Recenzja książki Zakon drzewa pomarańczy

Solidny kawał fantastyki!

WYBÓR REDAKCJI
@maitiri_books_2 @maitiri_books_2 · 2019-11-20
Dwa od dawna nienawidzące się światy. Wschód i Zachód. Inne legendy, wierzenia, religie. Wschód poddał się władzy smoków zrodzonych z wody. Te wspaniałe stworzenia chronią swój lud. Ludzie w nie wierzą, darzą szacunkiem, podziwiają. Smoczy jeźdźcy są nie mniej szanowani wśród zwykłego ludu. Jednym z nich chce zostać Tané. Całe życie przygotowywała się do ostatecznej próby, która ma jej zapewnić miejsce wśród tego elitarnego grona. Ten dzień już lada moment. Jednak w życiu kobiety wydarza się coś, co może przekreślić wszystkie jej szanse, zniszczyć plany i marzenia. Na Zachodzie nie czci się smoków. Ludzie wierzą, że kolejne potomkinie z rodu Berthnet zapewnią im bezpieczeństwo i ochronią przed zagrożeniem ze strony Bezimiennego i jego armii. Jednak ich władczyni, Sabran IX, nie spieszy się do zamążpójścia. Legenda głosi, że tylko wtedy, kiedy urodzi ona córkę, zapewni swojemu królowiectwu ochronę. Sabran nie ma wyjścia, musi odsunąć swoje pragnienia na dalszy plan i podporządkować się wierzeniom i woli ludu. Tylko czy to wystarczy, aby ochronić lud Zachodu? Dodatkowo ktoś czyha na życie Sabran. Ead, damie dworu, skutecznie udaje się wyeliminować skrytobójców, ale to nie koniec walki o życie Sabran. Ead Duryan nie pochodzi stąd. Została wysłana przez tajemniczy Zakon Drzewa Pomarańczy do opieki nad Sabran. Ma chronić ją przed atakami i przed zakazaną magią. Sama ową magią się posługuje, co pomaga jej wywiązywać się z powierzonego jej zadania, ale utrudnia życie na dworze. Nikt nie może tam odkryć jej tajemnicy. Ochrona Sabran nie jest prostym zadaniem i w końcu nie wystarcza. Ze snu po tysiącletniej przerwie zaczyna budzić się Bezimienny. Jest zagrożeniem dla całego świata. Czy w tej sytuacji Wschód i Zachód będą potrafiły pozbyć się wzajemnej wrogości i staną razem do walki z pradawnym wrogiem?

Ach, co to była za książka! 1104 strony wspaniałej przygody, wielu wzruszeń i pięknych przeżyć. Pochłonęła mnie ona bez reszty. Chociaż to moja pierwsza powieść autorki, nie dziwią mnie już teraz zachwyty nad jej poprzednimi książkami. Samantha Shannon stworzyła powieść wielowątkową, z rozbudowanym, ale nie przytłaczającym szczegółami światem, z wyjątkowymi bohaterami i szczyptą magii. Na początku nie było jednak lekko. Pokonała mnie mnogość nowych i dziwnych imion, różnorodność postaci i miejsc. Nie potrafiłam się odnaleźć w tym skomplikowanym świecie. Lecz z uporem maniaka brnęłam dalej i w końcu książka mnie porwała. Do tego stopnia, że nawet jeśli później nie wszystko rozumiałam, kompletnie się tym nie przejmowałam. I okazało się, że słusznie. Bo ostatecznie nie umknął mi żaden ważny wątek, wiedziałam, gdzie jestem i co się dzieje. A jeśli chodzi o bohaterów, bezbłędnie rozpoznawałam, o kim właśnie jest mowa.

Rycerz Odwagi uczy nas przecież, byśmy mówili głośno, gdy inni boją się odezwać.

Jestem oczarowana. Dobrze przemyślaną, wciągającą i zaskakującą fabułą, plastycznym, obrazowym językiem autorki, genialnie skonstruowanymi postaciami i w ogóle całością. A przede wszystkim emocjami, jakie wzbudzała we mnie ta książka. Powieść nie jest łatwa. Trzeba się przyzwyczaić do stylu autorki, poznać bohaterów i dość skomplikowany, ale świetnie wykreowany świat. I warto to zrobić. Początkowo dość leniwa akcja, z każdą stroną coraz bardziej się rozkręca. Mniej więcej od połowy przepadłam i nie mogłam przestać czytać, dopóki nie dowiedziałam się wszystkiego. A jest tego trochę. Sekrety, tajemnice, kłamstwa i niedomówienia, w które autorka wprowadza czytelnika stopniowo. Powoli odkrywa wszystkie karty, splata ze sobą wątki, bohaterów i ich światy. Podobnie rzecz ma się z wielką, ostateczną bitwą, która ma zadecydować o losach świata. Praktycznie przez całą książkę szykujemy się do niej, a kiedy wreszcie ta walka nadchodzi, kończy się bardzo szybko. Pod sam koniec zresztą, akcja jest nie tyle szybka, co galopująca. Poczułam trochę niedosyt po finałowej walce, ale to jedyna rzecz, do której mogę się w książce przyczepić i biorąc pod uwagę całość, jestem w stanie wybaczyć.

Na pochwałę zasługuje sam pomysł na fabułę. Autorka stworzyła swój świat całkowicie od podstaw. I widać pracę, jaką włożyła w konstrukcję świata przedstawionego. Każda z krain jest drobiazgowo opisana i dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Świat przedstawiony fascynuje. Szczególnie odmienne wierzenia, legendy, polityka. I nie wiadomo, które wierzenie jest tym prawdziwym. Która historia opowiadana przez legendy wydarzyła się naprawdę. Nie wiedzą tego bohaterowie, nie wie czytelnik. Do tego jeszcze tytułowy Zakon Drzewa Pomarańczy. Trzeba długo czekać, zanim dowiemy się, co to w ogóle jest i czemu ma służyć. Wiemy jedynie, że Ead Duryan jest jedną z członkiń Zakonu. Ale dlaczego została wyznaczona do ochrony Sabran i na czym w ostatecznym momencie ta ochrona miałaby polegać, tego nie wiemy. Ta tajemnica trzymała mnie przy tej powieści chyba najbardziej. Ale nie tylko. Wątek główny jest tu dość przewidywalny. Uśpione zło budzi się ze snu, podzielone od dawna ludy muszą się zjednoczyć i wspólnie stanąć do walki ze złem. Zanim to jednak nastąpi, dzieje się naprawdę dużo. Spodobał mi się wątek najlepszego przyjaciela królowej, który pod płaszczykiem ważnej misji, został wygnany ze swojego kraju. Wydawać by się mogło, że Lotha i towarzysza, z którym wyrusza czeka śmierć, bo kraj, do którego zmierza, opanowały złe, śmiercionośne smoki. Jednak jemu na miejscu zostaje powierzone ważne zadanie i szybko staje się jedną z kluczowych postaci powieści. Do niego należy jeden z głosów narracyjnych w tej pozycji i przyznam, że ten głos był moim ulubionym. Narracja prowadzona jest również przez trzy inne osoby, dzięki którym zyskujemy spojrzenie na wydarzenia toczące się we wszystkich krainach. Są to Ead na Zachodzie, Tané na Wschodzie i wygnany z Zachodu alchemik Niclays. Ów starszy już człowiek to niezwykle ciekawa postać, ale o nim opowiem za chwilę.

W ciemności jesteśmy nadzy – mówiła dalej Ead. – Przeobrażamy się w swoją najprawdziwszą postać. To w nocy przychodzi do nas największy strach, bo wówczas nie możemy się przed nim bronić. – A on zrobi wszystko, by wsączyć się w nasze serce. Czasem mu się to udaje. Ale strach ma wielkie oczy królowo. Sam tchórzy przed promieniami słońca.

Jak wspomniałam, wątek główny nie jest niczym nowym, ani zaskakującym. Typowe fantasy. Ale, jest tu wiele wątków podocznych, które urozmaicają fabułę, zaskakują niezwykłością i oryginalnością. Chociażby wspomniany już tytułowy Zakon Drzewa Pomarańczy, tajemniczy, intrygujący. Albo Południe, które pojawia się w książce dość późno, jednak odgrywa w niej niemałą rolę. I zachwyca równie mocno. Jednak największą niespodzianką dla mnie był feministyczny charakter książki. Obie główne bohaterki, Ead i Tané, to kobiety silne, twarde, które potrafią walczyć o siebie, o to, co dla nich ważne. Nie dają sobie w kaszę dmuchać. Pewne siebie, zdeterminowane, postrzegające każdą trudność nie jako przeszkodę, ale jako szansę. To bohaterki, które nawet jeśli się potkną, szybko się podnoszą i szukają rozwiązań. To bohaterki, które działają, a nie tylko rozmyślają. Zachowywały się w sposób adekwatny do swojego wieku i nie były oderwane od rzeczywistości, na siłę idealne. Spodobał mi się ich wewnętrzny rozwój. Fajnie się obserwowało, jak się zmieniają, jak poszukują siebie i jak powoli stają się kimś, kim, zgodnie ze swoją naturą, powinny być. Do samego końca nie byłam w stanie stwierdzić, czy je polubiłam, czy wręcz przeciwnie. Szczególny problem miałam z Tané, smoczym jeźdźcem. Nie była krystaliczna. Tuż przed ceremonią, która miała z niej zrobić jeźdźca, tuż przed odniesieniem wielkiego sukcesu, o którym marzyła od dziecka, popełniła błąd. I nie dość, że ukryła ten błąd przed światem, to, jak się okazało później, nie zrobiła tego z dobrych pobudek. Mało tego, przez jej egoizm poważnie ucierpiały inne osoby, w tym jej najlepsza przyjaciółka. To taka postać, która ma krew na rękach i chociaż autorka robiła wszystko, aby dało się obdarzyć ją sympatią, nie było to łatwe. Nie chcę zdradzać, o co konkretnie chodzi, ale ta sytuacja pokazała, jak bardzo ta dziewczyna stawia tylko na siebie, jak idzie po trupach do celu, dosłownie. Podobne odczucia miałam względem Niclaysa. Doktor Roos to barwna postać, której charakter trudno jest jednoznacznie określić. Bohater ten jakoś specjalnie nie ewoluuje, ale zmienia się w zależności od okoliczności. Jest jak chorągiewka na wietrze. Poznajemy go jako wygnanego przez Sabran IX doktora, który od czasu wygnania mieszka na Orisimie, dobrze strzeżonej wyspie, prowincji Seiiki. Nie żyje mu się tam źle, ale nie jest to poziom do jakiego przywykł na dworze. Stara się wynaleźć eliksir młodości i z nim powrócić do łask królowej. Jest gotowy na wszystko, aby osiągnąć swój cel. Nie spodobał mi się ten bohater. Niclays to cwaniak, który wykorzysta wszystkich dla dobra swojej sprawy. Troszczy się jedynie o siebie i nie ma skrupułów, aby bez mrugnięcia okiem zdradzić innych, bliskich lub dalszych znajomych. Były jednak momenty, w których go lubiłam. Dlatego, że czasem był człowiekiem współczującym, pomocnym, z sercem na dłoni, uczuciowym. Tym ostatnim szczególnie w swoich wspomnieniach. W ten sposób przechodzę do kolejnego wątku, którego się w tej książce nie spodziewałam, a miło mnie zaskoczył. Otóż, Niclays bardzo chętnie wspomina w powieści swojego kochanka, który już nie żyje. To z nim był najbardziej związany, z nim chciał spędzić całe życie. Wątek LGBT nie był w tym przypadku ani nachalny, ani niesmaczny. Właściwie nie wnosił niczego nowego do fabuły książki, jedynie pozwalał spojrzeć w inny, bardziej łagodny sposób na leniwego pana doktora. Jest jeszcze jedna rzecz, której się kompletnie nie spodziewałam. W pewnym momencie, Sabran i Ead zaczynają się mieć ku sobie. I ta ich relacja jest bardzo fajnie rozpisana. Niespiesznie, delikatnie, ze smakiem. Chociaż myślę, że ta pozycja mogłaby się spokojnie obejść bez osób homoseksualnych, to w żaden sposób nie przeszkadza fakt, że one tam są. Motyw ten jest coraz bardziej popularny w powieściach i dobrze, bo może to sprawi, że świadomość społeczeństwa odrobinę wzrośnie. Mnie on nie rozczarował.

„Zakon Drzewa Pomarańczy” to, w moim odczuciu, bardzo dobra książka. Klasyczne fantasy, któremu niczego nie brakuje, a które dzięki wyeksponowaniu silnych, odważnych, zdeterminowanych, tajemniczych i do tego niejednoznacznych postaci kobiecych, zyskuje na świeżości i oryginalności. Polecam książkę każdemu, nie tylko osobom, które lubią typowe fantasy bez jakichś specjalnych udziwnień, ale z epicką walką, szczyptą magii, przyjaźnią, romantycznym uczuciem i zdradą. Polecam ją również osobom, które chcą rozpocząć swoją przygodę z fantastyką, a nie chcą zaczynać od czegoś bardzo ciężkiego. Ta książka sprawdzi się w tym przypadku idealnie. To jest wprawdzie high fantasy, ale ugłaszczone, bardziej łagodne. Ja jestem książką zachwycona i polecam ją z całego serca.

https://maitiribooks.wordpress.com/2019/11/18/zakon-drzewa-pomaranczy-samantha-shannon/

Ocena @maitiri_books_2:
{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}
{}× 5
{}
Polub, jeżeli recenzja Ci się spodobała!
Książka Zakon drzewa pomarańczy
Zakon drzewa pomarańczy
Samantha Shannon
{}8.6/10
Cykl: Zakon Drzewa Pomarańczy, tom 1
Rozdarty świat. Królowiectwo bez dziedziczki. W trzewiach ziemi pradawny wróg budzi się z tysiącletniego snu. Dom Berethnet włada Inys od stuleci. Wciąż niezamężna królowa Sabran IX musi wy...
Komentarze
@WystukaneRecenzje
@WystukaneRecenzje · 20 dni temu
To kolejna cudowna opinia o tej książce. Mam ją w planach, ale jakoś nam nie po drodze ze względu na gatunek.
{}× 1
Komentarze (1)

Pozostałe recenzje

Wstyd się przyznać, ale ostatnio zaniedbywałam fantastykę. Prawdziwe zatrzęsienie obyczajówek na chwilę zdominowało moją czytelniczą półkę. Gdy zobaczyłam „Zakon Drzewa Pomarańczy”, pomyślałam, że to...

"Zakon drzewa pomarańczy" to ciężka fantastyka, jaką na autorkę przystało. Mając już wcześniejsze doświadczenia z autorką, wiedziałam, że będzie to wymagająca pozycja, nie tylko po liczbie stron. Wst...

Inne recenzje @maitiri_books_2

Książka Kwaśne pomarańcze

„Kwaśne pomarańcze” to zbiór opowiadań, które można traktować jako oddzielne i niepowiązane ze sobą opowieści, a można...

Książka Miłość leczy rany

To moje pierwsze spotkanie z twórczością najpopularniejszej autorki powieści kryminalnych w Polsce. I muszę zaliczyć j...

Nowe recenzje

Książka Oliwkowy szlak

Nie zaznajomiłam się z książkami Carol Drinkwater poczynając od opisu jej oliwkowej farmy. Ta pozycja jest moim pierws...

Książka Ostatni oddech

Kocham ser... jego zapach smak... kocham go w każdym wydaniu. Ale czy można połączyć kryminał z serem... jak się chce m...

Książka Perły rzucone przed damy

„ Starość nie radość , młodość nie wieczność „ Starość się Panu Bogu nie udała – bardzo często takie słowa słyszy si...

{}