„Każda książka, którą przeczytałam, zostawiła we mnie na pewno ślad.” - wywiad z Magdaleną Sobotą

Autor: Justyna Szulińska ·7 minut
Artykuł sponsorowany
6 dni temu 3 Polubienia
„Każda książka, którą przeczytałam, zostawiła we mnie na pewno ślad.” - wywiad z Magdaleną Sobotą

Od premiery Pani pierwszej książki - “Ogród zły” minęło już trzy lata. Czy ta premiera sprawiła, że poczuła Pani wiatr w żaglach i większą chęć na przekazywanie swoich dzieł czytelnikom?

 

Jeszcze jak! Odbiór mojego debiutu był dość pozytywny, to na pewno podbudowało moją pewność siebie jako autorki książek. Do tego wszystkie wiadomości i komentarze, z których wynikało, że ludzi naprawdę interesuje dalszy ciąg fabuły, dały mi niesamowitą motywację do tworzenia. Już nie byłam sama z bohaterami, tylko się nimi podzieliłam – to jednocześnie wielki stres, ale i radość. 

 

W wywiadach zawsze podkreśla Pani, że pisanie jest w Pani od zawsze. Co zatem zdecydowało, że wyda Pani “Ogród zły”?

 

Złożyło się na to kilka czynników. „Ogród” był pierwszą książką, którą zdecydowałam porozsyłać po wydawnictwach jako propozycję. Przedtem nigdy nie podchodziłam do tego tak poważnie, albo porzucałam projekty, albo nie nadawały się – według mnie – do pokazywania publicznie. W przypadku „Ogrodu” w sumie namówiła mnie przyjaciółka, której zdanie okazało się przeważające w tej sprawie. Po prostu uparła się pewnego dnia, że muszę spróbować, i dzięki temu uwierzyłam, że to ma sens.

 

A czy Pani perfekcjonizm w jakimś stopniu utrudnił pisanie i wydawanie książek?

 

Utrudniał, utrudnia i będzie utrudniać, to nie ulega wątpliwości. Zwłaszcza, gdy chodzi o pisanie, bo w procesie wydawniczym nie mogę aż tak grzebać, jakbym czasem chciała. Bywa, że zdania dosłownie ze mnie płyną, wtedy nie ma problemu, ale zdarza się też, że wszystko muszę poprawiać po piętnaście razy, aż sama się na siebie złoszczę.

 

W wywiadach wspomina Pani, że powieści pisały się niejako same. Czy w takim razie losy Herminy Wasylik miały być z założenia serią czy zamysł zmieniał się podczas tworzenia? 

 

Pierwotnie „Ogród” był zamkniętą całością, ale zaraz po podpisaniu umowy wydawniczej padła propozycja, żebym spróbowała napisać kontynuację. Wzbraniałam się trochę przed tym, nie lubię rozciąganych na siłę historii, ale sama się zaskoczyłam, bo kiedy usiadłam do wstępnej wersji „Złotych kwiatów”, poszło niesamowicie łatwo. To pewnie trochę kwestia tego, że bohaterowie już byli zarysowani, świat nie wymagał kreowania od zera, tak zawsze jest prościej. A jeśli chodzi o fabułę, wskoczyła na miejsce sama, dlatego nie żałuję, że podjęłam wyzwanie i zdecydowałam się na stworzenie kolejnych części.

 

Często z seriami bywa tak, że jeśli czytelnik nie zacznie od pierwszej części to zniechęca się  do czytania reszty. Pani zastosowała sprytny zabieg - w drugiej części wspomina Pani wydarzenia z pierwszej na tyle, by czytelnik zrozumiał kontekst zdarzeń. Nie wyjaśnia Pani jednak wszystkiego. Czy trudno się w ten sposób pisze?

 

Starałam się nie odnosić zanadto do fabuły z pierwszej części książki, skupić tylko na tym, co aktualnie działo się w „Złotych kwiatach”, ale konieczne było zachowanie pewnej ciągłości. Z tego względu uznałam, że faktycznie udzielę kilku wskazówek w kluczowych miejscach, zwłaszcza dlatego, że sama jako czytelnik często przypadkiem sięgam po drugą albo trzecią część, zanim przeczytam pierwszą. Wiem, jakie frustrujące jest to, że trafia się w sam środek zdarzeń i nie ma się pojęcia, o co chodzi. Niestety, w przypadku serii, w której wydarzenia dzieją się w niewielkim przedziale czasowym i na siebie wzajemnie wpływają, trudne było wyważenie tych właśnie wskazówek i stworzenie płynnej, niezależnej akcji. Nie chciałam przesadzić, zresztą wychodzę z założenia, że jeśli odbiorca, który nie zna „Ogrodu” zechce, to po niego sięgnie i wtedy pozna Herminę trochę lepiej. Na pewno odnoszenie się do zdarzeń już opisanych, w taki sposób, by jednocześnie nie znudzić czytelnika, który je zna, i tego, który nie zna, było dość trudne, ale myślę, że było warto – na to wskazują recenzje. Natomiast nie zawsze taki zabieg da się wprowadzić, z czego aż za dobrze zdaję sobie sprawę.

 

W “Złotych kwiatach” porusza Pani trudny temat złożoności psychiki ludzkiej. Pokazuje Pani  osobę chorą psychicznie poprzez jej bardzo różne relacje z najbliższymi osobami. Mam wrażenie, że chciała Pani pokazać, że osoby cierpiące na choroby czy urazy psychiczne wymagają od otoczenia trochę więcej, że nie można ich oceniać jednoznacznie. Czy mam rację?

 

Tak, celna uwaga, że nie można ich jednoznacznie oceniać. Chciałam, w zakresie moich skromnych możliwości, pokazać, że nic w przypadku chorób – i fizycznych i psychicznych – nie jest proste. Oprócz tego, że wpływają na samego chorego, dotykają także osób mu bliskich, całego otoczenia, co jest trudne do zaakceptowania, ale ta akceptacja jest niezbędna w procesie leczenia. Bohaterki książki postępują w różny sposób, czasem dyktowany problemami natury psychicznej, czasem nie, jednak dążyłam do tego, aby czytelnik nie postrzegał ich jedynie przez pryzmat schorzeń. Skupiłam się zwłaszcza na procesie leczenia, wychodzenia z problemu, radzenia sobie, złożonym i długotrwałym, ale wartym poświęceń. Na tym mi zależało.

Coraz rzadziej, na szczęście, traktuje się zaburzenia i choroby psychiczne jak wymysł, jak coś zależnego od osoby na nie cierpiącej. Nie jestem ekspertem w tym zakresie, ale jedno wiem na pewno: jeśli coś może pomóc w tym bardzo delikatnym i trudnym temacie, oprócz rozwoju medycyny, to wzrost świadomości społecznej. Odróżnienie lenistwa, braku apetytu, zmian w charakterze od poważnych problemów, na które trzeba reagować natychmiast.

 

 

Zżyła się Pani z bohaterami serii? Może ma Pani swojego ulubionego?

 

Oczywiście, że się zżyłam! Były tygodnie, kiedy spędzałam z nimi więcej czasu niż z własnym mężem, więc to nieuniknione. Choć niektórzy irytowali mnie tak samo, jak czasami on ;)

Bardzo lubię Cezarego i Bartka Stonsdorfera. Doskonale pisało mi się też postać Liwii. Ale moim ukochanym bohaterem, którego było w „Złotych kwiatach” jak na złość bardzo mało, jest Mikołaj Myszkin. Tak jest od początku i chyba się nie zmieni.

 

Ponoć Pani ulubionym pisarzem jest Stephen King. Czy jest jakaś jego książka, która wywarła na Pani niezapomniane wrażenie? 

 

Jednym z ulubionych, obok Bułhakowa i Sapkowskiego. Są dwie książki Kinga, do których mogę wracać w nieskończoność i za każdym razem mam identyczne odczucia: To i Billy Summers.

Jeśli chodzi o To, jest najbardziej przerażającym portretem ludzkiej natury, jaki znam. Z tej powieści bije czysta groza, co według mnie jest zasługą, prócz mądrze wykreowanego antagonisty, wybitnej kreacji bohaterów. Oprócz fabuły i ciarek, które mam podczas czytania, cenię w Tym nostalgię, magię, które King umiejętnie łączy z najbardziej przerażającymi wydarzeniami. To taka słodko-gorzka mieszanka, w której dzieci walczą z potworem, ale to nie oznacza, że dzieci są jednoznacznie dobre, a potwór – zły. 

Co do nowszej powieści, Billy Summers, podchodziłam do niej niepewnie, ale ostatecznie podbiła moje serce. To już nie groza, tylko kryminał z dużą dawką obyczaju. I znowu pochwalę zwłaszcza bohaterów, więc chyba wychodzi na to, że to właśnie z powodu zdolności do ich kreowania tak lubię Kinga. Billy Summers całkowicie zmiażdżył mnie na polu emocjonalnym.

 

Świetnie buduje i utrzymuje Pani napięcie w swoich książkach. Czy jest to wpływ twórczości właśnie Kinga?

 

Mam nadzieję! Myślę, że każdy autor czerpie, i to zupełnie nieumyślnie, z dzieł twórców, których podziwia. Nie chodzi mi o plagiat, rzecz jasna, tylko o subtelne wpływy cudzego stylu, naleciałości zaczerpnięte całkowitym przypadkiem, pewną wrażliwość. Każda książka, którą przeczytałam, zostawiła we mnie na pewno ślad, niezależnie od tego, czy była według mnie dobra czy średnia, czy dobrze ją pamiętam, czy nie. Być może akurat King nauczył mnie, jak budować napięcie, albo przynajmniej znalazłam w jego powieściach jakieś wskazówki. To bardzo miła myśl.

 

A czy ktoś realnie udzielał Pani wskazówek jak pisać? Brała Pani udział w warsztatach? Ktoś oceniał Pani teksty?

 

Nie, nigdy nie uczestniczyłam w warsztatach, chociaż doceniam ich wartość. Moje teksty oceniała przede wszystkim przyjaciółka – ta sama, która namówiła mnie do rozesłania debiutu – i jej krytyka pozwoliła mi się rozwinąć literacko. Dzięki niej przebudowałam częściowo narrację, dodawałam elementy, które dla mnie samej były niepotrzebne, ale dla odbiorcy, który nie siedział w mojej głowie, jednak okazywały się konieczne. Jeszcze w liceum duży wpływ na mój styl pisania miała polonistka, która bardzo dużo czasu zainwestowała w omawianie ze mną wszelkich esejów, wypracowań i krótkich opowiadań. A teraz doszły do tego wszelkie oceny czytelników moich książek, którzy je recenzują.

 

Czy w związku z tym, że wydaje Pani więcej książek wzrosła Pani rozpoznawalność?

 

Chyba przez to, że nie mam talentu do budowania marki w mediach społecznościowych, nie jestem szczególnie rozpoznawalna ;) Ale kiedyś rozmawiałam z koleżanką, która – nie wiedząc, że jestem autorką „Ogrodu” – poleciła mi go, mówiąc, że odkryła świetny polski kryminał. Bardzo miłe uczucie.

 

Zdanie wypowiedziane przez Myszkina na końcu tomu drugiego rozbudza oczekiwania czytelników na kolejną część. Czy już powstała i czy znane są jakieś szczegóły jej wydania?

 

Książka już powstała. Nosi tytuł „Róże cmentarne” i czeka na wydanie, które prawdopodobnie nastąpi jeszcze w tym roku!

 

Świetna wiadomość! Czekamy z niecierpliwością.

Bardzo dziękuję za wywiad.

 

Justyna Szulińska

 

× 3 Polub, jeżeli artykuł Ci się spodobał!

Komentarze

© 2007 - 2024 nakanapie.pl