Avatar @nemo

@nemo

23 obserwujących. 25 obserwowanych.
Kanapowicz od ponad 2 lat. Ostatnio tutaj około 9 godzin temu.
{} istota_czytajaca
{} Napisz wiadomość
23 obserwujących.
25 obserwowanych.
Kanapowicz od ponad 2 lat. Ostatnio tutaj około 9 godzin temu.

Blog

czwartek, 1 lipca 2021

Na marginesie (1,75)

.

.

.

Do tej drugiej części na pewno kiedyś uda się dotrzeć. Na ten moment to jest Szereg dążący do dwóch i, miejmy nadzieję, kiedyś go w końcu osiągający.

Ostatnie wydarzenia zdają się nastrajać osobę pisząca w ten sposób, że mogłaby robić za czarny charakter w nudnawym, disnejowskim filmie o tym, że można spełniać swoje marzenia (wisienka na torcie klasycznego wyciskacza łez). Specjalność? Zabójczy sarkazm, czarny humor i jakaś sensowna broń (prawdopodobnie żelazny ołówek). Paradoksalnie, by stać się złym trzeba mieć za sobą straszne, wstrząsające wydarzenie albo się takim urodzić. W tym przypadku to raczej ból istnienia, wynik zderzenia się własnych, nadmiernych oczekiwań z rzeczywistością. A nie… tak mniej więcej wygląda background story Jockera (jednego z nich). Z drugiej strony, to też wyjaśnia, czemu osoba pisząca dobrze odnajduje się w roli (na papierze) samotników, buntowników i seryjnych morderców. No ale ja nie o tym.

Pierwszy lipca to jednak szczególny dzień. To nie tylko początek drugiej połowy roku, ale też dzień psa (oraz inne święto dla osoby piszącej, której już szkoda nóg na jego obchodzenie), który międzynarodowo obchodzi się 26 sierpnia. (jeśli w tym momencie ktoś z tekstowstrętem zamierza rezygnować to proszę jeszcze o kilka linijek cierpliwości). Dlaczego początek wakacji? To właśnie w tym czasie jest najwięcej porzuceń psów (skandal, prawda?). Porzucać niekończące się i bezwarunkowe (szczególnie, jeśli trzyma się w ręku coś smacznego) źródło miłości oraz radości?

Warto poświecić troszeczkę więcej niż zwykle uwagi swojemu przyjacielowi (nawet, jeśli już więcej się nie da), a jeśli się takiego nie ma, warto odwiedzić schronisko (lub napisać, wiadomo), by zapytać, czy czegoś nie potrzeba. Słowem, trzeba mieć pewność, że każdy psiak w tym dniu będzie wystarczająco kochany.

Powyżej „ilustracja” (nadal patrzenie na nią przysparza mi kompleksów), która miała się pojawić w „Psie i jego detektywie” razem z poniższym rozdziałem pt. „Watson” właśnie dzisiaj, ale… (tu pozostaje niedokończone, bo to bez znaczenia). W każdym razie, wszystko zostanie wyjaśnione w przypisach (a więc tym, co nie lubią czytać zbyt dużo dziękujemy – w tym miejscu jest umowny koniec).

Watson

Mój Przyjaciel był dzisiaj dość nieszczęśliwy. Przynajmniej nie wesoły, czego mogłem być pewien. Zazwyczaj bywał w dobrym humorze, ale akurat dziś, jak na złość dla odmiany, w złym. Próbowałem go jakoś pocieszyć. Nic na niego nie działało.

Całe szczęście, rano przyszła po mnie Przyjaciółka. Pachniała moim znajomym, który był częścią jej stada, bardzo ją lubił i czasem chronił ją jakby była szczeniaczkiem. Zdarzało jej się robić głupie rzeczy, ale byłem pewien, że szczenięciem nie jest. Wiele psów zwykło jej mówić, że chcą jeść zupełnie tak, jakby była ich mamką. W przeciwieństwie do wielu innych ludzi, doskonale rozumiała, co do niej mówią. […]

Spacer z Przyjaciółką zawsze jest przyjemny. Zabiera mnie w jakieś niezwykłe miejsce, inne niż zwykle, gdzie mogę tak długo szukać śladów jak mi się podoba. Czasem uśmiecha się do mnie, gdy pogonię za uciekającą wiewiórką i wrócę. No bo czemu mam nie gonić czegoś, co i tak już ucieka?

Jest jedna rzecz, którą robi moja przyjaciółka. Wydaje się wtedy, że jej świadomość znika. Potrafi uciec myślami z obecnego miejsca. Wtedy też markotnieje i zupełnie mnie nie słucha. Boję się, że to jakaś choroba. […]

Wracać ze spaceru też lubię, bo znów widzę mojego Przyjaciela. Jest wtedy znacznie weselszy i łagodniejszy. Zawsze rozmawia sobie krótką chwilę z Przyjaciółką w ich języku. Może, gdyby przychodziła częściej, byłby szczęśliwszy? Sam bardzo nie lubię, kiedy odchodzi, ale wiem, że wróci. Przecież mnie nie zawiedzie, prawda?

On, w bardzo dobrym humorze, patrzy na mnie, gdy ona zamyka drzwi. Czasem do mnie mówi, ale nie zawsze rozumiem wszystko. On też nie zawsze wie, co próbuję mu zakomunikować. Po to przychodzi do mnie Przyjaciółka. […]

Tym razem odwiedził nas człowiek, który musi należeć do rodziny Przyjaciela. Zdecydowanie są między sobą dość wrogo nastawieni a on sam się mnie boi. Nie lubię go właśnie przez to. Skoro się boi, to znaczy, że może stanowić zagrożenie. Zawsze czekam w gotowości, by obronić swojego człowieka. Szczęśliwie, on sobie radzi. Dziwi mnie tylko, dlaczego się między sobą nie gryzą. Gdyby zęby poszły w ruch (co miałem wrażenie, wiele razy miało się już prawie wydarzyć) może udałoby im się w końcu zakończyć ten spór zamiast na siebie powarkiwać. W jakiś niezrozumiały sposób mówią sobie, że to nie jest walka na śmierć i życie, a ja nie potrafię odgadnąć, jak to robią. Żaden z nich nie kicha.

Wygląda na to, że zarówno walki, jak i zabawy ludzi są dość dziwne. […]

— Watson!

Bardzo lubię, gdy Przyjaciel używa mojego imienia. To zazwyczaj oznacza, że chce mojej uwagi lub wspólne wyjście. Jego towarzystwo jest całkiem przyjemne. Zawsze to ja prowadzę a on idzie moim śladem. Wolę wiedzieć o zagrożeniu jako pierwszy, by go obronić i choć bardzo lubię przebywać poza domem nie przeciągam wyjść. W końcu mój przyjaciel też musi kiedyś odpocząć. […]

Wieczór to najprzyjemniejsza pora dnia. Wtedy Przyjaciel siada przy czymś świecącym i małym. Nie mam pewności, co dokładnie robi, ale z dziwnego ustrojstwa czasem odzywają się głosy. Nawet, głos Przyjaciółki. Ciekawe w jaki sposób potrafi zmieścić się w takiej małej przestrzeni i dlaczego się chowa? Moja łapa nawet by się tam nie zmieściła.

Wspominałem jak bardzo lubię znajomego, który uparcie twierdzi, że Przyjaciółkę trzeba chronić? Na początku obaj bardzo się baliśmy. Nie mam w zwyczaju ufania innym psom i on też nie miał. Pamiętam jeszcze jak mój poprzedni człowiek izolował mnie od innych psów. Robił wiele innych rzeczy i zupełnie mnie nie rozumiał. Nie był dobry. Wolałbym o nim zapomnieć. […]

Wieczory, kiedy przychodzi Przyjaciółka są moimi ulubionymi chwilami. Ona bardzo dobrze dogaduje się nie tylko z Przyjacielem, ale też jego opiekunką. Ta ostatnia jest bardzo dobrą osobą. Zawsze daje mi najsmaczniejsze kąski, które sama upolowała. Lubię ją, nawet jeśli gniewa się na Przyjaciela. To taka złość, jaką okazuje matka niesfornemu potomstwu.

Przyjaciółka siada w moim ulubionym fotelu, ale nie czuję się z tego powodu urażony. Zawsze zaprasza, żebym położyły się na jej kolanach. Wolę wiedzieć, że nic jej nie jest. Bez niej przyjaciel nie byłby szczęśliwy.

Śmieją się. Nie rozumiem tego, bo wymiana zdań w ludzkim języku jest dla mnie czymś niepojętym. Wiem po ich nastrojach, że to nic groźnego. Czasem oddałbym swój obiad, by ich rozumieć. Ile mógłbym im opowiedzieć! Moi ludzie.

Jest coś, co uwielbiamy we troje. Rozpoznaję, że ta chwila się zbliża na długo przed tym. Przyjaciel wtedy wstaje, bierze do rąk jakiś dziwny przedmiot (to wcale nie pachnie interesująco) i przymyka oczy. Cała magia tego czegoś polega na tym, że pod wpływem działalności mojego człowieka, ustrojstwo zaczyna wydawać z siebie dźwięki. Wydają się nas hipnotyzować i porywać. Ponieważ im obojgu się to podoba ja też jestem zachwycony.

_Przypisy 1 (oryginalne)__

Można by się martwić, jeśli w tym momencie nie pojawiłby się przypisy.

Nie mam pojęcia w jaki sposób myśli pies, dlatego ten opis (mimo usilnych starań stworzenia go zarówno jak najbardziej realistycznym jak i zrozumiałym) jest taki, jaki jest. Z przyjemnością osoba pisząca (znów o sobie w trzeciej osobie) przeprowadziłaby zawiły wykład obalający pewne obrazy ukształtowane przez literaturę na temat myśli zwierząt (kopalnia przykładów mieści się chociażby w serii książek o Doktorze Johnie Dolittle). To zajęłoby zbyt długo i nikt nie zadałby sobie trudu tego czytać. Dlatego streszczę to w krótkim haśle:

Przestańcie uczłowieczać zwierzęta!

Brzmi absurdalnie, ale prawda jest taka, że przypisując potrzeby ludzi zwierzętom tak na prawdę nie szanujemy ich faktycznych potrzeb a nawet możemy skrzywdzić. Zachowujemy się jak niespełna rozumu ignoranci. Chyba nikt nie chciałby, by ignorowano jego potrzeby i przez to czyniono go nieszczęśliwym.

_Przypisy 2__

Osoby:

- Watson – młody pół wyżeł, najlepszy przyjaciel detektywa, który diametralnie zmienił jego życie.

- Przyjaciel (Detektyw, On) – Sherlock Holmes (no bo to w końcu miało być fanfiction – o psie i jego detektywie (człowiek nie zawsze musi być najważniejszy)), człowiek Watsona, jego współlokator, najlepszy przyjaciel ect. Początkowo chciał jedynie „wypożyczyć” Watsona ze schroniska, ale (plot twist) nie przeczytał umowy adopcyjnej i zyskał najlepszego towarzysza.

- Człowiek z rodziny Przyjaciela - Mycroft Holmes, brat Sherlocka Holmesa (ten przypis był jednak zbędny).

- Opiekunka Przyjaciela (Pani Kurator) – Pani Hudson, w istocie, gospodyni i dawna pani kurator Sherlocka (był problemowym dzieckiem).

- Znajomy Wastona mieszkający z przyjaciółką – Właściwie, też nazywa się Watson. Właściwie, też jest psem półmyśliwskim. Różnią się tylko wielkością i umaszczeniem – Watson (narrator) jest biało-czarny a Watson (II) jest biało-złoty)

- Przyjaciółka (Ona) – Bliżej nieokreślona postać pracująca w schronisku, która od czasu do czasu zajmuje się Watsonem (narratorem) i gotuje, gdy nie ma pani kurator. Cierpi na przypadłość, która sprawia, że nie rozpoznaje poprawnie ludzkich zachowań, ale sczytuje je z ekspresji zwierząt.

A teraz zamykamy komputer/odkładamy telefon i mocno uściskujemy naszego pupila. Czy ktoś zasługuje na to bardziej?

Miłego dnia życzą Watson (II) i spółka (których na zdjęciu nie widać, ale są)

{}× 8
niedziela, 20 czerwca 2021

Na marginesie (1,5)

Ile jeszcze trzeba wpisać słów, by wszystko nie zostało zdradzone w pierwszym paragrafie.

[...]

Jeszcze jedno (spokojnie, Porucznik Colombo nie oskarży nikogo o morderstwo (jeszcze)). Dlaczego tytułem zostało to konkretne słowo? Powiedzmy, że osoba pisząca bardzo lubi mocną, prawie sadystyczną autoironię. Jaki jest zatem najlepszy sposób, by zacząć?

 

Falstart

Wyjątki z notatnika (fabularyzowane) J. Greena, urzędnika Policji, dnia 20.06, g. 12:15:


Gary Ford, urzędnik na dworze Królowej do spraw Królewskiego Żywego Inwentarza. Zdecydowanie zdenerwowany człowiek, niski i grubawy choć ruchliwy. Czuć od niego zamiłowaniem do papierowej roboty i suto zastawionych stołów. Trzeźwy, ale roztrzęsiony.


— Więc to było tak: Królowa i goście zasiedli na trybunach Królewskiego Toru Wyścigów Konnych. Dokładnie dzisiaj o 11. miał wystartować wyścig a w nim Tripple Crown, faworytka Królowej. Podekscytowanie sięgało zenitu. Nie było szans, by okazała kasztanka o wielkich, pięknych oczach nie wygrała. Pół kraju, jeśli nie cały świat poczytywałoby jej Victorię za dobrą wróżbę w toczonej od dłuższego czasu wojnie o kolonie. Słowem, był to wyścig o śmierć i życie.


— Proszę do rzeczy — upominam go.


— O jedenastej konie ruszyły a faworytka stale utrzymywała się na prowadzeniu. Niesamowite widowisko, aż serce rosło, gdy ta urocza kasztanka...

— Do rzeczy, panie Ford.

— Wyglądało na to, że wygra wyścig. To był pewniak. Tyle, że stało się coś dziwnego.

— Co dokładnie?

— Metr przed metą... — przerywa, by ukryć twarz w dłoniach. — Nadal nie mogę w to uwierzyć! Klacz najzwyczajniej w świecie zniknęła na kilka sekund. Dopiero za metą się pojawiła. Wie pan, co to oznacza? Nie wygrała. Nie przekroczyła mety jawnie. To tragedia

Teraz jego stan jest jak najbardziej zrozumiały. Od tego zależy jego życie.

— A inne konie?

— Kogo obchodzą inne konie? Tripple Crown miała wygrać. To musi być wyjaśnione. To...To rzecz wagi państwowej. Nie wiem jakich użyto sztuczek, ale...

— Zobaczę co da się zrobić w tej sprawie, panie Ford.

— Królowa będzie panu wdzięczna, panie...

Po moim poprzednim pytaniu jego głos krążył od zdenerwowania do podniecenia, dlatego staram się być ostrożny, szczególnie wchodząc mu w słowo:

— Green. Jules Green, jeśli musi pan wiedzieć.

— Załatwię panu awans. — Ford omal nie klaszcze w ręce za radości.

Jeszcze czego. Jest mi dobrze tu, gdzie jestem.

KTWK, 20.06., 14:00

Warte uwagi: Jednolity, pojedynczy ślad ciągnący się obok toru i kilka mniejszych, równoległych oddalonych od tamtego o około metr.

William Isaac, dżokej zatrudniony przez Forda. Na KTWK od czterech lat, zajmuje się i współtrenuje TC. Opanowany tylko z pozoru, niezależny charakter, brak podstawowej edukacji.

— Chyba metr przed metą przestałem widzieć kątem oka trybunę. — Informuje siadając na trybunach. — Nie mogłem dokładnie stwierdzić co to było. Znikło zanim zwróciłem na to uwagę. Dopiero jak zatrzymałem konia o wszystkim mi powiedzieli.

— Czy coś podobnego miało kiedykolwiek miejsce wcześniej?

— Nigdy. Słyszałem o przekrętach, ale nikt nie odważyłby się zrobić tego Królowej. Przecież to byłby zamach!

— Zamach — powtarzam notując.

Zeznania innych świadków, równie nie jasne i pozbawione realizmu potwierdzają mniej lub bardziej wersję G. Forda. Ta sprawa wygląda po prostu beznadziejnie."

Około godziny 18. Na posterunek pofatygował się specyficzny jegomość. W ciemno granatowym, znoszonym garniturze, białych rękawiczkach, podniszczonym cylindrze i dziurawych butach wyglądał cudacznie. Jego zachowanie było też niecodzienne: wprost bezczelne. Nic nie mówiąc rozsiadł się na krześle i ułożył nogi na biurku.

W takiej chwili policjant mógł uzupełnić pobieżne oględziny gościa o kilka detali. Osobnik był dość młody, może ledwo pełnoletni, ale jego włosy były zupełnie białe, niechlujne i nieuporządkowane. Z cienia cylindra patrzył na świat zielono-błękitnymi oczami o ukrytej iskrze zwiastującej dużą inteligencję i niebezpieczeństwo. Obrazowi przystojnego ulicznika przeczył tylko wąski, omal orli nos nadając mężczyźnie pozornie arystokratyczny wygląd.

— Przepraszam — odezwał się Green. W jednej chwili zgarnął notatki do szuflady i wymowie wskazał oparte na blacie buty. — Obawiam się, że nie słyszałem, kiedy pan wszedł.

— Więc pan nie usłyszał? — Tamten rozciągnął usta w uśmiechu pokazując zęby. — Doskonale. 

Jego głos, w porównaniu do tego, który należał do funkcjonariusza był milszy, z nutką czającej się gdzieś weń nieprzewidywalności. Przecież Jules tylko starał się sprawiać wrażenie groźnego. W końcu zaatakowano jego biuro:

— Chciał pan coś zgłosić?

— Nie — nieznajomy zdjął nogi z blatu. Namyślając się kilka sekund pochylił się do przodu ściszając głos: — Pan wie, jak sprawić, by koń zniknął tuż przed metą?

Oczywiście, że nie. Nie miał pojęcia, dlatego doświadczył dreszczu ekscytacji. Ten dziwny człowiek wydawał się kimś, komu nie powinien ufać. Jednak ciekawość w nim zwyciężyła:

— Nie mam pojęcia. Pan to wie? Jakim cudem rozwikłał pan tę zagadkę?

— Twórca szarady musi znać jej rozwiązanie — odparł tajemniczo.

Reakcja policjanta była przewidywalna. Zerwał się na równe nogi walcząc ze sobą. Czy jego rozmówca robił sobie z niego żarty? Zdarzyło mu się już trochę widzieć w życiu, jednak nigdy nie natknął się na tak oczywiste lekceważenie stróża prawa.

Tymczasem tajemniczy, białowłosy jegomość nie był pod wrażeniem. Wręcz przeciwnie. Ziewnął i bawiąc się postrzępioną nitką z cylindra zaczął tłumaczyć:

— To niezbyt nęcąca historia. Proszę usiąść. Nogi pana rozbolą. Sama sprawa jest prosta: wystarczy dobrze ustawione zwierciadło, by uzyskać iluzję zniknięcia.

Przerwał na chwilę, by analizować reakcję Greena. Nie napotkał nic ciekawszego ponad pełne oburzenia spojrzenie, więc wstał i uchylił swojego kapelusza:

— To przykre, że nie stanowię jeszcze dla nikogo wyzwania. Prawdopodobnie, w takim razie, nie mamy o czym rozmawiać.

— Proszę zaczekać.

Jasnowłosy zmierzył Julesa znudzonym spojrzeniem. Upór funkcjonariusza budził w nim pewien podziw, choć jego zdaniem, był zupełnie zabawny.

— Słucham?

— Kim pan jest?

Pod orlim nosem zagościł specyficzny uśmiech. Sprawiał wrażenie omenu zapowiadającego rychłe kłopoty. Może właśnie tak było?

Nic się jednak nie stało. Zamiast fajerwerków, czy czegoś nadzwyczaj spektakularnego pojawiły się tylko słowa:

— Jestem Jack Qack. Swoją drogą, nie zastanawiał się pan czemu to właśnie Tripple Crown tak się liczyła? Dlaczego Forda nie interesowały inne konie?

Green zaprzeczył. Domyślał się sensu tych wszystkich pytań, ale chciał wiedzieć, co powie rozmówca. Czekał, ale ten znów go zaskoczył. Nie wyjaśniał nic dalej jakby rozmowa na ten temat się mu znudziła:

— Jest też smutna wiadomość. Faworytka nie będzie miała długiej kariery.

Kilka tygodni później, funkcjonariusz przypomniał sobie te słowa czytając gazetę. Z pierwszej strony krzyczał do czytelnika artykuł o wypadku Tripple Crown. Kasztanka miała wywrócić się na torze łamiąc nogę. Jej przyszłością, naturalną siłą rzeczy, było już tylko pójście pod rzeźnicki nóż.

 

Taką samą gazetę trzymał też w rękach, w podobnym czasie ktoś inny. Jasnowłosy, wysoki jegomość siedzący na prowizorycznym posłaniu w jeszcze bardziej prowizorycznej przyczepie. To właśnie on przedstawiał się jako Jack Qack.

Nie był sam. Naprzeciw leżał trójnogi, beżowy pies a obok zwierzaka zupełnie inna postać. Mimo noszenia na sobie męskiego odzienia nie miała z mężczyzną nic wspólnego. Mogła być po prostu wymizerową kobietą okrytą płaszczem, która kryła swoją twarz w cieniu szalika i za dużego melonika.

— Widzisz, Ma. Miałem rację. Ulubieńcy zmieniają się bardzo szybko, zwłaszcza u kobiet a jeszcze szybciej u tłumów. Chyba przed jednym ani drugim nie muszę cię ostrzegać. — Tu Jack przerwał, by kontemplować swoje własne słowa. — Czasem nieświadomie człowiek usiłuje się oszukiwać do czasu. Do momentu, gdy zobaczy, że to, co gonił jest tylko iluzją. Pech chce, że zdarza się to czasem dopiero, gdy tę iluzję zdoła dogonić.

][

That's all Folks! Dziękuję za wszystko. Miłego dnia :)

{}× 3
poniedziałek, 14 czerwca 2021

Na marginesie (1)

Scrolluj dalej, nic ciekawego.

 

 

Długi, bezsensowny i nudny wstęp, w którym osoba pisząca tłumaczy się rozwlekle i kwieciście, dlaczego na wypowiedzenie pierwszego zdania na głos osobie o przeciętnej, całkowitej pojemności płuc (to jest 5200 ml) może zabraknąć powietrza oraz na temat powstania Na marginesie, o czym ma traktować, czego się spodziewać i dlaczego nie stawia już kropki kończąc te przydługie zdanie.

Dobrze, trochę minęło mi się z prawdą w tym pierwszym zdaniu (pardon, w celach humorystycznych). Żadnego traktatu o pojemności płuc, obiecuję. Szybko i bezboleśnie, jak pobieranie krwi (bez pobierania, oczywiście) przyjdę do rzeczy.

Jeśli osoby piszącej znów nie dopadnie zdecydowanie za niskie poczucie własnej wartości lub echo jakiegoś zaburzenia lękowego, ma zamiar raz na jakiś czas podzielić się fragmentem wyrzutów swojego umysłu. Jakoś nigdzie nie potrafi odnaleźć przytulnej nory dla swoich nieokiełznanych myśli. Może tu (z cichą nadzieją, że nikt nie będzie brnął w przebijanie się przez zwały tekstu) takie miejsce się znajdzie.

Głęboki wdech (całe 4000 ml) i kurtyna w górę.

Ah…mam obowiązek ostrzec, że nieokiełznanie myśli dotyczy braku ogólnego sensu przytoczonego fragmentu.

 

(1)

Krótka rozmowa trzech osób: Upiora, Kapitana i Profesora

Osoby:

Kapitan: człowiek skrajnie racjonalny, choć marzycielski. Po pojawieniu się Upiora na jego statku wpada w obsesję wypędzenia intruza. Dochodzi nawet do tego, że chce podpalić pokój z książkami. Znokautowany przez strażaka zaczyna rozumieć, że Upiór wcale nie jest groźny a jego obecność staje się niezbędna do funkcjonowania statku. W samym sobie odkrywa ciekawość świata, który porzucił jako dziecko.

Profesor: mężczyzna o krótszej nodze, kulejący, rozsądniejszy przyjaciel Kapitana. Od razu akceptuje, choć nie dowierza, obecności Upiora na statku. Początkowe ignorowanie go utwierdza, w przekonaniu, że istota nie jest groźna i całkowicie pożyteczna. Wkrótce zaczyna być akceptowana jako część rzeczywistości.

Upiór: osobliwe zjawisko charakteryzujące się targaniem ze sobą obitej w materiał brązowej książki. Ten sam przedmiot, w razie zagrożenia otwarty i szybko zamknięty przyczynie się do niespodziewanego znikania postaci. W życie statku pozbawione miłośników beletrystycznych lektur (o ile, jakichkolwiek lektur) wprowadza zamieszanie zaprzeczające czystemu racjonalizmowi. Zagnieżdża się w magazynie, w którym trzyma się książki wyłowione z wraków i po niedługim czasie przekształca je w bibliotekę.

 

— Nie powinno się uprzedmiotawiać książek.

— Absurd! Przecież książki są przedmiotami — wykrzyknął Profesor z nieskrywanym oburzeniem.

— Ależ skąd. Blisko im do ludzi. Noszą w sobie tylko trochę mniej historii. Tak naprawdę, trudno powiedzieć, czy to człowiek czyta książkę czy książka człowieka przenikając na wskroś jego myśli, duszę i uczucia.

Ten argument jakoś nie przemówił do kulejącego osobnika, ale zaintrygował Kapitana. Ujął on najbliżej leżącą lekturę, by przekonać się o prawdziwości słów kobiety. Jak na złość egzemplarz uparcie milczał.

— Jednak książki nie mówią — westchnął z rezygnacją mężczyzna.

— Trzeba umieć ich słuchać. Czy z każdym człowiekiem rozmawia się panu dobrze, czy przy niektórych kontaktach nie odczuwa pan nawet odrobiny satysfakcji z rozmowy?

Profesor dalej nie wydawał się przekonany tą argumentacją. Pochylił się w stronę mówiącej przez stół i długo układał swoje słowa:

— Jestem koneserem i żadna książka nigdy do mnie nie przemówiła.

— Albo pan nie słuchał, albo nie rozpoznał swojego rozmówcy. Papier, który dzieli bohatera i czytelnika jest nie raz bardzo cienki. Czasem, nie ma nawet papieru. [...]

_ _ _ _

Jeśli jesteś w tym miejscu to gratuluję zawzięcia (osoba pisząca ma nadzieję, że pisze to do siebie rozważającego, czy usunąć ten tekst). Pozostaje mi życzyć miłego dnia a potem otworzyć i zamknąć szybko książkę w brązowej, materiałowej oprawie...

{}× 9
środa, 31 marca 2021

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Dobrze będzie!

Jak to dobrze? Przecież od wieków ciemność kojarzyła się ze śmiercią i, nie przesadzając, wszystkim co najgorsze. Całe plugastwo, kreatury, złoczyńcy… wspólną domeną tego zbioru był mrok. Temu nie da się zaprzeczyć.

Ta dziwaczna historia ma przecież happyend. Z czasem ludzie pokonali ciemność. Stał się ogień a potem światło sztuczne i potwory z mroku przestały grozić biednemu, bezbronnemu człowiekowi. Teraz mamy oświetlone miasta, wsie a nawet pokoje, o ile ktoś sobie tego zażyczy. Utrata światła kojarzy się wprost z końcem świata (no przecież tak objawia się zazwyczaj brak prądu, a wszyscy wiem, że brak prądu to naprawdę koniec świata!). Problem polega na tym, że rozświetlając całą dostępną nam przestrzeń szkodzimy sobie bardziej, niż pomagamy.

Nie, to nie jest wstęp do opowieści Science Fiction lub Fantasy (proszę o wybaczenie, jeśli to faktycznie tak zabrzmiało). Problem jest jak najbardziej realny i dotyczy zanieczyszczenia światłem.

Jaaasne. Wydumane lub wymyślone na poczekaniu, co? Niestety, nie. Zanieczyszczenie światłem jest jak najbardziej realne a doskwiera nie tylko miłośnikom obserwacji nocnego nieba. Ma duży wpływ na cykl dzienny zwierząt i nie tylko. Może poważnie zaburzyć ich prawidłowe funkcjonowanie, nie mówiąc już o istotach, dla których bywa przyczyną przedwczesnej śmierci. To samo dotyczy kwiatów, których procesy życiowe są regulowane długością dnia i nocy. W skrajnych przypadkach takie okazy nie będą mogły się rozmnażać. O! Żeby jeszcze tego było mało brak ciemności może mieć też zły wpływ na ludzi. Należy obwiniać go np. o stres, zmęczenie, bezsenność czy osłabienie pracy układu odpornościowego.

Brzmi strasznie, prawda? Tak niewinna rzecz, jak strach przed ciemnością może prowadzić do takiego spustoszenia. Oczywiście, to nie oznacza, że powinniśmy wyjść na ulice i wyrwać z posad wszystkie latarnie miejskie. Wystarczy coś zmienić. Tylko co?

Całym złem jest nieodpowiednie sztuczne oświetlenie. Może jest zbędne? Może klosz jest źle zbudowany? Wszystko to generuje problem z zanieczyszczeniem światłem. Wystarczy np. zaopatrzyć się w lampy z płaskim kloszem, w ogóle zmienić rodzaj lampy lub zrezygnować z oświetlenia (po dalsze przykłady odsyłam do źródła). Od razu część promieniowania przestaje uciekać ku niebu i…no proszę, oszczędza się energię elektryczną.

Tymczasem, jeśli faktycznie kogoś najdzie ochota zobaczenia prawdziwego, ciemnego nieba fundacja zajmująca się tym problemem zaprasza do jednej z pięciu zlokalizowanych w Polsce obszarów ochrony ciemnego nieba. Tam naprawdę można zobaczyć prawdziwie rozgwieżdżone niebo.

Reklama - była. Ważny temat - był. Teraz według planu powinna być pointa, ale zanim. Co jeszcze Ja, Ty, My i szary J. Kowalski może zrobić w tej sprawie? Pomysłów jest dużo a najważniejszy i najprostszy z nich to po prostu MÓWIĆ. Słowo, jak niejednokrotnie zaznaczam z uporem maniaka, ma moc. To właśnie dlatego mówię (mówię przez pismo) właśnie o tym, bo to jest warte powiedzenia (i będę mieć na ten temat prezentację (mam nadzieję, że nie ma tu nikogo z mojej grupy - to byłby brzydki spoiler)). Ciemność, po namyśle, nie jest aż taka zła.

Miłej Niedzieli (lub innego dnia tygodnia),
N.

Ps.
Warto zajrzeć: Ciemne Niebo - Strona główna Tu można zobaczyć jak wiele traci się przez zanieczyszczenie światłem, jak mu przeciwdziałać i gdzie znajdują się obszary ochrony ciemnego nieba.

Jeśli masz taką możliwość i ochotę, Czytelniku, podaj dalej!
wtorek, 30 marca 2021

tak ze marz…

Już widzę ten natłok wielbicieli ojczystego języka, estetów, znudzonych hejterów i ciekawskich. „Zdanie zaczyna się dużą literą!”, „To się pisze łącznie”, „Gdzie się podziała ta kropka?”, „Masz a nie marz” i cała lawina innych, możliwych do wynalezienia błędów. Tak, czekam na całą chmarę kamieni. Bardzo proszę.

Ta naprawdę wszystkim, którzy tak jak ja, mają na bakier z ortografią cztery litery regularnie ratuje autokorekta. Nie wiesz, jak napisać coś poprawnie? Nie ma sprawy – komputer poprawia. Niebo! Żadnych więcej problemów z trollami, które żywią się cudzymi błędami. Od dzisiaj jestem królem ortografii.

No nie. Tak kolorowo to nie jest. Autokorekta, szczególne przy nieuważnym pisaniu czy pełnej ekspresji kłótni może być utrapieniem. „Przegotowaliśmy” zamiast „przygotowaliśmy”, „że” zamiast „ze”. Tak więc: „Przegotowaliśmy książki że skupu”. Tak enigmatycznie brzmiące zdanie może wprawić w osłupienie nie jednego czytającego. Po kiego gotować książki? Gdzie tu jakiś sens w tym zdaniu. I, o ile kilka drobnych błędów nie dyskwalifikuje z pełnego rozumienia tego, co autor miał na myśli, gorzej, gdy plątanina słów nie przypomina żadnego znanego dialektu. Może ludzkość już opanowała fantastyczne języki wróżek, elfów itp. (trzeba zapytać Artemisa – powinien coś wiedzieć w tym temacie)?

Wiele osób twierdzi, że przez nieustanne pisanie na komputerach i tych małych i tych dużych stajemy się analfabetami. Nie oszukujmy się, kochamy automatyzację, brak przymusu podejmowania zawrotnych liczby decyzji. Wszystko, dzięki czemu nie musimy myśleć. W tym momencie to zaczyna się zbliżać do przerażających, wyjętych żywcem z powieści Wells’a obrazów. Nie, nie, nie. Zapomnijmy o tym.

Pisząc, z czystego poczucia estetyki powinniśmy zwracać uwagę na poprawność. To dość uciążliwe (wiem, co piszę), ale warto. Nie chodzi już nawet o satysfakcję tych estetów, miłośników poprawności językowej itpeków. Nie. Po prostu, czy chcielibyśmy być źle zrozumiani? Nie sądzę.

Pozdrawiam,
N

PS. Prawdopodobnie ten tekst nie trafi do większości czytających - zakładam, że wszyscy tu szanują uczucia, oraz zdrowie psychiczne językowych pedantów.
PS.2.Nadal czekam na te kamienie.
{}× 8
wtorek, 16 marca 2021

Pusty dom... - książka z misją, nie pierwsza i nie ostatnia

Ostrzeżenie: autor tego bloga zazwyczaj wpada w słowotok, gdy mówi o książkach. Nie ma gwarancji, że wszystko będzie miało sens. Jakikolwiek sens.

Bardzo korciło mnie (czy nas czy osobę piszącą, jak kto woli), by nie pisać po raz kolejny. Ku mojemu przerażeniu, informacja o opublikowaniu wpisu pojawiła się na głównej (tak, są ludzie, których przerażają takie rzeczy). Jednak, czasem pojawia się coś, co zupełnie zaburza działanie mojego zdrowego rozsądku (można go wtedy nazwać chorym i to byłoby zupełnie odpowiednie). W przypływie tak osobliwego natchnienia, pozwalam sobie przedstawić Ci, czytająca osobo, ten oto zbiór:


fot. autora
W tym momencie zapewne masz mieszane uczucia. Prawdopodobnie jedno z poniższych:
  • - Sherlock Holmes? Znowu?! Ile można??
  • - O, tego jeszcze nie znam. Ale poznam.
  • - Ale zjechana książka (z góry przepraszam, mi nie robi różnicy, czy egzemplarz jest z drugiej czy trzeciej, czy piętnastej ręki)
Niezależnie od tego, która z odpowiedzi padła, pozwolę sobie powiedzieć (no, napisać) kilka słów.

Undershaw (Surrey) to posiadłość, w której mieszkał sir Arthur Conan Doyle. W tym domu powstał na przykład Pies Baskervillów - jak możemy dowiedzieć się z wprowadzenia. Sam dom ma ciekawą elewację (widać ją na okładce), co więcej pisarz miał duży wpływ na jego projekt. Przez lata służył jako hotel, jednak w 2004 roku został on zamknięty. Pustostan zdano na niełaskę chuliganów a w planach była przebudowa i podzielenie na domy mieszkalne. I właśnie w tym momencie pojawił się ruch, który postanowił się temu sprzeciwić.




Według wszelkich dostępnych informacji zbiór wydano w 2012 roku i miał on na celu zwrócenie uwagi na wagę tak niezwykłego miejsca. Domy wielu znanych pisarzy chroniono i otaczano szczególną troską a Undershaw nie. Gdzie tu sprawiedliwość, skoro A. C. Doyle stworzył tak ważne nie tylko dla literatury angielskiej postacie. Gdzie byłyby powieści detektywistyczne, gdyby nie Holmes?

Tak więc zebrano opowieści i wiersze pisane przez wielu autorów o Sherlocku. To coś, co można by wydać pod tytułem: Balsam dla duszy fana Sherlocka Holmesa (swoją drogą, Wydawnictwo Rebis. Coś, ktoś?). Znalazły się tu nie tylko typowe historie osadzone w Wiktoriańskiej Anglii, ale też opowieści mające swoją akcję w współczesności i przyszłości (rozpiętość tematyczna jak fanfiction na Wattpadzie). Przekonywać dalej?

Co teraz dzieje się z posiadłością? Na dzień obecny znajduje się tam szkoła. Czy jest to dobry kompromis biorąc pod uwagę to, że budynek odnowiono a w weekendy służy jako piękna lokacja na imprezy czy zwiedzanie? Nie mam pojęcia. Tu można zobaczyć stronę internetową posiadłości ( Undershaw ).

Gdyby każda taka historia miejsca, które samo nie może się bronić przed zapomnieniem, kończyła się happy endem... Czytałoby się z przyjemnością.

Masz inne zdanie? Zapraszam do dyskusji.

Pozdrawiam (niezmiennie i bardzo serdecznie),
Nemo
{}× 6
poniedziałek, 15 lutego 2021

Jak czytać, Panie, i jak pisać? czyli nawet nie na temat luźna pogadanka bez sensu

15.02 - 21.02.
(Osoba pisząca z góry przeprasza, za zastraszającą ilość nawiasów i inne niedogodności w tym notoryczne odbieganie od tematu)

Wena bywa, jak powszechnie wiadomo, całkiem ludzko złośliwa. Bywa obecna w środku nocy jako przerywnik między dwoma snami (bo pierwszy nie kwapi pofatygować się na bis a show musi trwać). Bywa w basenie, gdy ni jak nie da się zrobić notatek (szkoda, pisanie pod wodą to by było coś). W końcu, bywa za kierownicą (ani mi się waż prowadzić i pisać jednocześnie!). Nie zamierza natomiast, pojawić się gdy jest najbardziej potrzebna. Można w ten sposób naszykować sobie kawusię (herbatkę, jak kto woli), zasiąść wygodnie, w otulinie kocyka, wiernego towarzysza i…jak na złość zupełnie nic. Nawet zaklinanie nic nie daje. Z weny musi być strasznie kapryśna istota.

Skoro jest już z głowy pierwszy akapit można by zrezygnować z narzekania na problemy z rozpoczęciem. No bo jak wykonać ten pierwszy krok, nie wywrócić się i jeszcze przyciągnąć potencjalnego czytelnika? Czy muszę przypominać, że robienie wielu rzeczy na raz może się źle skończyć? Może, ale nie musi. Nie łatwo jest lawirować pomiędzy dobrym smakiem a kiczem, między własnymi wizjami a rzeczywistością (co autorowi tego tekstu najwyraźniej nie wychodzi). Koniec końców jest. W pocie czoła wyłania się pierwszy, niezaprzeczalnie godny Nagrody Literackiej akapit. Ufff…

Jeszcze nie czas na odpoczynek. Na arenie rozegrała się dopiero pierwsza runda… W praaaawym narożniku stoją oczekiwania, plany i szkic a naprzeciw nich, w leeeeewym narożniku rzeczywistość i umiejętności. Proszę państwa, ta potyczka będzie epicka, będzie krew, pot i łzy, będzie rzeź. Będzie się działo…Dzieje się. Odbywa się niema rozmowa pomiędzy kartką (komputerem) a piszącym. Następuje chaos, z którego wyłania się świat, obraz, rzeczywistość. Ale słowa są jeszcze martwe. Brakuje im ciała, którego nie może dać im autor. Na to będą musiały poczekać, o ile w ogóle to nastąpi. Nie wszystkie dostąpią tego zaszczytu.

Powstaje. Trwa istna burza napędzająca proces twórczy. Ściany słów zasnuwają białą kartkę sprawiając, że obraz coraz mocniej wyłania się w poza rzeczywistością. Jeszcze wszystkiego nie widać. Zwykle jest trochę za mało, by pozostawić szczyptę niedosytu. Tu otwiera się pole popisu dla wyobraźni czytelnika. To, właściwie, jest fenomen: patrzenie w zadrukowaną kartkę zmienia się (w chyba niewyjaśniany naukowo sposób) na ożywianie innej rzeczywistości. Słowa stają się ciałem (nie materialnym, ale ciałem)! W takim razie po co komu badania nad podróżami w czasoprzestrzeni? Już potrafimy to robić. Wystarczy wziąć do ręki książkę!

Jest w tym też coś smutnego. Nie ma rzeczy trwających wiecznie (spójrzmy prawdzie w oczy, nawet Wspaniałe Stulecie się w końcu skończyło). Nadchodzi moment, gdy dalej się już nie da. Temat się wyczerpał, wszyscy bohaterzy zostali zabici (i nie ma kogo zabić) a kontynuowanie byłoby raczej zbędne. Z ogromnym bólem trzeba postawić tą ostatnią kropkę. W takim razie, należy to zrobić tak, by nie zawieść czytelnika (wielu autorów raczej o to nie dba, przez co zakończenie pozostawia gorzki posmak). Znów (bo nie dość, że na początku to jeszcze na końcu) trzeba prześlizgnąć się po temacie (źle byłoby stać się słoniem w składzie porcelany, w czym osoba pisząca jest bardzo dobra a więc: ) i kropka.

Miłego dnia,
N




{}× 5
środa, 31 lipca 2019

Dane statystyczne

Treść mało przydatna i nie do czytania.

Miejsce na dane statystyczne na wypadek, gdyby przestały mieścić się na tablicy. No i, żeby nie zginęły.

2017: 56, 

2018: 63, 

2019: 101,

2020: 232, 

piątek, 5 lipca 2019

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

KTO: najprawdopodobniej książka o tytule "Skałka". Autorka, której nazwiska ani imienia nie pamiętam. Napewno polska książka. LUB potwierdzenie że taka książka istnieje (bo internet twierdzi inaczej)
NAGRODA: Dozgonna wdzięczność kilkunastu osób, które wciąż jej szukają. 

Alan Ulrich Tor 
  • O nas
  • Kontakt
  • Pomoc
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
  • © 2021 nakanapie.pl
    Zrobione z {} na Pradze Południe