdy zawijas czarnego atramentu na chropowatym podłożu.

Dzięki Bogu, ktoś znalazł tę wiadomość.

Od razu musze zaznaczyć, że nie jestem rozbitkiem i nie potrzebuję pomocy. Przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej ktoś zwyczajny może mi ją zapewnić. To, niestety, nieco bardziej skomplikowane. Wyjaśnię to, gdy tylko znajdę odpowiednie słowa. Na tę chwilę muszę Cię poprosić, nie, błagać, byś, Drogi Czytelniku, włożył ten list po przeczytaniu mojej historii do książki. Tylko w ten sposób będziesz mi w stanie pomóc.

To, kim jestem nie wydaje się aż tak istotne. Znacznie bardziej nurtuje to, co się ze mną stało. Nawet nie wiem, kogo za to obwiniać. W końcu, zdarzało mi się otwierać książki, dziesiątki tomów, notesów, manuskryptów i innych papierowych tworów a coś takiego się nie zdarzyło. Żaden z nich, nigdy…

Mnie nie wciągnął do środka — doczytała po dłuższej chwili Momo. — Dosłownie. Wystarczyła sekunda, żeby znaleźć się w książce.

Zabrałem jej widomość. Ktoś został porwany w fabułę. W sam środek utworu.

Powoli docierało do mnie to, co było przede mną. Coś, co było dowodem szalonej fantazji lub poważnych tarapatów. To coś, czym powinna się zająć Diana. Przecież dla niej przebywanie okolicach książek to nie jest problem.

— Myślę, że to jakiś głupi żart. — Kobieta spojrzała z politowaniem na moją, prawdopodobnie bladnącą twarz.

No tak, nie ważne, ile razy mówiłem jej o tym, co spotkało mnie zanim znów się spotkaliśmy po latach, nie chciała mi wierzyć. Cóż, ciężko dać wiarę, gdy mówi się o znikających w książkach istotach, półwilkach, postaciach z literatury a najbardziej teorii, że rośliny mogą mówić. W końcu przejadło mi się tłumaczenie, kim są Erraty i dlaczego mama zawsze traktuje Stanisława, jakby był jej niedożywionym synkiem a on nie ma nic przeciwko. Nie sposób też w nieskończoność unikać sklepu „Książki i Kwiaty”. Skoro moja żona nie potrafi zaakceptować prawdy, to nie powinien jej na nią narażać. A nóż zdarzy się coś, czego nikt nie będzie w stanie wyjaśnić.

— Ja bym na wszelki wypadek schowała tę kartkę do książki. Może to pomoże.

Wbiłem wzrok w kilka pierwszych linijek tekstu. Wszystko jest przecież możliwe. To, co nie jest możliwe i tak się dzieje.

— Elinor, nie będziesz nabierał się chyba na jakieś głupie żarty. Zdaje się, że jesteś dorosły.

Mówiła to za każdym razem, gdy chciała przeforsować swoją prawdę. Właściwie, gdy nie chciała wierzyć w to całe szaleństwo. To ja powinienem przemówić jej do rozumu. Prawda była po mojej stronie.

— Ja to zrobię. Włożymy ją do książki, którą czytasz nam na dobranoc. Będzie jej tam ciepło. — Stan chyba okazał się największym rozsądkiem. — Musiała zmarznąć tak długo pływając w butelce.

Nie mogę się nadziwić tej empatii mojego syna w stosunku do martwych przedmiotów. Skąd on się tego nabawił? To aż dziwnie nierealne.

— Właśnie. Poczytaj nam, tato. Prosimy.

Bardzo zgodnie udało im się wypowiedzieć to zaklęcie. Nie było tak magiczne, jak zapamiętałem. Kiedyś potrafiło teleportować lub zrzucać książki z półek a teraz ograniczało się jedynie do zmiękczania mojego serca. Bardzo skutecznego zmiękczania, bo nigdy nie potrafiłem odmówić.

— Ale macie ubrać się w piżamy i umyć zęby — uśmiechnąłem się.

— Tak jest, kapitanie!

Kiedy cała hałastra znalazła się w łóżkach, usiadłem między posłaniami, by przeczytać dzisiejszy fragment. Zawsze to był najbardziej magiczny moment dnia. Chyba całą trójką czekaliśmy na niego z niecierpliwością.

Momo zasnęła dość szybko, ale Stan postanowił walczyć ze zmęczeniem, by jeszcze mnie zestrofować:

— Tylko nie zapomnij o liście. Nie chcę, żeby się przeziębił.

Z rozbawieniem, czując na sobie uważne spojrzenie syna włożyłem papier pomiędzy strony lektury i życzyłem wszystkim dobrej nocy. Nawet widomości. Ostatecznie, wyszedłem z wprawy mówienia do książek.

____

{}× 5
niedziela, 25 lipca 2021

Kartki luzem (1)

List w butelce, list w książce (Rob.: List w butelce)

 

R1.

W którym, jak zwykle ściągam na siebie kłopoty. Z własnej winy.

Jakby to powiedzieć…Miałem już do czynienia z różnymi dziwacznymi przypadkami, od kiedy poznałem Dianę i przekroczyłem próg sklepu „Książki i Kwiaty”, ale nie mogłem sądzić, że te osobliwości dopadną mnie akurat tu. Na wakacjach.

Bo przecież trzydniowy pobyt był sympatycznie znośny. Padało tylko jeden dzień, słońce nie wypaliło dziury w dachu a dzieciaki aż tak nie rozrabiały. Właściwie, były grzeczniejsze niż zwykle. Żadnych walk o dominację przy jedzeniu, kłótni o każdej porze czy maltretowania rodziców nad ranem, bo jeszcze się nie podnieśli. Na dobrą sprawę: żyć, nie umierać.

— Tato, tato, zobacz. — Stan usiłował prześcignąć swoją starszą siostrę. Oboje od jakiegoś czasu starali się dokopać do wnętrza ziemi, ale skończyli na półmetrowym dole, który zalała woda. Potem mały się rozpłakał a przedsiębiorcza dziewczynka zrobiła kamienne wały chroniące dziurę.

— Tato, to musi być prawdziwy skarb — krzyknęła Momo. Miała w ręku stara, oblepioną piaskiem szklaną butelkę z masywnym korkiem. To z pewnością był regularny śmieć.

Kiedy eksponat trafił do mnie porzuciłem rozważania, by go wyrzucić. Przedmiot był znacznie bardziej fascynujący, bo w środku coś ciszo szemrało przy potrząśnięciu. Jakby kartka. Papier musiał oznaczać tajemnicę a tajemnicy nie mogłem się już oprzeć.

— To pewnie list w butelce — orzekłem.

— Skoro to list, to nie powinniśmy go czytać.

— Nie! To musi być list od rozbitka. Może on potrzebuje pomocy. — Mój syn z zasady wolał reprezentować inne zdanie niż jego siostra. Do tego, wchodził w ten głośny wiek, gdy porozumiewał się niemal wyłącznie pełnym entuzjazmu krzykiem. Specjalista stwierdził, że to normalne.

— A jeśli to list miłosny?

— Na pewno ktoś potrzebuje pomocy!

—Wcale nie! — Momo musiały wyczerpać się argumenty. Skrzyżowała ręce na piersi i pokazała oponentowi język. Braciszek postanowił nie być jej dłużny:

— Wcale tak!

Moja żona, matka moich dzieci, popatrzyła na mnie z dezaprobatą. Mimo tego, że była w okularach przeciwsłonecznych wiedziałem, że udziela mi reprymendy. Mówiła wprost:

Eli, teraz ty pilnujesz dzieci, zrób coś.

— Może otworzymy tą butelkę i przekonamy się co jest w środku? Jeśli to będzie coś osobistego, to zakorkujemy ją z powrotem.

Przydały się moje umiejętności dyplomatyczne, bo propozycja przypadła dzieciom do gustu. Rzadko udawało mi się tak łatwo ich pogodzić. Czasem potrafiły dąsać się na siebie kilka dobrych godzin. Co gorsze, wciągały w to mnie.

Chwyciłem za korek. Nie ważne jak dużą siłę do tego przykładałem to uparte coś ani drgnęło. Nawet inny chwyt nic nie dał. Na ręku została mi jeszcze jakieś tłuste coś. Lak. Cała górna część szyjki butelki została zapieczętowana.

W tym miejscu, prawdopodobnie, powinienem sobie odpuścić. Skoro ktoś tak nastarał się, by zabezpieczyć butelkę, to raczej nie był rozbitkiem. Musiał nie być w niebezpieczeństwie, choć, z drugiej strony, obiecałem coś dzieciom. Na pewno znajdę jakąś sensowną wymówkę. Nie od dzisiaj jestem rodzicem:

— Przykro mi. Jest zamknięte. Odnieście ją tam, gdzie ją znaleźliście.

Może przez jakiś czas dzieciaki będą miały mi to za złe. Może nawet obraża się na jakiś czas, a przynajmniej zrobi to Stan. Jemu najbardziej zależało na otworzeniu znaleziska.

Pech chciał, że w chwili, gdy mały dziarsko rzucił w piasek przedmiot, akurat patrzył na nas ratownik. Bez skrupułów zostałem pouczony, jako najbliżej siedzący dorosły, że śmieci z plaży trzeba ze sobą zabrać. Szczególnie, gdy są nasze i opcjonalnie, jeśli nasze nie są.

Najwyraźniej wkopałem się z tą butelką. Będziemy zdani na siebie aż do kosza na śmieci.

— Możemy zabrać ją do hotelu i tam otworzyć.

A więc jeszcze dłużej. Dobrze, przynajmniej będzie o jedną, przeklętą butelkę w morzu mniej. Właściwie, to nie jest głupi pomysł.

Opłukałem znalezisko i schowałem je do plecaka. Zajęło miejsce plastikowej torebki, którą przygotowałem na różnorakie skarby. Nie miałem zamiaru nosić w ręku dziesiątek muszelek i ciekawych kamieni. Pierwotnie. Teraz miała mi posłużyć na coś zupełnie innego:

— Słuchajcie. Skoro już znaleźliśmy jeden skarb poszukajmy innych. Pozbieramy wszystko, czego nie powinno być na plaży.

Zabawa była przednia. Napełnialiśmy siatkę niesamowitymi znaleziskami. Były pety, folie, butelki, nieparzyste klapki, papierowe opakowania po frytkach, zabawki i kilka rzeczy, których przeznaczenia nie mogłem dzieciom wyjaśnić. Los mógłby mi podrzucić jakiś nóż albo scyzoryk, ale tego nie chciał. Zamiast tego zbieraliśmy więcej śmieci.

— Tato, dlaczego ciocia Diana i wujek Stanisław nie chcieli z nami jechać?

Czasem umyka mi, jak dobry kontakt dzieci mają z przyszywanym wujostwem. Szczególnie Momo uwielbia, gdy ta dwójka wpada na obiad lub my wpadamy do nich. Tym ciężej wytłumaczyć mi, że wszyscy nie możemy mieszkać w jednym domu. Diana i Stanisław mają swoje własne zajęcia, które przerastają moje myślenie. Przerastają myślenie każdego, zwyczajnego człowieka.

— A mi ciocia Diana powiedziała, że przyjedzie, gdy tylko będzie mogła zostawić sklep pod dobrą opieka. Biedny sklep, musi być bardzo chory. — Stan umieścił w plastikowej torbie starą pieluchę.

Tego mi nie mówiła. Ma dobry z dziećmi, ale to ja wiem, kim jest. Kim są ona i Stanisław. W końcu trochę we troje przeszliśmy.

— Niby kiedy? — Córka uprzedziła moje pytanie.

— Dzisiaj rano — wyszczerzył zęby dumnie a potem spuścił wzrok. — Odebrałem telefon taty i było mi wstyd. Więc nie powiedziałem.

— Nie rób tego więcej. To mógł być ktoś obcy.

Nawet mnie moje upomnienie nie przekonało. Czasem nie miałem serca się gniewać na kogokolwiek.

— To na pewno była ciocia Diana, ale obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię.

Zawsze zastanawia mnie jak mały spamiętuje te wszystkie obietnice. Już od początku wakacji złożył ich przynajmniej kilkanaście i kilka zdążył złamać. Właściwie, zdążyłem się w nich pogubić.

Podobnie, przestałem liczyć plastikowe nakrętki, które trafiały do torebki. Musiała nam się trafić wyjątkowo brudna plaża.

— Dużo tego.

— Baaaaardzo dużo skarbów. Ale ja nadal chcę wiedzieć, co jest w butelce.

Właściwie, ja też.

Odnosząc śmieci, zapytałem ratownika o nóż. Zapewne przez krótką chwilę zastanawiał się po co mi to narzędzie. Koniec końców zgodził mi się go użyczyć, jednak perspektywa otwierania znaleziska bez dzieciaków wydał mi się nie fair. Podziękowałem za dobre chęci.

Dziś wieczorem na pewno tajemnica się wyjaśni.

___

Powiem, że wejście w rolę ojca jest dla osoby piszącej wyzwaniem. Jeśli wychodzi mało realistyczne, to przepraszamy (przepraszam, albo cokolwiek). To po pierwsze.

Jeśli nie uda się trwale do tego zniechęcić to w miarę regularnie będą pojawiać się kolejne części tej historii (idzie całkiem sprawnie, tylko walka z Mistrzynią Milczenia zajmuje osobie piszącej trochę czasu). Na podobnej zasadzie w (bodajże) poprzednim roku pojawiała się Biblioteka pod Pegazem (została skrzętnie usunięta, ja zwykle i większość). To po drugie.

Nadal nawiedza mnie wrażenie, że przesadzam z częstotliwością i ilością wrzucania tu treści. Jest aż tak źle, czy to jeden z tych złowieszczych podszeptów wewnętrznej mąciwody? Mam nawet mieszane uczucia co do tego, czy ktoś dociera do tej ostatniej linijki, czy przewija bez czytania. Tak…

No mniejsza, dziękuję.

Miłego dnia,

n

{}× 4
niedziela, 18 lipca 2021

Na marginesie (3,5)

...Do trzech i pół razy sztuka. Nie, to nie tak leciało.

Sinusoidalnie zmienna pogoda indykuje sinusoidalne zmiany humoru. Tyle, że wartościami max. i min. Jest tu oscylacja osobowości między załamanym romantykiem a żyjącym na sztucznym haju pozytywistą. Nah...nadal brzmi to zbyt kaszkowato (dobra, Nemo, wypad z kuchni, bo zaraz wymyślisz nowy, spożywczy język).

Pozostając w temacie spożywczym. Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze osoba pisząca miała pozytywistyczne mniemanie o sobie powstało właśnie to. To, znaczy się, kilka dopisanych scen z życia inspirowanych filmem Dzień świra. A te k*, p* itp. są potrzebne, a nawet konieczne. Ale to za chwilę.

Ponieważ ciężko wybrać pomiędzy jednym a drugim fragmentem, szczególnie, gdy nagle głowa zaczęła się dawać we znaki a w betonowym klocu obok uruchomił się irytujący alarm. To będą dwa. No tak, ten krótszy dla zmęczonych tekstem, reszta dla zainteresowanych. Z resztą, staram się, by zakończenia były szczególnie specjalne (jak w Strzępkach, którym zazwyczaj mało osób daje szansę (jest w ogóle sens rozważać wstawienie tu linku do opowieści?).

 

Scena I

Supermarket.

Pełne półki, na około żywej duszy. Idę sobie wydłuż alei. Jak król. W tanim supermarkecie.

Chleb pszenny, żytni, biały, razowy, wieloziarnisty. Ja p*! Kogo to obchodzi czy jest bez konserwantów, bez barwników i jakim do jasnej ch* cudem chleb ma zawierać kawałki desek drewnianych lub mięsa?

Rzucam chleb do koszyka. Po namyśle wyjmuję go stamtąd, całuję i z czułością kładę z powrotem.

Jednak chleb to chleb. Szacunek mu się należy.

Podnoszę wzrok napotykając zdegustowane spojrzenie jakiejś baby. Mam ochotę pokazać jej język. Wytrzeszczam tylko oczy.

Czego?

Wraca do swoich spraw. Tymczasem się zaczyna. Wiem, co on zamierza. Zawsze to robią. Odchodzę do bułek a jakiś typ patrzy mi przez ramie.

Cały sklep pusty, ja p* a ten musi stać akurat tu.

Dyszy mi na kark jak jakiś psychol. Odsuwam się, a on robi to samo. Tylko jedno przechodzi przez myśl:

Ja p*, ja p*... Zawsze się taki znajdzie.

Rozglądam się na boki. Na horyzoncie nadchodzi cała horda ludzi. Z piszczącymi koszykami, rozmawiający przez telefon, drący się, rozmawiający tymi piskliwymi głosikami... Oni wszyscy przepychają się przede mnie, za mnie. Tratują mnie. Oddychać! Oddychać! Przebijam się przez tłum. Ludzie się rozchodzą.

To już k* nie ma innych miejsc w tym p* sklepie. Co to ma być? Instynkt stadny?

Zostaję sam. Sam z tym koszykiem, chlebem i pustymi półkami. Szarańcza. Po prostu szarańcza. Sprawdzam, czy cięgle mam portfel.

 

Paradoksalnie, Mistrzyni Milczenia, jest opowieścią, która powinna zwiastować zakończenie „kariery" osoby piszącej. To postacie, które towarzyszyły jej całe twórcze życie i nadal nie potrafią jej opuścić. Był nawet czas, gdy była bardziej nimi niż sobą, co nie jest raczej dziwne. Pisanie pozwalało mi przetrwać to, co serwowało mi społeczeństwo i własne obawy. Tak naprawdę, bohaterkę ukształtowały różne postacie, ale chyba najwięcej wnieśli James Bond i Alex Rider (od razu wiadomo o czym to jest, prawda). Nie każę czytać. Ten błędny rycerz będzie walczył o swoje, bez względu na to, czy ktoś zechce ją wysłuchać, czy nie.

 

I

Policzek.

Nigdy nie dają się człowiekowi normalnie obudzić. Nie chcą być budzikiem, który można zignorować i jeszcze wybierają tą ukochaną przez służby specjalne godzinę trzecią rano. W efekcie nie wstajesz. Zostajesz brutalnie wyrwany z rozkosznych objęć Morfeusza. A ten to potrafi rozpieszczać.

Znowu policzek. Tym razem zadany mokrą, zwiniętą szmatą. Dźwięk samego plaśnięcia sprawia ból, a co dopiero uderzenie w piekącą już skórę twarzy. Trudno się nadziwić ich delikatności. Ba, finezji. W niektórych więzieniach zamachują się tym, od czego z miejsca traci się część zębów i przytomność. Tak, tu jest jeszcze omal luksusowo.

— Green? — pyta odchylając moją głowę do tyłu za związane włosy.

Zwykło się wmawiać żołnierzom, że ich przeciwnicy nie są ludźmi. Wtedy jest łatwiej do nich strzelać, łamać karki czy upadlać. Ja wolę odrzucić tę praktykę. Mój przeciwnik bez wątpienia jest człowiekiem i może mu, co najwyżej brakować empatii. Nie jest w tym osamotniony. W sumie jest nas troje.

Drugi typ, istna kopia pierwszego, łypiący wzrokiem mięśniak bez wyraźnej indywidualności, stoi dalej. W komiczny sposób próbuje oślepić mnie lampką biurkową odwracając klosz. To raczej nie jest miejsce dla nich. Powinni lać się z innymi, podobnymi sobie w ciemnym zaułku. 

Gość przy oświetleniu wyraźnie podziela mój pogląd. Głód w jego wzroku utwierdza mnie, w przekonaniu, że chce dołączyć do swojego ziomka. Chyba nawet we dwójkę nie daliby rady przekonać mnie do mówienia. Ciekawe, który raz pozwalają im maltretować człowieka? Może chodzi bardziej o to, że jestem kobietą? Widać, że od płci przeciwnej nie wymagają wiele.

Snop światła w końcu uderza mnie po oczach, dlatego kieruję wzrok na pustą ścianę, pogrążonego w półmroku pomieszczenia. Mogę marzyć, że kryję się właśnie tam, poza zasięgiem wzroku i obserwuje to z rozbawieniem. W tym miejscu też mi do śmiechu.

Banda amatorów.

Główny aktor tego przedstawienia podąża w stronę sceny. Garnitur, lakierki ze skóry naturalnej z kauczukową podeszwą, naturalne. On sam pociąga nosem, idzie szybko, jest podniecony. Odbieram te wszystkie informacje w formie odpowiednich dźwięków. Po jakimś czasie niektóre umiejętności przychodzą bardzo łatwo.

Nie pomyliłam się. Jest zgarbiony, podekscytowany, ubrany w luksusowy komplet i równie ekskluzywne buty. Przypomina Richarda Gibsona w roli Herr Flicka, ale nie kuleje. W cieniu jego kapelusza połyskują tylko niewielkie punkty białek oczu i wybielane zęby. Gdyby nie osłonił ich przed światłem pewnie zaczęłyby razić.

— Chłopcy, dość zabawy.

„Chłopcy" zdawali się być zasmuceni tym obrotem sprawy. Oh nie! Nie będą mogli czerpać chorej satysfakcji ze znęcania się nad żywą istotą. Z wielkim bólem dają mi spokój. Przynajmniej są posłuszni.

— Kim ty w ogóle jesteś, Green?

Wzruszam ramionami znów pochylając głowę, by zapaść w sen. Pierwszy psycholog, który postanowił zadać mi to pytanie wylądował w psychiatryku. Miałam cztery lata i jedyne, co zrobiłam to opowiedzenie mu bez pięknych frazesów o swoim życiu. Musiał być słabszy psychicznie, ale mając tą sytuację na uwadze nigdy więcej nie narażałam żadnego psychologa na nic takiego. Terapie nic nie wnosiły: oni mówili, ja grzecznie potakiwałam. Trochę tak jak teraz, z tym, że staram się nie reagować a on ciągle mówi:

— Mam zawołać chłopców?

Zmuszenie się, by spojrzeć na niego lekko unosząc jedną brew nie wymaga ode mnie zbyt wiele. Robię to z wewnętrzną satysfakcją i radością. Niestety, na resztę jest jeszcze za wcześnie. Jeszcze kilka godzin muszę grać na czas.

— Będziesz ze mną w ogóle rozmawiać, w ogóle?

Prawdopodobnie w ogóle. Co za typ! Jak długo trzeba milczeć, by zrozumiał?

Ignoruję go zapadając w półsen. To przydatna umiejętność: regenerujesz się i odbierasz otoczenie jednocześnie, choć nie w pełni. Zawsze coś się zyskuje a coś traci.

— Masz męża, prawda? — W jego głosie zaczynają się pojawiać nuty desperacji. Z jego strony, to rozsądny manewr.

Nie mam. Istnieje człowiek, którego nazywam mężem. Tak, braliśmy ślub, wybrał mnie i nazwał swoją kobietą. To wszystko prawda, ale z jakiegoś powodu nie potrafię określić go mianem „swojego". Jakoś razi mnie takie przypisywanie człowieka. Nie jesteśmy niewolnikami, każda istota jest przecież wolna.

— Green to nie twoje obecne nazwisko?

Katarynka. Nakręcił się i nie chce przestać grać tej samej, starej, kiczowatej śpiewki. Brakuje mu tylko małpki ubranej we wzorzyste pajacyki, która podskakiwałaby w rytm jego dziwacznej melodyjki. Może za mało mu płacą.

— Masz jakąś rodzinę? Dzieci? Rodziców? Rodzeństwo? — Tu dodaje z większym naciskiem: — Dzieci?

Pozwalam sobie na kolejną pozbawioną reakcji odpowiedź. Mój umysł i tak już w połowie śpi. Ciekawy stan. Niby wszytsko do ciebie dociera, ale nic cię nie interesuje.

— Jakieś dzieci? — Facet powtarza uparcie.

Może w końcu zrezygnuje. Jego pytania i tak nie przynoszą oczekiwanych efektów. Musi gotować się w środku. Wiem, bo oddech mu przyśpiesza i zaczyna cedzić przez zęby:

— Ten twój mąż...Myślisz, że nie wiemy, gdzie jest? Myślisz, że nie siedzi w którejś z tych cel?

Oczywiście, że nie. Gość sięga po ostatnie, rozpaczliwie sztuczki, by mnie złamać. Rodzina, najbliżsi, najbardziej kochani. Nie oszukujmy się, nic na mnie nie ma, dlatego stosuje najskuteczniejsze metody. Dla ogółu. Ja nie jestem ogółem. Jestem odstępstwem od wszystkiego. Ci, którzy wiedzieli, że przeżyję mogli pomyśleć, by wcześniej pozbawić mnie życia.

Teraz było już za późno.

— Jak tam chcesz. Im mniej współpracujesz, tym bardziej on cierpi.

Mam szczerą ochotę rzucić mu wyzywające spojrzenie. Niech udowodni. Nawet nie zna jego imienia. Nic o nim nie wie. Powstrzymuję się tylko dlatego, że muszę ciągnąć tą grę. Dawać im głupią nadzieję, że mnie złamią. Naiwność.

— Mogłabyś chociaż coś zjeść. Odmawiasz posiłku od miesiąca.

Teraz bawi się w dobrego glinę. Jeszcze nie wyczerpał się limit jego pomysłów? O to nie muszę się martwić. Niedługo znów tu przyjdzie z nowymi sposobami, nadzieją i zapałem. Może jednak dużo mu płacą. Ciekawe, ile? I skąd on bierze tą całą motywację? Kupuje ją gdzieś hurtowo?

— Zaczynasz mnie martwić. Myślisz, że ten twój książę z bajki cię uratuje?

To raczej coś na kształt głodówki. Umiem radzić sobie sama, poza tym szczury naprawdę doceniają chleb i nieokreśloną papkę. Na ten moment wystarczy mi kranówka. Żyję myślą, że on jest bezpieczny. Mam nadzieję, że nie odchodzi od zmysłów. Musiałam zniknąć tak nagle...

Znikanie w tym zawodzie jest normą.

— On ma jakieś imię?

Kiedy to w końcu do niego dotrze? Nie zamierzam odpowiadać. Nie sprawię mu satysfakcji tym, że zawsze wygrywa. Kłamstwo nie jest dobrym punktem oparcia dla życia.

— Ty w ogóle masz jakieś imię?

Prędzej, czy później wszyscy o to pytają. I mam i go nie mam. Imię nie ma znaczenia. Pozornie przypisuje mu się jakąś wartość, ale tak naprawdę nie gra żadnej roli. Bardziej ogranicza: daje jakiś argument w umysłach innych. Stajesz się kimś, tymczasem lepiej być nikim. To bardziej opłacalne. Potrafi uratować życie.

— Nie zamierzasz ze mną rozmawiać, tak?

Bingo. Potrzeba było dwudziestu ośmiu dni, sześciu godzin i trzydziestu minut. Lepiej późno niż wcale.

W końcu też mój rozmówca wstaje, przechodzi przed lampą i krzyżuje ręce na piersi. Podobnie, jak dobijany zwierz nie chce poddać się zbyt łatwo.

— To niekulturalnie, by nie odpowiadać, jak pytają.

Zabawa w wyrzuty sumienia też nie daje efektu. Już dawno nauczyłam się je ignorować. Przez tę całą rozmowę udało mi się wypocząć i oczyścić umysł.

— Dobrze, wygrałaś.

Ogarnia mnie niepohamowana radość. Mogę pozostać z własnymi myślami i wspomnieniami. Oddaję się im. Są przyjemniejsze niż gołe, puste ściany i światło lampy. Może nie wszystkie. Właściwie, tylko części z nich. Reszta jest naznaczona śladami gorszych dni, ale to tylko przeszłość. Przykra, smutna. To już nigdy nie wróci. Nie dopuszczę do tego.

A tu niezaskakujące zakończenie. Miłego dnia! (Bez takiej miny! Nigdy nie pojawiają się tu pełne opowieści a i linka do Mistrzyni Milczenia nie wstawię - jak ktoś będzie chciał to znajdzie)

Ps. Takie pamiątki można z plaży ze sobą zabierać (oszlifowany przez wodę kawałek szkła) razem z własnymi śmieciami, oczywiście:

sobota, 10 lipca 2021

Na marginesie (2,5)

……………….

W przerwie pomiędzy podróżami z Vernem (na litość, jak można tłumaczyć imiona zagranicznych pisarzy! (albo, co jeszcze gorsze, bohaterów (wolę jednak Johna Dolittle, niż Jana Dolittle) – to tak bez kontekstu mi się przypomniało) należałoby chyba wpaść na kanapę. Jak się trzymamy? Całkiem dobrze, czy skrycie pojawia się pragnienie udania się na Plutona (wspaniałe miejsce, tylko długo się jedzie i zimno jak nie wiem)? Ale, wracając na Ziemię.

Ah, no tak, dwa i pół. Jakoś ta dwójka, sama z siebie przeskoczyła do tytułu poniższego tekstu, a mam nadzieję, że sobota doprowadzi do zaskakująco małego nim zainteresowania. Ma w sobie coś osobistrzego (bardziej, niż osobistego), ale żadnych wyjaśnień.

 

Dwoje w sacrum

Myślę o pędzie. O szale szumiącym w uszach, zagłuszającym regularny stukot. O nieprzebranej zieleni umykającej sprzed oczu, ścieżce ograniczonej jedynie horyzontem. Może tak naprawdę o niczym nie myślę. Może tak naprawdę nie istnieję jako część świata, który też nie istnieje. Tak bardzo do siebie pasujemy: ja i marzenie, którego nie mam prawa mieć. A jednak jesteśmy. Oboje, wbrew normom, logice i losowi.

To zabawne, jak świat jest pełen światów. Są tylko na wyciągnięcie ręki i można natychmiast przejść z jednego do drugiego. To banalnie proste. Wystarczy spojrzenie, trochę zrozumienia, synteza widzenia.

Myślenie o pędzie jest inne. Bezmyślnie podrzuca mi obrazy wypychające słowa z umysłu. Jest pęd. Jest świat. Jest cisza i rytm.

O czym myślisz?

Przeskakuję z jednego świata w drugi, w siadła skomplikowanej analizy. Rozumiem stany, słowa, gesty, myśli, tony, dźwięki, kolory, zapachy, ruchy, faktury, ciepło i zimno, zło i dobro, logikę oraz jej brak. Tego jest tak dużo. Zalewa moje postrzeganie, zasnuwa mi mgłą danych oczy.

Podrap mnie. Ty tak dobrze to robisz.

Dotyk i ciepło zmusza mnie do koncentracji. Do ograniczenia świata, uwagi, postrzegania, do niewielkiej przestrzeni. Odbieram tę maleńką część.

Nasza komunikacja umyka poza granice werbalności. Wymyka się skupionemu na dźwiękach człowiekowi. Tej istocie, która twierdzi, że nie ma od niej doskonalszej. Błąd. Sama w sobie nie ma nic z perfekcji. Zamknięta i zadufana w sobie jest co najwyżej cymbałem odbijającym własny, pusty dźwięk. O jej wartości, w istocie stanowi to, jak potrafi współistnieć. Jak funkcjonuje poza własnym, osobistym światem: w społeczeństwie.

Stado – a więc oscylujemy w określeniach przypisywanych zwierzętom. Społeczeństwo sprowadza się do stada a nazwanie czegoś odzwierzęco nie ma w sobie nic ujmującego. Dla ludzi. Zwierzętom jest to prawdopodobnie obojętne. Ale, czy doprawdy, nie jesteśmy podobni w całym owczym pędzie, wyścigu szczurów, małpowaniu i puszeniu piór, do zwierząt? Mimo, iż ich działania wydają się odrzucające, tak naprawdę sami je powielamy. Czy to nie napawa refleksją? My, wielcy ludzie, którzy uznają nazwanie zwierzęciem za urazę, zachowują się właśnie tak, że nie należy im się inne określenie?

Można by pomyśleć o osobnikach, którzy zrzucając maski wyższych istot zniżyli się do poziomu pozbawionych ludzkich odczuć podmiotów. Tych, którzy czerpali dziką radość z mordu, bólu i cierpienia. Którzy uśmiechem witali współgatunkowca doprowadzonego na skraj wytrzymałości. Prawdopodobnie nawet dla zwierząt byłoby ujmą nazwać takiego człowieka jednym z nich.

Co się stało? Dlaczego drapanie ustało?

Koniecznie muszę zapomnieć o wiekopomnych myślach. O bzdurach generowanych przez szarą tkankę, syntezę marnych idei. Kim jestem, by rozdzielać sąd nad nieznanym? Kim jestem, by łudzić się, że mam wgląd w czyjś umysł? W końcu kim, by wyrażać własne zdanie? Pokornym błaznem, nieszczęsnym Piotrusiem z czarną, dużą łzą na białej twarzy. Łzą nie za miłość, a niezrozumienie. Kim jestem, by mówić takie rzeczy? Pyłkiem targanym żałosnym wiatrem natchnienia. Drobinką, która ktoś przytłoczy swoją wielkością i rozkażą jej zniknąć. Tylko pyłkiem, małym pyłkiem. Niczym.

Jesteś tu. Ja jestem z tobą.

___

Warto zostawić ciszę na myśli i dopowiedzenia

Miłego dnia

  • O nas
  • Kontakt
  • Pomoc
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
  • © 2021 nakanapie.pl
    Zrobione z {} na Pradze Południe