Oto koniec opowieści o Soicie i Bhlaghu, kapłanach-kochankach, łamiących zakazy bogów, skazanych na wypełnianie tego samego przeznaczenia w każdym wcieleniu. Tym razem wraz z Nawojką (teraz Dobromiłą) przenosimy się do czasów współczesnych. Religia katolicka już nie tłamsi wiary przodków. Co więcej, przybywa wyznawców starych bogów, podczas gdy wiara w jedynego Boga na Łysej Górze blednie niczym sierpniowe słońce, powoli wkraczając w swą jesień życia. Dobromiła nie chce parać się czarami, nie chce walczyć z bogami. Weles nie jest już wrogiem. Wszystko, co przeżyła w poprzednich wcieleniach, staje się pożywką dla nostalgii i specyficznego smutku. Dobromiła jest stara i ma nadzieję, że to już jej ostatnie wcielenie.
Jednak dola i błędy przeszłości dają o sobie znać w przedziwny, krwawy sposób. Ktoś umiera. Ktoś próbuje skłócić ludzi. Dobromiła, niczym panna Marple, zaczyna szukać, pytać i śledzić. Czy ma to wszystko związek z dawną wojną między katolikami a rodzimowiercami - kończącą się zawsze w ten sam sposób, od wieków powtarzając schemat?
"Starucha" to sentymentalna książka. Stare minęło, nowe już dawno się wykluło i teraz panoszy się po kątach, zamiatając marzenia i strachy. Jak to jest wspominać przeszłość, gdy straszliwie łupie w plecach, stopy są tak opuchnięte, że nie można ich zmieścić w butach, a z gardła dobywa się kaszel świadczący, że bliżej nam do zimy niż do wiosny? Jednak Dobromiła jest wiedźmą. Która pomimo, że przysięgła sobie nie czarować, zbacza z tej ścieżki i na nowo bełta w kotle wiary i nadziei, odkrywa, że nadal kocha magię, a stare być może minęło, ale wciąż rozlega się po kościach dźwiękiem, który rozpoznałaby nawet po smierci. Dobromiła, kiedyś Soita, kiedyś Nawojka... a wraz z nią - jej dawne adwersarki, miłości, przyjaciółki... Svietlana - archetyp ofiary, kiedyś Vasilina. Emanuel, mamuni syn, kiedyś jej brat Sieciech. I on, Bhlagh. Jej dawna miłość, do której Dobromiła nie boi się już przyznać, przed nikim, nawet bogami.
"Starucha" to godne zwieńczenie Gołoborza. Historia zatacza krąg. Być może jest to ostatnie wcielenie Soity, być może nie - ale nic już nie jest takie samo. Aleksandra Seliga potrafi poruszyć czytelnika. Podając mu na tacy wszystko, co mogło być, wraz z całym bagażem tego co się zdarzyło. Weles zakopał topór wojenny, a miłość wygrała. Ale czy to wystarczy? Soita jest zmęczona. Przeżytymi tragediami, wiedzą, latami, które przyciskają ją do ziemi.
W zasadzie... czas udać się do Nawii. Połączyć się z Matką.
Oddać stery magii nowym pokoleniom. I już nigdy nie pozwolić bogom zabrać sobie tego, co naprawdę ważne.