Recenzja książki Byłem gorylem Gomułki i Gierka

Goryl poniżej oczekiwań

WYBÓR REDAKCJI
KR
@krzysztof.skowronski · 2019-10-09
Po “Byłem gorylem Gomułki i Gierka” sięgałem z wielkim zaciekawieniem, nie mając co prawda pojęcia o autorze tej książki – Stanisławie Sątowiczu. Spodziewałem się odartego z wszechobecnej dziś mitologizacji tamtych czasów opisu smaczków i kulisów pełnienia, jak mi się zdawało, strategicznej i elitarnej służby ochrony najważniejszych osób w Państwie. Miewam wrażenie, że obraz po-stalinowskiej PRL jest przedstawiany w literaturze wciąż, jakby Polska Ludowa upadła przed chwilą. Ton temu obrazowi narzuca pokolenie Solidarności, z którego wywodzą się moi rodzice. Sam jednak pamiętam niewiele z tamtych czasów, zaś dla młodszych ode mnie ludzi dorosłych jest on już czymś niemożliwym do wyobrażenia. Stąd też wywodziłbym potrzebę ukazania historii tamtych lat i ludzi, którzy tworzyli ówczesną rzeczywistość w sposób autentyczny, bez dramatyzowania i kreowania aury tajemniczości. W końcu nie ma już SB, przeszukań, bibuły. Czy tego chcemy, czy nie bohaterowie tamtych lat, z obu stron barykady przetrwali w równie dobrym stanie zawieruchy dziejowe. Stąd też o PRL-u trzeba nam opowiedzieć ciekawie, porwać, zaintrygować i ukazać paralelę do świata współczesnego. W końcu to globalny trend: uwielbiamy cofać się w czasie i wyobrażać sobie nas samych w rzeczywistości naszych rodziców, czy dziadków.

Emerytowany kapitan BOR (formalnie MO) Stanisław Sątowicz już we wstępie zaznacza, że jego opowieść będzie chaotyczna i pozbawiona chronologii. Szkoda. Ten chaos narracji momentami zniechęca do jej przyswojenia i jest jednym z kilku elementów psujących odbiór całości. Trudno jest mi też zrozumieć taką koncepcję, o ile faktycznie była celowa. Skoro osiemdziesięcioletni już, pozbawiony formalnego wykształcenia autor nie był w stanie udźwignąć ciężaru napisania książki może lepszym pomysłem byłby wywiad rzeka? Nie znalazł się chętny dziennikarz? Tu na myśl przychodzi mi świetne świadectwo tamtych czasów „Przerwana dekada”, czyli zbiór rozmów Janusza Rolickiego z Edwardem Gierkiem. A może wystarczyłaby pomoc rodziny? Czytając Sątowicza rodzi się w tym względzie jeszcze jeden poważny problem. Najwyraźniej nikt nie odradził mu nachalnych wtrętów quasi-publicystycznych związanych z obecną rzeczywistością. „Dziś jeden człowiek, nazwijmy go pierwszym sekretarzem komitetu PiS, jak jakiś kacyk z afrykańskiego buszu, decyduje o wszystkim, nie mając ku temu żadnych plenipotencji” - takich płytkich komentarzy nie brakuje w całej książce, ten jednak szczególnie utkwił mi w pamięci ze względu na swój dziwaczny, rasistowski wydźwięk.

Momentami uderzają też błędy edycyjne, tudzież rażące nieścisłości samej narracji. W jednej anegdocie na przykład Gomułka jest postrzelony w lewą nogę, by za chwilę zostać jednak trafionym w prawą. Język, który mógłby przecież dodać opowieści realizmu, chwilami wywołuje zażenowanie. Choćby wtedy, gdy autor mówi o chodzeniu po pracy na… „bzykanko”. Ciężko to wytłumaczyć prostotą, czy brakiem wykształcenia Sątowicza, gdy zestawi się go ze świetnie spisanymi wspomnieniami, mrocznej skądinąd postaci z tamtej epoki – Albina Siwaka („Od łopaty do dyplomaty”). Same anegdoty potrafią być ciekawe, choćby wtedy, gdy autor wspomina wizytę w Polsce Charlesa De Gaulle’a i problemy ze znalezieniem dla niego odpowiednio długiego łóżka w Pałacu w Wilanowie, który w części służył niegdyś za pokoje gościnne Rady Państwa PRL. Sam swego czasu słyszałem historię prowizorycznego przedłużania łóżka dla mierzącego nieomal dwa metry wzrostu przywódcy Francji, okazuje się jednak, że Sątowicz był w to zaangażowany osobiście. Te interesujące wspomnienia mieszają się jednak z trywialnymi „wypełniaczami”. Momentami zaś autor przywołuje opowieści z drugiej ręki, nieomal na zasadzie „znam kogoś, kto mówił, że…”. Moje ulubione ustępy w tym względzie to: historia zbiegłych z jakiegoś zgromadzenia zakonnic, które miały szukać pomocy w budynku KC PZPR, bo… znały go z pocztówek oraz anegdotka o Walentynie Tierieszkowej spotykającej grzybiarza w lesie koło Łodzi i zabierającej podarowanego przezeń prawdziwka do Moskwy. Litości, panie Stanisławie!

Poza wszystkim jednak książka Sątowicza ukazuje - czasem pomiędzy wierszami - bardzo smutny, acz realistyczny obraz kulisów władzy z tamtych czasów. I choćby dlatego, warto być może jednak po nią sięgnąć. Autor bez skrępowania opisuje swój awans, podobno bezpośrednio z sierżanta na porucznika (dodając: „z pominięciem podporucznika”) otrzymany za to, że… dobrze jeździł motocyklem. Aż chce się przytoczyć wyświechtaną frazę „Nie matura, lecz chęć szczera…”. Warto przy tym zaznaczyć, że bardzo tutaj brakuje opisu procesu szkolenia w ówczesnym BOR, Sątowicz wspomina o nim jedynie przez chwilę. Czytając dalej jednak nie zdziwiłbym się, gdyby takiego szkolenia właściwie w ogóle nie było. Wspominanie jednak o sytuacjach typu zabranie służbowej wołgi z Warszawy na przejażdżkę na festiwal do Sopotu, albo po prostu wożenie się służbowym wozem na „tańce” świadczy o żenującym i – jak się zdaje – systemowym braku profesjonalizmu. Mocno daje do myślenia, gdy opisujący podobne sytuacje autor kontestuje czasy obecne. Otóż – drogi czytelniku! - kiedyś to było lepiej, bo często w ogóle się jeździło z najważniejszymi osobami w Państwie bez sygnałów świetlnych i dźwiękowych, a dzisiaj to nawet „do sracza” (sic!) mknie się na bombach i „wydaje fortunę” na ochronę domu każdego posła – nota bene bzdura. To ostatnie wspomina Sątowicz w kontekście „posterunku” ochrony przed domem Gierka w Katowicach umieszczonego we fiacie 125p, który całą noc zwykł stać zimą z uruchomionym silnikiem, aby siedzący w środku funkcjonariusze mogli się ogrzać. I trudno tutaj tłumaczyć to wszystko faktem, że w latach siedemdziesiątych były inne standardy. Przecież to już jest era terroryzmu! Sam autor opisuje, skądinąd niezwykle ciekawy wątek zamachu bombowego na Gomułkę (sprowadzony niestety do krótkiego ustępu). Warto tu przytoczyć jeszcze jedno wspomnienie o tym, jak Sątowicz w dniu poprzedzającym nocną służbę udał się ze służbową bronią podrywać dziewczyny do jednej z podwarszawskich miejscowości (to nie żart) i potem z tejże broni postrzelił przypadkowego awanturnika na peronie stacji kolejowej.

Gdy powyższe zestawiamy ze wspomnieniami o służbach radzieckich, mających – jak rozumiem – odcinać polskiej ochronie na jej własnym terenie dostęp do przywódcy kraju, kiedy ten spacerował z Breżniewem to wyłania się wizerunek smutny i zawstydzający. Cytując, współczesnego klasyka „państwo z dykty”. I zupełnie szczerze to bardzo mocny obraz PRL-u. Darzący sentymentem Polskę Ludową chcieliby ją widzieć w czasach Gierka, jako silnego gracza w Europie wschodniej, o nieomal mocarstwowych ambicjach. Z drugiej strony hagiografowie opozycji demokratycznej kreślić będą obrazy bezwzględnej i perfekcyjnie zorganizowanej dyktatury. Czytając Sątowicza, który spędził wiele lat u boku przywódców PRL, trudno się oprzeć wrażeniu, że to było Państwo – delikatnie to ujmując – niepoważne. Czytając lubianego u nas Suworowa miałem nieraz wrażenie, że gdy gdzieś w tle pojawia się u niego komunistyczna Polska to ma on do niej i „jej ludzi” duży dystans, nie darzy ich estymą. I chyba faktycznie, po upadku stalinizmu, Polska Rzeczpospolita Ludowa była krajem administrowanym przez ludzi zupełnie przypadkowych, pozbawionych kompetencji, często zwyczajnie głupich. Czy tak chciał ZSRR? Czy państwa satelickie miały być takimi właśnie „Bantustanami”, z którymi Wielki Brat może w dowolnej chwili zrobić, co chce? Dryfujemy w kierunku teorii spisku, ale opowieść Stanisława Sątowicza akurat tutaj daje dużo do myślenia.

Poza wszystkim u Sątowicza bywa momentami „i śmieszno, i straszno”. Wedle relacji autora, bliski współpracownik Gomułki – Stanisław Trepczyński miał w czasie „wydarzeń marcowych” rzekomo nazwać biorącego udział w protestach studenckich własnego syna… skurwysynem. Innym razem Sątowicz opisuje ze szczegółami opis funkcjonowania czegoś w rodzaju klubu dla swingersów z erotycznym live show w Sztokholmie i trudno w tym wątku odnaleźć jakiekolwiek odniesienia do ogólnej narracji. Ilustracje są wielce słabą stroną tej publikacji, czasami są to dziwnie ujęte graficznie wycinki ze starej prasy, czasami faktycznie ciekawe fotografie przedstawiające autora z opisywanymi postaciami, a część z nich to przeróżne dokumenty Sątowicza. Dość zabawna była dla mnie Legitymacja Emeryta Milicyjnego z 1977 roku, której autor, jak mogą dostrzec czytelnicy nigdy nie podpisał. Ergo: była nieważna. To oczywiście tylko szczegóły, nie ratują one jednak całości. Miłośnicy historii służb specjalnych zapewne powinni sięgnąć po tą publikację, bo takich relacji jest bardzo mało, szczególnie w temacie ochrony VIP. Z drugiej strony jeśli interesuje Cię po prostu historia PRL to daruj sobie Sątowicza, bo nie znajdziesz u niego nic porywającego. I stwierdzam to z żalem, bo liczyłem na zdecydowanie więcej. 
Ocena @krzysztof.skowronski:
serce
← polub, jeżeli recenzja Ci się spodobała
Książka Byłem gorylem Gomułki i Gierka
Byłem gorylem Gomułki i Gierka 3 /10
Stanisław Sątowicz
W słynnym, hollywoodzkim filmie „Na linii ognia” agent grany przez Clinta Eastwooda urasta do roli h...
Komentarze

Nowe recenzje

Książka Trzecia terapia

Wiele osób potrzebuje czasem terapii, aby oczyścić się z problemów nie tylko emocjonalnych, ale też tkwiących głęboko w...

AM
@malgosialegn
Książka Odnaleziony portret

„Bądź optymistką. Wiarą można pokonać wszelkie trudności”. Oficer niemiecki w stanie spoczynku, Jorg, przybywa do Św...

AM
@malgosialegn
Książka (Nie)Sława

„Ich życie to jeden wielki układ ...” Większość z nas zapewne sobie wyobraża, że świat celebrytów jest taki nieskazi...

AM
@malgosialegn