Recenzja książki Londyńska makabra

Balia jadu czyli brak szacunku dla czytelnika

@Maynard@Maynard · 2011-03-29
Lubię gdy na rynku literackim coś się dzieję. A jeszcze bardziej lubię gdy dany gatunek literacki rozwija się, rozgałęzia i meandruje niczym niesforna, rwąca rzeka. Lubię również świeże spojrzenia, młode nurty i szeroko rozumiane nowe, literackie fale. Zachęcony nowościami w fantastyce, a szczególnie modą na steampunk, urban fantasy, neo-victoian oraz new weird, z miłą chęcią i dreszczykiem emocji sięgnąłem po najnowszą powieść Stevena Savile’a zatytułowaną „Londyńska makabra”, która zdawała się łączyć wszystkie powyższe gatunki. Jednakże, już sam, prosty do bólu, tytuł nasunął mi dziwne skojarzenia a zajawka z tyłu okładki tylko potwierdziła moje obawy. No ale powiedziałem sobie „nic to” i raźno ruszyłem do czytania. Niestety, moje przypuszczenia potwierdziły się już po kilkunastu stronach.

Choćby nie wiem jak bardzo „weird” byłby cały światowy New weird, książka Savile’a pozostawia konkurencję daleko w tyle i raźno mknie ku mecie, nad którą powiewa wstęga z napisem: „Najbardziej idiotyczna książka wszech czasów”. To prawda, w kategorii największego stężenia idiotyzmów w jednej linijce tekstu, „Londyńska makabra” zasługuje na miejsce na podium. Powieść rozkłada czytelnika na łopatki, depcze po nim a na koniec daje mu mocnego kopa prosto w obnażoną słabiznę. Styl autora jest maksymalnie chaotyczny, dziwny i niespójny, a akcja tak szybka, że może iść śmiało w konkury z niepokonanymi, czarnoskórymi sprinterami.

No ale, dość tych sportowych porównań, przejdźmy do meritum. Fabuła powieści została już dokumentnie streszczona na, wspomnianej wcześniej, tylnej stronie okładki więc tak naprawdę, po zapoznaniu się z nią, dalszą lekturę możemy sobie darować. W wielokolorowej ferii barwnych postaci można pogubić się już po kilku stronach a przez kolejne pięćset nie sposób nawiązać z nimi choćby minimalnej nici przyjaźni. Bohaterowie „Makabry” przypominają ludziki z gier komputerowych lub planszowych i pozbawieni sią kompletnie jakiejkolwiek psychologicznej głębi. Choćby nie wiem jakie super moc posiadali, trudno jest połapać się w ich modus operandi, światopoglądzie i uczuciach. Jeśli chodzi o akcję to pędzi ona niczym oszalała lokomotywa napędzana paliwem rakietowym, a brak jakichkolwiek rozdziałów ( tylko denerwujące ”***”) tylko pogarsza sytuację.

Wszystkie wydarzenia, opisane w powieści, są ponadto tak idiotyczne i nieprawdopodobne, iż nie wzbudzają ani podziwu ani śmiechu a jedynie niesmak. Jedyną, w miarę wiarygodną rzeczą jest tytułowa makabra, która sprawdza się w powieści znakomicie. Sceny rozpłatywania, pożerania żywcem, podrzynania gardeł i innych rewelacji są w książce na porządku dziennym, co stawia „Markabrę” obok „arcydzieł” klasy B panów Barkera i Mastertona, których szczerze nie trawię.

Powyższa, wyzuta z emocji i głębi, konwencja typu „znajdź i zniszcz” doskonale znana jest z gier komputerowych typu FPP i TPP a w szczególności z „Hellgate: London”. Cała fabuła „Makabry”, notabene, osnuta jest wokół podobnych wątków. Wiem, że czepiam się niemiłosiernie, ale cały ten powieściowy fabularny chaos jest wręcz żenujący. Niby mamy grupkę siedmiu Rycerzy Londynu, z których każdy dysponuje innymi mocami, niby mamy mroczne siły no ale, proszę Państwa, wymieszanie w jednym tyglu parunastu wątków w stylu: alchemii, lodowego awatara Królowej Wiktorii, szturmu na Eden, wskrzeszania zmarłych i golema-giganta to jawna kpina z inteligencji czytelników. W tej całej fantastycznej menażerii brakuje tylko Dartha Vadera, Gandalfa i Gumisiów.

Styl i język autora to również lekka żenada. Pędzącą akcję, Savile, upiększa i urozmaica nudnymi i wydumanymi opisami gdzie komasuje niezwykłą ilość archaizmów i pseudo-ezoterycznych zwrotów w stylu „symbole mrocznych procesów kalcynowania i putrefakcji” lub „fosforowy bezoar”. Co gorsza, autor nie zdradza czytelnikom czym są tak naprawdę wszystkie te tajemnicze zwroty i nazwy, myśląc może iż wystarczy upchać nimi powieść niczym świątecznego indyka nadzieniem. Może ktoś się na to nabierze. Na mnie niestety to nie działa.

Nie chcąc utopić „Londyńskiej makabry” w balii pełnej recenzenckiego jadu, muszę wspomnieć o kilku pozytywnych stronach powieści, choć są one głęboko ukryte. Po pierwsze, książka może przypaść do gustu fanom tytułowej makabry i miłośników tzw. powieści odmóżdżającej. Dzieło Savile’a jest również idealne do np. pociągu lub dentystycznej poczekalni, czyta się ekspresowo a po skończonej lekturze nic już nas nie zdziwi i nie przerazi, nawet wiertło do borowania. Trzecim pozytywnym aspektem jest tu niemal nieograniczona wyobraźnia autora, która została spuszczona ze smyczy i radośnie hasa na kartach powieści. Fantasmagorycznymi wizjami z „londyńskiej makabry” można by spokojnie obdzielić kilka książek z gatunku. Co więcej, pogratulować należy autorowi dużej odwagi. Nie jeden autor spokojnie zastanowiłby się nad tym co napisał i nie oddałby tego do druku.

Reasumując, jako fan i koneser fantastyki, który ponadto uważa się za inteligentnego i wrażliwego czytelnika, czuję się przez „Londyńską makabrę” psychicznie zgwałcony. Jest to książka zła, pseudo fantastyczna i po prostu głupia. Z pewnością znajdzie ona swoich odbiorców i może nawet fanów, niemniej jednak ja do nich nie należę. Pomimo kilku pozytywów, książkę czytało mi się z dużym trudem i proces czytelniczy kojarzył mi się z jazdą na rowerze bez siodełka. Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak zakończyć recenzję dwoma, głębokimi słowami: nie polecam.

Książka Londyńska makabra
Londyńska makabra
Steven Savile
{}6.4/10
źle się dzieje w Londynie. Niepokojące wydarzenia następują jedne po drugich. Z innych wymiarów przybywają do naszego świata przerażające istoty. Dobrze, że pogrążające się w chaosie miasto ma swoich ...
Komentarze

Zobacz także

Dziewiętnastowieczny Londyn, ulice i uliczki rozjaśniane gazowymi latarniami, których blask nie dociera w kręte zaułki. To miasto pełne wspaniałych pałaców, kościołów i muzeów, ale także podejrzanych ...

Pozostałe recenzje @Maynard

Książka Wielcy zdrajcy. Od Piastów do PRL

Zdrada to, obok miłości, nienawiści i zazdrości, naturalna cecha ludzkiego charakteru, no może nie każdego i nie zawsz...

Książka Akwaforta

Od dawna, czytając literaturę fantastyczną, natrafiam na wciąż powtarzające się schematy, identyczne szablony, które, ni...

Nowe recenzje

Książka Ja Cię kocham, a Ty miau...

Katarzyna Berenika Miszczuk to pisarka, która już niejednokrotnie zaskakiwała mnie swoimi pomysłami. Doskonale czuje s...

Książka Die Geschichte der Liebe von Tristan und Isolde

Nun ward die Festlichkeit geplant, angekündigt, anberaumt für den Monat in der Blüte, und zwar: sobald der süße Mai be...

Książka Kobieta na krawędzi

Jakby ktoś w połowie książki zapytał mnie, co o niej sądzę, powiedziałabym: "nie zastanawiaj się, czy warto, tylko bi...

{}