Recenzja książki Miasto pożeraczy Deszczu

Pożeracze Deszczu, czyli jak przypomniał o sobie mój lęk wysokości

· 2011-04-29
Przyznam się Wam bez wstydu – mam straszliwy lęk wysokości. Nie pamiętam już, kiedy zaczęłam go odczuwać – miałam może 5-6 lat. Po prostu pewnego dnia, gdy stałam na balkonie mojego rodzinnego domu, spojrzałam w dół i poczułam, jak uginają się pode mną kolana, a po plecach przebiega dreszcz strachu. Od tamtego czasu unikam wszelkich kładek bez poręczy, przepaści i nieogrodzonych tarasów tudzież dachów. Nawet chodzenie po górach, choć bardzo to lubię, przestaje mi sprawiać przyjemność, gdy muszę pokonywać bardzo strome odcinki… Ba, nawet samo wyobrażenie sobie jakiejś stromizny czy spaceru po linie wywołuje we mnie lęk.

Czy można się więc dziwić, że przez pierwsze strony powieści Thomasa Thiemeyera „Kroniki poszukiwaczy niezbadanych światów. Miasto Pożeraczy Deszczu” przebrnęłam z trudem? Wszak ta znakomita powieść przygodowa zaczyna się od sceny karkołomnego spaceru po wąskim występie skalnym tuż nad głęboką, mierzącą niemal 2 tysiące metrów przepaścią gdzieś w Andach. Na dodatek ów spacer w gruncie rzeczy okazuje się ucieczką, podczas której każdy krok ma wagę złota. Przed kim ucieka tajemniczy mężczyzna, stąpający po niebezpiecznie wąskiej półce skalnej? I czy uda mu się uniknąć zagrożenia?

Jak dobrze, że już kilka stron dalej można przenieść się choć na chwilę do gwarnego i znacznie bezpieczniejszego Berlina z końca XIX wieku. Po ulicach tego miasta grasuje sympatyczny młodociany złodziejaszek, Oskar Wegener, utrzymujący się z wyławiania portfeli z kieszeni przechodniów. Jeszcze nie wie, że tym razem w zakamarkach płaszcza tajemniczego nieznajomego, znajdzie nie tylko pieniądze, lecz także zaproszenie do wielkiej przygody w Ameryce Południowej…

Czy Oskar podejmie ryzyko związane z wyprawą do Miasta Pożeraczy Deszczu w towarzystwie ekscentrycznego badacza podającego się za nieślubnego syna wielkiego Humboldta, karaibskiej szamanki Elizy oraz uroczej, acz nieco przemądrzałej siostrzenicy swego potencjalnego chlebodawcy, Charlotty? Kim jest człowiek znad przepaści i jakie będą jego dalsze losy? A może na poszukiwanie niezwykłego miasta wyruszy ktoś jeszcze?

Znalezienie odpowiedzi na te i wiele innych pytań zajmuje trochę czasu, bo książka Thiemeyera – jak na porządne dzieło przygodowe przystało – to solidne tomiszcze liczące blisko 400 stron. I bardzo dobrze się składa, bo strony te zapełnione zostały prozą przyjemną, dobrze napisaną oraz wciągającą. Nie ma tutaj niepotrzebnych dłużyzn, akcja toczy się wartko, a bohaterowie mają wszelkie predyspozycje ku temu, by zarówno starsi, jak i młodsi czytelnicy obdarzyli ich sympatią. Do tego dodać należy ciekawe wstawki dotyczące historii plemion żyjących w Ameryce Południowej czy znakomite sceny obrazujące podejście szacownych naukowców berlińskich do wszelkich nowinek naukowych – pełne komizmu, podszytego jednak gorzką ironią i – jak mniemam – niewiele różniące się od stosunków panujących także obecnie w rozmaitych naukowych gronach…

Wymienione czynniki sprawiają, że szybko przestałam zastanawiać się, czy wypada w moim sędziwym, bo bliskim już ryczącej trzydziestki, wieku sięgać po dzieła dla tzw. odbiorcy młodzieżowego. Książka Thiemeyera broni się bowiem zarówno jako lektura dla młodego czytelnika, jak i jako dzieło dla nieco starszego wielbiciela literackich przygód. Pobudza ona wyobraźnię – oczyma duszy widzi się już niemal ekranizację tej opowieści, zapierające dech w piersiach peruwiańskie krajobrazy, szaleńcze pościgi oraz efektowne sceny walki. Zachęca też do podejmowania samodzielnych poszukiwań internetowych (sama ładnych kilka godzin spędziłam, buszując po sieci i zapoznając się m.in. z tajnikami pisma węzełkowego), bawi i wciąga, obiecując na dodatek równie ciekawy ciąg dalszy – bo przecież nie wszystkie tajemnice z „Miasta Pożeraczy Deszczu” zostały wyjaśnione… Mam tylko cichą nadzieję, że kolejne tomy obejdą się bez opisywania owych zawrotnych wysokości i drażnienia w ten sposób mojej maleńkiej fobii. W końcu szalone przygody można również przeżywać bliżej ziemi, prawda? ;)

P.S. Jeśli kiedykolwiek ktoś podejmie się ekranizacji „Kronik…”, pospieszę z wnioskiem o obsadzenie w roli Carla Friedricha Hugha Jackmanna. Ktoś mnie poprze?
Książka Miasto pożeraczy Deszczu
Miasto pożeraczy Deszczu
Thomas Thiemeyer
Młody i sprtytny berliński złodziejaszek niespodziewanie staje się uczestnikiem awantirniczej wyprawy jakby żywcem wziętej z pasjonujących go powieści przygodowych. W doborowym towarzystwie wyrusza w ...
Komentarze

Zobacz także

Berlin, 1893 rok. Oskar jest berlińskim złodziejaszkiem, który pewnego dnia okrada dziwnego jegomościa i ucieka. Kilka minut później tajemniczy mężczyna odurza chłopca biały proszkiem, przez co Oskar ...

Nowe recenzje

Książka Rozmowy z psychopatami. Podróż w głąb umysłów potworów

Kolejna pozycja światowej sławy kryminologa. Tym razem pogrzebiemy w mrocznych zakamarkach psyche psychopatów. Christo...

Książka Jedyne wyjście

Do „Jedynego wyjścia” Ryszard Ćwirlej nie był mi znany. Jego nazwisko kojarzyło mi się głownie z kryminałami i powieści...

Książka 365 dni

Skoro wziąłem się za lekturę niniejszego wolumenu, warto przytoczyć znany cytat Rohan, my Lord, is ready to fall. ...

{}