nakanapie.plKonkursyPrzygoda z dreszczykiem

Przygoda z dreszczykiemKonkurs

Konkurs książkowy - Przygoda z dreszczykiem
KONKURS ROZWIĄZANY
Krew w Waszych żyłach najbardziej zmroziły historie @phd.joanna, @rainestrella95, @Elfik_Book. Gratulujemy!

@rainestrella95@rainestrella95@phd.joanna@phd.joanna@Elfik_Book@Elfik_Book
Lubicie historie z dreszczykiem? My tak, ale co innego o takiej poczytać, a co innego taką przeżyć. Tu już nie jesteśmy tacy odważni, chociaż każdy z nas w redakcji ma takie przeżycie na koncie. A Wy? Przeżyliście przygodę mrożącą (lub lekko chłodzącą) krew w żyłach? Jeśli tak, to opiszcie ją w komentarzu.

Na trzy historie, które zdobędą najwięcej Waszych głosów czekają pakiety książek:

Regulamin konkursu

    Odpowiedzi

     

    Przeżyłam coś, co zmroziło mi krew w żyłach, a nawet doprowadziło ze strachu, do łez...

    Było to co najmniej kilkanaście lat temu, nie pamiętam ile dokładnie. Pewnego dnia pokłóciłam się z mamą, a może z rodzeństwem. Chciałam pobyć sama, z dala o wszystkich więc, mimo iż właśnie się ściemniało, wybiegłam z domu. Mieszkam niedaleko mojej cioci. Akurat tak się złożyło, że zostawiła otwarty samochód, więc niewiele myśląc weszłam do niego i w en sposób chciałam się schować. Siedziałam, tam dość długo, aż w pewnym momencie zasnęłam. Kiedy się obudziłam, było już zupełnie ciemno, a nikt nadal mnie nie szukał. Podniosłam się z tylnego siedzenia i rozejrzałam. Cisza i spokój.

    Aż w pewnym momencie, patrząc przez okno, zobaczyłam jak drogą sąsiada zmierza do góry, jakaś osoba jakby z latarką. Z początku wydawało mi się to zupełnie normalne, po czym osoba ta, zupełnie jakby mnie zauważyła, zaczęła zmierzać na przełaj w moją stronę. Nie było to możliwe, dla zwykłej osoby, aby tak szybko i w ten sposób pokonywać nierówny teren, na skos. Nagle dotarło do mnie, że to nie może być żywy człowiek,  że to, co wydawało mi się być w pierwszej chwili latarką, okazało się być tak naprawdę świecącą w ciemności postacią, która zmierzała w moim kierunku. 

    Niewiele myśląc, wyskoczyłam z samochodu i zaczęłam biec tak szybko, jak pozwalały mi na to nogi i adrenalina we krwi, w stronę domu. Dopadłam drzwi i zaczęłam szarpać klamkę, udało mi się wejść do kotłowni, bo najwyraźniej rodzice zapomnieli jej zamknąć i opadłam na podłogę, przy drzwiach do dalszej części domu.  Do domu nie mogłam wejść, bo najwyraźniej wszyscy gdzieś wyszli. Pomyślałam, że już po mnie, że ta istota mnie zaraz dopadnie. Zaczęłam się trząść ze strachu i płakać. Czułam się nieco bezpieczniej, ale potem nagle uderzyła mnie myśl, że przecież duchy potrafią przechodzić przez ściany, czy drzwi... Więc na nic moja kryjówka w kotłowni.

    Nagle, drzwi do kotłowni się otwarły, a ja wstrzymałam oddech...

    Okazało się, że to moi bliscy wrócili. Fala ulgi zalała całe moje ciało.

    ....

    Potem dowiedziałam się, że tego wieczoru zmarł, jeden z naszych sąsiadów... 

    29-03-2021 13:14

    Któregoś dnia postanowiłam po południu wybrać się na spacer po Starym Mieście. Z akademika mam na satrówkę około pół godziny drogi i stwierdziłam, że nie ma sensu jechać tramwajem na spacer :) To była zima, więc powoli robiło się już dość mrocznie, ale ozdoby bożonardzeniowe nadawały fantastyczny klimat. Ulice były puste, mimo że to główna droga. Szłam radosna i oczarowana atmosferą i poczuciem, że już niedługo wrócę do domu na święta. Kawałek za mną szedł jakiś mężczyzna. Nie zwracałam w ogóle na niego uwagi, ponieważ to raczej popularna droga do wielu miejsc. Minęło może dwadzieścia minut i postanowiłam skrócić drogę i przejść przy moim wydziale. Wtedy pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że to dość dziwne, że po takim czasie w tym samym miejscu i ten mężczyzna skręcił. Zaczęłam się niepokoić, ale nadal racjonalizowałam, że to zwykły przypadek. Schodki zaczęły się, gdy weszłam w labirynt małych staromiejskich uliczek i... on szedł nadal za mną. Wtedy górę wzięła już panika... Przyśpieszyłam kroku, ale... On nadal był za mną i to coraz bliżej. Uliczek nie było aż tak wiele, by grać w kotka i myszkę, ale on szedł dokładnie tak jak ja. Trwało to parę minut, ale wreszcie skończyło się gdzieś po dwóch skrętach moim panicznym biegiem i wpadnięciem do pierwszego możliwego sklepu, któym był akurat Rossman. Nie mam najmniejszego pojęcia, czy po prostu spanikowałam i wiele sobie dopowiedziałam, czy też naprawdę mężczyzna miał jakieś niecne zamiary wobec mnie. W tej chwili to nie ma już znaczenia, bo po prostu uciekłam, ale chyba nigdy nie zapomnę tych kilku krótkich uliczek, które zamieniały się w mojej głowie w kilometrowe tory przeszkód. I ta panika, która najpierw paraliżowała, a później podpowiadała tylko jedno: UCIEKAJ! 

    29-03-2021 11:25

    Moja przygoda z dreszczykiem zaczyna się zwyczajnie. Wracałam z pracy do domu. Było już późno, bo rodzice przeciągnęli zebranie... Byłam zmęczona. Wysiadłam już z autobusu i szłam do domu, marząc o najnowszej książce, która leżała przy łóżku, kiedy usłyszałam jakieś jęki. Było ciemno, w pobliżu nikogo nie ma, a tu ktoś jęczy... Co byście zrobili na moim miejscu? Nie należę do specjalnie odważnych, ale zdecydowałam się sprawdzić. Wołałam, czy ktoś tu jest? Ale nikt mi nie odpowiedział. Byłam coraz bardziej zdenerwowana. Wydawało mi się, że ktoś mnie woła, że ktoś jęczy. W głowie natłok myśli, że to jakaś ofiara, że coś się stało, że nie wolno mi tak jej zostawić... Zdecydowałam się, że zaryzykuję. Szłam wolno i serce waliło mi jak młot. Nagle, zobaczyłam czarną kupkę nieszczęścia. Jak można być tak podłym!? To była moja pierwsza myśl. Tak, to był pies...Cały zakrawiony, chudy, brudny... Nie wiem, jaką ma przeszłość. Ale tego dnia zyskał dom, a ja kolejnego przyjaciela.

    Oto on - Kacper - ofiara skatowana przez człowieka. Zdjęcie wykonane przez mnie na podwórku obok mojej suni Hery. Kacper odżył i jest szczęśliwy. Nie wiemy, ile ma lat. Ale nauczyłam się, że warto zaryzykować. Pomimo strachu!

    27-03-2021 14:46

    Bzzz, bzzz. Szybko otworzyłam oczy i odsunęłam od siebie kołdrę. Nasłuchiwałam. Bzzz, bzzz. O nie, jest tutaj! Jak?! Przecież... zgasiłam światło i okna są przymknięte! Bzzz, bzzz. Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do pokoju rodziców, oboje mocno spali. Co robić? Przebierałam nogami w miejscu, w końcu postanowiłam zaszyć się pod kołdrą. Wróciłam do łóżka, zakryłam się możliwe jak najszczelniej. Po minucie już zaczęło mi brakować powietrza, więc wystawiłam chociaż nos, żeby lepiej oddychać. A jeśli ugryzie mnie w nos? Szybko ukryłam się cała. Nie wytrzymam, jest za gorąco. Próbowałam zasnąć pomalutku ściągając z siebie kołdrę, gdy nagle usłyszałam jeszcze głośniejsze... Bzzz, bzzz. No nie! Pomachałam w desperacji rękami przed twarzą. Dlaczego to musiało zdarzyć się mnie?! Chwila ciszy i znów - bzzz, bzzz. Poderwałam się, zapaliłam światło. Zlustrowałam cały pokój, ale krwiopijcy ani śladu. Zgasiłam światło. Bzzz, bzzz. Na granicy szaleństwa znowu pobiegłam do rodziców. "Tato", ostrożnie obudziłam ojca, "tato, coś jest w moim pokoju". Nieprzytomny poczłapał do mojej sypialni, pstryknął kontakt, ale również niczego nie zauważył. "Tato, słyszałam go! Musisz mi uwierzyć, ja nie zasnę, póki go nie zabijesz" błagałam. Rozejrzał się jeszcze raz, ale nic to nie dało. Zaraz wpadł na pomysł, jak mnie spławić i wrócić do przerwanego snu. Podał mi swój walkman, słuchawki i poradził, żebym zasnęła słuchając muzyki. Wzięłam sprzęt nieprzekonana i wróciłam do łóżka. Wcisnęłam PLAY, poleciała składanka polskich szlagierów. Bzzz, bzzz - usłyszałam pomiędzy jedną piosenką a drugą. "Wydaje mi się, wydaje mi się, wydaje mi się" powtarzałam w myślach, jak mantrę, przycisnęłam jaśka do głowy i z całej siły starałam się zasnąć, aż w końcu mi się to udało.

     

    Obudziłam się ze słuchawkami rozrzuconymi na poduszce, z rozładowanym odtwarzaczem... i wielkim swędzącym bąblem na uchu. 1:0 ty wredny komarze...

    27-03-2021 09:29

    To był mój pierwszy obóz harcerski. Jako najmłodszy zastęp nie miałyśmy łatwo. Przyszła kolej na naszą wartę. Z koleżanką z zastępu wylosowałyśmy tę między 2 a 4 nad ranem.  Ciepło ubrane i uzbrojone w latarki zajęłyśmy miejsce na wartowni. Co jakiś czas trzeba było samotnie obejść obozowisko i zwracać baczną uwagę na plac apelowy, by nikt nie ukradł totemów lub nie związał flagi.

    Pamiętam jak z bijącym z trwogi sercem robiłam samotnie obchód, uwierzcie – dla dziesięciolatki było to wielkie przeżycie! Chwilę po powrocie na wartownię, usłyszałyśmy z koleżanką jakiś dźwięk. Za zeribą było widać  niewyraźny kształt.  Przestraszone spoglądałyśmy na siebie. Pomyślałam, że może to dzik i  uda się go przepłoszyć. Niewiele myśląc, chwyciłam jakiś solidny patyk  i rzuciłam w stronę kształtu.  Usłyszałyśmy przytłumiony dźwięk i potem nastała cisza. Jakoś wytrwałyśmy do rana.

    Nazajutrz na porannym apelu druh oboźny kazał nam wystąpić i opowiedzieć co się wydarzyło podczas warty.  Cały obóz się śmiał, tylko chłopcy z najstarszego zastępu mieli niewyraźne miny. Okazało się, że wpadli na pomysł by nas wystraszyć i ukryli się pod kocem za ogrodzeniem.  Nie sądzili, że będziemy się bronić. Skończyło się na śmiechu i podbitym oku u jednego druha. Chłopcy za karę musieli kopać dół na latrynę, a naszemu zastęp zyskał szacunek.

    26-03-2021 18:50

    Więc jakoś w grudniu rok temu pracowałam w weekend w kościele jako zachrystianka. Ta piękna funkcja polega na tym, że otwieram i zamykam kościół, przygotowuję do mszy itp. Więc o 17.30 przychodzę do kościoła, aby otworzyć kościół przed wieczorną mszą świętą. W nawie ubrany był już żłobek i była świąteczna atmosfera. Wchodzę do zachrystii, ogarniam pierwsze rzeczy do zrobienia i później przechodzę do zapalania bocznych świateł. Wraz z światłami włączało się zasilanie, do którego podłączone było kilka rzeczy. Słyszę na kościele głos dziecka. "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Pierwsza myśl "*** zamknęłam w kościele dziecko!". Chwilę później myślałam, ale kamery by zarejestrowały ruch i alarm by się włączył, czyli jakiś duch czy coś. Przerażenie i psychika siadają. Po chwili racjonalnego myślenia i włączeniu wszystkich możliwych świateł dowiedziałam się, że aniołek do którego się wrzuca pieniązki, aby zaśpiewał jakąś kolędę robi takie powitanie za każdym razem, gdy się włączy prąd. Zawał na miejscu, dochodzenie do siebie trwało dość długo. A wszyscy takie "Ola dobrze się czujesz? Taka blada jesteś." A ja tylko lekki uśmiech i widzę ten moment, gdy naprawdę myślałam, że zamknęłam dziecko w kościele...

    25-03-2021 21:52

    Choc "sytuacja", która wydarzyła się u nas w mieście jest straszna - to jest także przykra... Małe miasteczko, wszyscy się znają, wszędzie dojdziesz piechotą... Osiedle bloków czteropiętrowych. Wakacje, przyjemna pogoda, wszędzie chodzą ludzie. I scena, która wydarzyła się na klatce schodowej w jednym z tych bloków... Mężczyzna - odrzucony przez kobietę, napadł na nią na klatce...z nożem. Zadał jej kilkadziesiąt ciosów nożem... Zabił ją... Nikt nie wyszedł, choć było słychać jej krzyki na klatce... Nikt się nie odważył pomóc... A morderca (bo inaczej go nazwać nie można)  zszedł do piwnicy...popodcinać sobie żyły... Go uratowali. Jej nie. Ślady krwi zdobiły ścianę klatki schodowej. Policja, prokuratura, karetki... Scena jak z filmu. W małej miejscowości. I my wracający z wakacji i mieszkający piętro wyżej, od miejsca gdzie to się wydarzyło... Nie mogliśmy wejść do domu. Gdy zabrali ciało, dopiero pozwolono nam przejść do mieszkania.I ta scena, tej klatki schodowej w krwi, ślady jej palców zakrwawione na ścianie... I to uczucie, że przechodzimy przez miejsce - gdzie przeszło godzinę temu mężczyzna z miłości zabił kobietę... Scena jak z filmu, uczucie paniki i strachu przez wiele tygodni, gdy trzeba było wyjść z mieszkania i przejść przez to miejsce...

    24-03-2021 21:55

    2007 roku dojeżdżałam na studia do Poznania samochodem, pewnego dnia z chłopakiem stwierdziliśmy, że kopniemy się pociągiem dla frajdy. W drodze powrotnej z uczelni na pociąg szliśmy pieszo była piękna pogoda tego dnia. W pewnym momencie się rozdzieliliśmy i umówiliśmy się na miejscu. Byliśmy w kontakcie telefonicznym. W pewnym momencie dostałam od chłopaka SMS, ze mam szukać Policji hak dojdę na PKP, zdenerwowałam się i zadzwoniłam odrazu do niego co się dzieje. Biegłam jakieś 15 minut bo tyle zostało mi czasu aby być na miejscu, rozglądałam się wszędzie za glinami ale żaden się nie pojawił. Wpadłam w panikę, prze drzwiach na PKP 4 osoby stały i się  zozglądały dziwnie, pamiętam tłumy tego dnia przy kasach. Mój chłopak przez telefon zadawał zdawkowe pytania tak żeby nikt się nie zorientował o czym rozmawia ze mną do końca nie wiedziałam co jest grane, wciąż szukałam Policji wkońcu ich wypatrzyłam. Znalazłam chłopaka stał z jakimiś dwoma chłopakami, nigdy w życiu ich nie widziałam na oczy. Pięknie się przwitali jak byśmy się znali, potem mój chłopak witając się ze mną na ucho mi przekazał że koleś ma z boku nóż i chce jego telefon a on mu go nie da. Potem usłyszałam czy widziałam jeszcze jakieś podejrzane typki i kiwnęłam, że tak czterech. Okazało się że byli ogromną ekipą, zaczęli nam obu grozić nożem i nim wieijać, uderzył mojego chłopaka jeden z nich w twarz, zaczęłam głośno mówić bo wśród nas było mnóstwo ludzi. Ludzie zaczęli się interesować, wypatrzyłam policjantów i zaczęłam krzyczeć, że grożą nam nożem. Chłopacy zaczęli uciekać.  Mięliśmy nieźle nasrane w gaciach. Po tej akcji stwierdziłam że nigdy się już nie rozdzielimy bo zawsze pojedyncze osoby takie typki wypatrują i je atakują. Mieliśmy też dużo szczęścia że nic nam się wielkiego nie stało, chłopak troche poturbowany i lekko przecięta kurtka, ale na szczęście nic poza tym. Jak na wszystko trzeba zwracać uwagę będąc w wielkim mieście nawet wśród tylu ludzi.

    24-03-2021 16:44

    Moja znajoma opowiedziała mi kiedyś swoją historię "mrożącą krew w żyłach". Mieszka ona na trzecim piętrze w bloku, jest osobą samotną. Pewnego dnia rano leżąc jeszcze w łóżku zauważyła, że drzwi do jej balkonu się otwierają. Przestraszyła się i pomyślała, że to pewnie złodziej. Złapała za kapeć (nie wiem co ona chciała nim zrobić :) ). Drzwi otwierały się coraz bardziej, ale nikogo nie było widać. Postanowiła więc rzucić pantoflem w stronę drzwi, ale to nic nie dało (tylko tyle że straciła swoją jedyną obronę). Powoli wstała, gotowa na wszystko. Nagle wyskoczył na nią... nowy kot sąsiadki z boku, który nie mógł wejść do mieszkania swej właścicielki. Wiem, że koleżance mało brakowało by mieć niespodziankę w "gaciach".

    24-03-2021 15:09

    Pewnego razu, musiałam zostać z małym dzieckiem sama na noc. Przez cały dzień towarzyszył mi dziwny niepokój. Co chwila zaglądałam w kąty pomieszczeń, sama nie wiem czego szukając. Nadeszła godzina 21, dziecko smacznie spało już w łóżku, a ja poszłam nastroić sobie coś do jedzenia. W pewnym momencie usłyszałam jakieś dziwne szuranie. Jakby ktoś skrobał pazurami o podłogę. Byłam pewna ze mały się obudził i zaczął się bawić. Wchodzę do pokoju, a on śpi. Nawet w tej samej pozycji co wcześniej. Sprawdziłam więc wszystkie okna czy na pewno są zamknięte, wchodziłam do każdego pokoju ale nie znalazłam źródła tego dziwnego dźwięku. Minęło może 10 minut jak usłyszałam mlaskanie. Serce podeszło mi już wtedy do gardła, już miałam ubierać małego i wyjść z nim na zewnątrz. Stwierdziłam jednak że lepiej poszukać źródła. Wzięłam telefon i wstałam z łóżka. Dźwięk dochodził jakby z szafy. Chwile trwało zanim odważyłam się otworzyć drzwi. To co zobaczyłam, sprawiło że zachciało mi się śmiać. W szafie siedział mój kot. Naprawdę nie wiem jak się tam dostał, byłam pewna że wszystkie wypuściłam na noc na zewnątrz. I przez kota prawie nasikałam w majtki. Tyle strachu o nic. 

    24-03-2021 11:39

    Na fali dofinansowania termomodernizacji budynków z funduszy Unii Europejskiej do projektu zakwalifikowano także kamienicę, w której od wojny mieszkała prababcia. Piwnica używana była od zawsze; do przechowywania w niej ziemniaków, kiszenia tam kapusty, trzymania słoików z przetworami. Była dość niskim pomieszczeniem z łukowatym sklepieniem i ciężkimi poniemieckimi drzwiami, które miały uczynić z niej miejsce schronu na wypadek nalotów wroga. Od wojny minęło kilkadziesiąt lat, przewinęły się pokolenia dzieci, wnuków i prawnuków, panów z administracji i inkasentów spisujących liczniki. Dopiero w trakcie dopełniania formalności związanych z ociepleniem budynku (UE wymaga stosu dokumentów!) przyjrzano mu się bliżej. Przy próbie oceny stanu fundamentów odsłonięto część ściany poniżej poziomu parteru. Okazało się, że w ścianie są liczne „schowki”, które głębokością sięgają pomieszczeń kondygnacji podziemnej. Przy delikatnym uderzeniu młotkiem od strony piwnicy prababci w wyznaczonym wcześniej miejscu naszym oczom ukazała się ukryta w ścianie półka, a na niej metalowy głęboki talerz ze swastyką na dnie oraz pożółkłe zdjęcia kalekiego mężczyzny w niemieckim mundurze w towarzystwie młodej kobiety z dzieckiem na rękach. Od tamtego dnia mężczyzna ze zdjęcia nawiedza mnie regularnie w snach mówiąc po niemiecku "ręcę do góry, wróciliśmy". W pozostałych skrytkach sąsiedzi znajdowali głównie osobiste listy i zdjęcia. Innych skarbów nie było. Czyżby Niemcy schowali te rzeczy w nadziei, że wrócą? Nie wiem. Ale otworzyło mi to oczy na fakt, że II wojna światowa otacza nas nie tylko w pamięci najstarszych pokoleń.

    23-03-2021 10:39