Recenzja książki Wysprzątane miejsce

Polsko-francuski niedosyt

· 2011-05-04
Kiedy dotykam po raz pierwszy kartek jakiejś książki, przez opuszki moich palców przebiega impuls podobny do elektrycznego, nieco przyjemny, nieco zaś – niepokojący… Przypomina to nieco wrażenie, jakiego doznaje się, gdy po raz pierwszy złączy się swoją dłoń z dłonią kogoś bardzo bliskiego: mieszaninę niepewności, podniecenia i radości. Czy ten pierwszy kontakt przyniesie miłość od pierwszego zdania? Czy może rozczarowanie? Czy zapamiętam tę szczególną fakturę papieru i zechcę do niej wrócić kiedyś, pewnego dnia?

Z e-bookami jest inaczej. Mniej intymnie. Komputer odziera czytelnika z możliwości fizycznego kontaktu z książką, jej kształtem, zapachem, szelestem przewracanych stronic, możliwością śledzenia dotykiem każdego zagięcia papieru… Czasami nawet – odbiera nam znacznie więcej. O ile bowiem książki w tradycyjnej formie podlegają zazwyczaj redakcji oraz korekcie, o tyle z e-bookami różnie bywa – nie zawsze wydawca znajduje czas i środki na przeprowadzenie odpowiednich zabiegów kosmetycznych na tekście i w efekcie otrzymujemy wirtualną książkę pełną błędów czy niekonsekwencji…

Do tych refleksji skłoniła mnie lektura książki Ryszarda Rychlickiego pod tytułem „Wysprzątane miejsce”. Wydana w formie e-booka pozycja roi się wprost od błędów, zarówno na poziomie tekstu, jak i składu. I nie idzie mi tu wyłącznie o pisowniane kwiatki w stylu wszechobecnych „chedchanterów”, czyli – jak mniemam – łowców głów (z ang. head hunters), lecz również o rozmaite potknięcia już na podstawowym poziomie interpunkcji, o sierotach, wdowach i innych błędach technicznych nie wspominając.

Szkoda. Naprawdę szkoda, bo opowieść, którą prezentuje Rychlicki czytelnikom, zasługuje moim zdaniem na oprawę znacznie lepszej jakości. Historia Polaka, który po kilku latach spędzonych we Francji, dokąd wyemigrowali jego rodzice w latach osiemdziesiątych, wraca do rodzinnego kraju, by w jego stolicy rozkręcić filię zatrudniającej go firmy, i który wędrując po rozgrzanych, sierpniowych ulicach, usiłuje znaleźć lub choćby na nowo zdefiniować swoje miejsce na ziemi, okazuje się całkiem wciągająca, choć wspomniane niedoskonałości tekstu przesłaniają niekiedy cały jej urok. Trudno jednak skupiać się na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy ambitnemu kierownikowi z tendencjami do zachowań godnych prawdziwego macho uda się na czas skompletować zespół pracowników, znaleźć biuro i rozpocząć działalność, by zadowolić wymagającego i czujnego szefa, czy przelotna znajomość z recepcjonistką hotelu na Mazowieckiej przerodzi się w głębszą relację, czy może poszukującego szczęścia w Warszawie reemigranta dopadną demony z przeszłości i jaką rolę w jego historii odegrają dwaj kumple z dawnych lat, Robert oraz Artur… Trudno, ponieważ lekturę zakłócają wspomniane już potknięcia.

Dodatkową przeszkodę stanowi również fakt, iż książka nie została podzielona na rozdziały. W moim odczuciu taki podział znacznie ułatwiłby czytanie, zwłaszcza, że akcja rozgrywa się w trzech nakładających się na siebie planach. Pierwszy z nich to plan teraźniejszy, warszawski, pełen kurzu i sierpniowego upału – świat hotelu na Mazowieckiej, agencji łowców głów oraz biur do wynajęcia. Z tej rzeczywistości bohater często przeskakuje do świata przeszłości – zarówno tej polskiej, sprzed emigracji, jak i francuskiej, której kapłanką pozostaje – niczym widmo dawnej miłości – Małgorzata. To plan drugi. A poza nim istnieje jeszcze trzeci – wyrażający się w rojeniach bohatera literacki tryb przypuszczający. To świat tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby… Czy się jednak wydarzy, nie wiemy, zaś konstrukcja powieści Ryszarda Rychlickiego nie ułatwia bynajmniej poszukiwań odpowiedzi na to pytanie.

Dlaczego – mimo wszystko – oceniam tę powieść pozytywnie? Dlatego, że zasługuje na to z kilku względów, a owe względy przeważają nad wymienionymi wadami. Po pierwsze zatem – mimo zagmatwania, wywołanego występowaniem kilku planów, opowieść o perypetiach pana kierownika w hotelu na Mazowieckiej i najbliższych tegoż hotelu okolicach ujmuje i zaciekawia. Po drugie, dużą zaletę „Wysprzątanego miejsca” stanowi narracja, zwłaszcza w nieco onirycznych wizjach tego, „co by było, gdyby…”, dotyczących zwykle perypetii mitycznego mitomana – Artura. Szczególnie cenna jest też wszechobecna ironia i autoironia narratora, ujawniająca się choćby we fragmentach, które na potrzeby tej recenzji określiłabym mianem „toaletowo-spłuczkowych”, czy też w arcyzabawnym, choć nieco kontrowersyjnym zapisie fonetycznym francuskich dialogów i wtrętów. Sprawia ona, że ten średnio przecież sympatyczny typ, potrafiący chłodno kalkulować, jak skończy się jego randka z uroczą recepcjonistką, jednocześnie bez większych wyrzutów sumienia wspominając porzuconą we Francji kochankę, jawi się czytelnikowi jako całkiem sympatyczny, nieco tylko zagubiony we własnej egzystencji mężczyzna. Po trzecie wreszcie – powieść Rychlickiego należy docenić jako interesującą analizę psychiki emigranta i reemigranta, jego zmagań z przeszłością oraz wizjami przyszłości, z własną polskością wreszcie.

Marzy mi się, że ktoś dopadnie zatem książkę Rychlickiego, zrobi jej solidną redakcję i korektę, a później – wyda raz jeszcze. „Wysprzątane miejsce” zasługuje na to z pewnością. Podobnie, jak czytelnicy.
Książka Wysprzątane miejsce
Wysprzątane miejsce
Ryszard Rychlicki
Czytelnicy piszą: ...Główny bohater zawiązujący filię w Warszawie występuje w charakterze macho i to podwójnego bo notorycznie ignoruje standardowe zachowania przyjęte w takich sytuacjach. Dlatego mac...
Komentarze

Nowe recenzje

Książka Pożegnanie z sobą

Aby móc przekonać się o tym, jak mocne mamy charaktery, osobowość, odwagę, uczciwość wobec samego siebie nie zdając sob...

Książka Ktoś tu kłamie

Dobry thriller to taki, który wciąga i sprawia, że czytelnik z dreszczem emocji i niepokoju w szaleńczym tempie przerzu...

Książka God mode

Oj, poszalały panie autorki. Kulturoznawczyni i filolog klasyczny. God mode – tryb boga, nieśmiertelność. Kusiła mni...

{}