Avatar @nemo

@nemo

28 obserwujących. 30 obserwowanych.
Kanapowicz od ponad 3 lat. Ostatnio tutaj 5 dni temu.
czytam_dalej
Napisz wiadomość
Obserwuj
28 obserwujących.
30 obserwowanych.
Kanapowicz od ponad 3 lat. Ostatnio tutaj 5 dni temu.

Blog

wtorek, 30 sierpnia 2022

Znów wokół książek

Moi Drodzy,

 

Czy wiecie, gdzie trafiają książki, których nikt nie chce?

 

Może uchodzą do jakiejś magicznej krainy, w której nie idą na przemiał, nie są spalane lub nie kończą na wysypiskach? Nie, niestety, tak dobrze na tym świecie lektury nie mają. Cóż, dobry los może spotkać je w na przykład w punktach do bookcrossingu (wymiany książek) – tam mogą, choć nie muszą, trafić na człowieka, który uzna, że są warte poznania. Są też biblioteki, które przyjmują książki – tylko w dobrym stanie, bez niespodzianek pod różnymi postaciami. W końcu jawi się też długa lista antykwariatów – tu znów, nie każda książka może liczyć na przyjęcie.

 

 

Doskonale. Zapomnijmy na chwilę o wszystkim, co było tam napisane powyżej. Bo, właściwie, ten wpis miał być nie o tym, gdzie można oddać książki. Zupełnie nie. Miał być o miejscu, które każdy molik książkowy powinien choć raz w życiu zobaczyć. A jeśli zobaczył, to z pewnością, będzie chciał tam powrócić.

 

Czy trzeba jechać daleko? Nie, nasz cel podróży znajduje się w Polsce, w Rżuchowie, w województwie świętokrzyskim.

 

Dom Spokojnej Książki jest miejscem spotkań, ciekawym nie tylko ze względu na jego najbardziej charakterystyczny element: sześciometrowy regał wypełniony w całości tomami – książkami niechcianymi. To nie jest po prostu biblioteka. Odbywają się tu warsztaty, spotkania i koncerty, można zjeść ciasto lub napić się kawy. Każdy, kto chce, może zostawić swoją książkę albo zabrać ze sobą tę z monstrualnego regału. Jest tam naprawdę wszystko, ponieważ przyjmowana jest każda pozycja.

 

Brzmi ciekawie, prawda?

 

Dobrze, że takie miejsce istnieje, że jest nadzieja na spokojną przystań, nie tylko dla lektur. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zapraszam na stronę Domu Spokojnej Książki na Facebooku (nie daję linka – traficie sami). Ach, i filmik:

 

 

Mam nadzieję, że wybaczycie mi taki krótki wpis. Nie chce nikogo zanudzić, a poza tym dzieje się też dużo różnych rzeczy tu i tam. Szkoda gadać.

 

Miłego dnia,

 

n

 

wtorek, 21 czerwca 2022

Dzień Psa

Do Dnia Psa, co prawda jeszcze ponad tydzień, ale o zwierzętach należy pamiętać nie tylko jednen dzień w roku...

 

Powoli to już uchodzi za coroczną tradycję. Dzień psa, pierwszy lipca, nemo będzie znów ględzić, na czym to świat stoi. Ponarzeka sobie na tych, tamtych, ktoś tam to przeczyta, też się poirytuje. Powiedzmy, że poirytujemy się wszyscy i niewiele to da.

 

Albo opowiem Wam o tym, co ostatnio mi się przydarzyło. Taka historia z morałem (?), wnioskami (?). W każdym razie, do przemyślenia.

 

Otóż (Polonistów proszę o niemordowanie mnie, póki nie skończę), raz na jakiś czas udaje się do pewnej stajni, by czerpać przyjemność z kontaktu końmi. Wiadomo, że na jazdę nie przyjeżdża się, tylko by poklepać czterema literami w siodło, pociągać za wodze i do widzenia. Właściwe, najważniejszy moment, to przygotowanie do zajęć (nie wszyscy podzielają to zdanie, szkoda). Akurat tamtego dnia, gdzieś pomiędzy dwoma pociągnięciami zgrzebła, na całym podwórku dało się usłyszeć uporczywe, cieniutkie miauczenie. Oczywiście, bez wątpienia był to kot.

 

Może, nie taki zwyczajny kot. Mały, dwumiesięczny brzdąc, który postanowił drzeć się wniebogłosy. Ruchliwy jak mało co, ale… No właśnie. Tu był pies pogrzebany. Mięciutki puszek, który występuje u młodych kotów, pokrywał go niemal w całości. Niemal, bo ogon miał dziwnie łysy, na końcówce właściwe już czarny i nieruchomy. Nie było wątpliwości, że maluch został wyrzucony.

 

W tym miejscu będzie wiele irytacji. Trwał sezon wykoceń – Internet przepełnia się wtedy ogłoszeniami: oddam kociaki, szczeniaczki… Do tego teraz, przed wakacjami i feriami, zaczyna się okres zwiększonej ilości porzuceń zwierząt… Pomińmy to, że wiele z nich ginie w różnoraki sposób: pod kołami samochodów, zostaje zabite, umiera z głodu, wycieńczenia czy innych powodów… Nadal wiele ląduje w schroniskach, przytułkach, u wolontariuszy… Ludzie, co z nami?

 

Suczka nie musi urodzić przynajmniej raz w życiu. Nie, mam pewność, że nie będziesz w stanie jej upilnować. Tak samo, jak swojej grzejącej się właśnie kotki. Tak, twoje szczeniaczki i kociaczki mogą trafić do dobrych domów, ale ich potomstwo już nie. Może skończyć rozjechane, zagryzione, zdziczeć lub gnić w schronisku do końca swoich marnych dni. Nie narzekaj na swory bezpańskich, połdzikich zwierząt, które atakują ludzi, lub wyrządzają szkody w gospodarstwach. Chcesz być powodyrem takiego cierpienia w imię dwóch miesięcy cieszenia się z małych istotek, które dopiero co się urodziły? Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś, ale nie przez chwilę. Nie tylko jednoliniowo.

 

Przepraszam. Muszę koniecznie przestać o tym mówić.

 

Krótka wizyta u weterynarza, wyjaśniła dziwny stan ogona. Zwierzę zostało oskórowane i mogło się to stać przykładowo w wyniku spotkania z samochodem lub jakąś inną maszyną. Co więcej, nie było to świeże uszkodzenie. Końcówka była już praktyczne martwa, a sam ogon kwalifikował się do amputacji. O reszcie nie będę wspominać.

 

Porzucenia tego typu zdarzają się często. Zwierzęta nie są co prawda, zawsze w tak enigmatycznym stanie. W większości są młode, pełne wigoru i zdezorientowane. No tak, kto by nie był? Nagle straciły swojego człowieka (albo ludzi), z bliżej im nieznanego powodu. To prawie, jakby zawalił się świat.

 

Oczywiście, powinniście wiedzieć, że historia małego Filonka (bo takie dostał przezwisko, skoro miał być bez ogonka) ma swój szczęśliwy finał. Kociaczek trafił do nowego domu, gdzie ma nowych ludzi zachwyconych jego energią i niekończącą się ciekawością.

 

Fakt, że wiele małych i dużych kotów dalej czeka na dom. Wolę, by nikt u nas nie wpadł na to, co robi się w krajach zachodnich: masowe eutanazje zwierząt, których nikt nie chce. Może to jest jakieś wyjście, ale proszę, nie używajmy go. Obyśmy nigdy nie musieli.

 

 

Żeby też nie było zbyt smutno, nadmienię, że czytam teraz doskonałą książkę o kotach. Niestety, nie udało mi się znaleźć informacji, że została przetłumaczona, więc podam oryginalny tytuł:

Cat sense John Bradshaw

 

Muszę przyznać, że już od pierwszej strony absolutnie mnie zaabsorbowała. Przekazuje multum informacji na temat historii, natury i oczywiście behawiorystki kotów. Ciekawostką jest to, że już trzytygodniowe kocię powinno się socjalizować z człowiekiem (w świecie istnieje przekonanie, że dopiero siedmiotygodniowe), by otrzymać kochającego przesiadywać na kolanach mruczka. Więcej nie będę zdradzać, bo przecież z czytania książki trzeba mieć jakąś przyjemność, prawda? Szczególnie taką, że dowiaduje się czegoś nowego.

 

Swoją drogą, książka została zakupiona w naprawdę magicznym miejscu (Mam cichą nadzieję, że jakimś cudem Pan akurat tego wpisu nie czyta, ale dziękuję jeszcze raz za tą konkretną lekturę).

 

Z okazji dnia Psa, przytulcie swojego czworonożnego przyjaciela – jakiegokolwiek jest gatunku – nie musi być nawet koniecznie czworonogiem. Jeśli macie taką możliwość albo chęci, zajrzyjcie do pobliskiego schroniska. Może czegoś tam potrzeba? Karmy, smyczy, rąk do pomocy? Pamiętam, że ostatnio jedno z podwarszawskich przytulisk prosiło o karmę w puszkach, bo zapasy mieli na wyczerpaniu. CIężko powiedzieć, czy inne istytucje nie borykają się z podobnym problemem w obliczu możliwego przypływu nowych, porzuconych zwierząt.

 

Na koniec, tradycyjnie: Watson. Właściwie, jego wszędobylski ogon (który, swoją drogą, chyba czasem żyje własnym życiem).

 

niedziela, 5 czerwca 2022

Na marginesie (11)

...

(To już ponad sto dni. Ten fakt wymaga pewnej refleksji. Pozostawiam na to chwilę)

.

.

.

.

.

.

Tak mnie wzięło na przegrzebanie plików w poszukiwaniu właśnie tego - straconego czasu, jak można by stwierdzić. W tym miesiącu nie będę maltretować szanownych zainteresowanych żadną niepotrzebną widzą. No prawie.

 

W moim ulubinych antykwariacie ostatnio udało mi się wyhaczyć pozycję o Szkockim folklorze. Kolejne pokręcone hobby, stwierdzicie. Racja, ale trzeba mieć czym zaskakiwać ludzi, prawda?

 

Do brzegu, nemo, bo noc nas zastanie na pełnym morzu, jak się rozgadasz.

 

Ta historia powstała na potrzeby konkursu. Nie została dostrzeżona, nie wygrała. Miała za zadanie coś przekazać. Po pierwsze zapoznać czytelnika z czterema niezwykłymi postaciami ze szkockiego folkloru (oraz innymi, które nie są głownymi bohaterami (jest tu też delikatne uzupełnienie kulturą celtycką - szczegół), mniej lub bardziej znanymi. Po drugie... pozostawiam to do odkrycia osobiście.

 

A, książkę swoją drogą przeczytam, bo mam przeczucie, że takich wartych poznania osobistości jest znacznie więcej.

 

Opowieść przywiana przez wiatr

 

Gdzieś w konarach starego buka rozsiadły się wróżki. Ich szczebioczące, iskrzące punkciki rzucały różnobarwne światła na pogrążoną w mroku polanę, na wychylające się z ziemi głowy krasnoludów i otrzepujące się z resztek kamiennego snu trolle. Dalej, w mszano-liściastym płaszczu podniósł się ciemnowłosy Ghillie Dhu, Strażnik drzew o zielonej skórze. Cichy, zapatrzony gdzieś w dal, słuchał szeptów własnego królestwa. Jego smutków i radości, niesionych przez wiatr. Był przecież Czas Bluszczu.

 

Myśląc o tym, przeniósł wzrok w inny punkt. Wprost na otrzepującego się z wody człowieka z wilczą głową i sierścią. Nie bał się go, nie traktował jak intruza w swoim lesie. Był świadkiem, jak Wulver pozostawiał na parapetach ryby dla biednych ludzi. Był mile widziany w jego domu.

 

— Dziękuję — mruknął wilczym żargonem wilkołak.

 

W dźwięk jego słów wdarł się ostry zapach zgnilizny i wody. Zakrólował na polanie, gdy szeleszcząc wodorostami, wkroczył na nią dorodny, choć krępy kuc. Jego sierść lśniła w świetle księżyca i tylko w maleńkiej kropli wody błysnęło prawdziwe oblicze Kelpie: potworna szczęka pełna ostrych zębisk okrytych gnijącą skórą.

 

Stworzenie zatrzymało się, by z wahaniem spojrzeć na Strażnika lasu. Na scenie oświetlonej refleksami wielobarwnych wróżek, wśród fantazyjnych istot wyglądało dostojnie. Piękniejszej niż na jakiejkolwiek ilustracji w bestiariuszu.

 

Ghillie Dhu kiwnął z aprobatą głową. Nie miał nic przeciwko żywiącej się ludzkim mięsem istocie, o ile nie porywała dzieci. Były dla lasu łaskawsze niż większość dorosłych. Zawsze były gotowe słuchać.

 

Kolejny gość przybył od morza. Zapowiedziała go woń słonej wody i pozostałość zapachu wędzarskiego dymu. Był kobietą owiniętą skórą z morskiego lwa, o arystokratycznym, milczącym obliczu. O jasnych włosach ozdobionych sznurem białych muszelek.

 

Strażnik drzew odwrócił od niej wzrok z zawstydzeniem. Piękna Selkie onieśmielała go swoim wyglądem. Musiał zganić się kilkakrotnie w myślach, gdy dawał jej znak, że może zostać.

 

W ciemności wybuchały kolejne płomyczki Will-o’-wisp czających się przy wystających korzeniach drzew. Istotki wyskoczyły stamtąd z chichotem, tańcząc po polanie. Zaczepiły się o gałęzie drzewa i strąciły kilka liści. Nic nie przerwało ich igraszek.

 

— Jak słodkim bywa zapomnienie — zaczął, powstając odziany w mchy i liście osobnik. Z płaszcza posypały mu się igły — w gorzkim jego bólu.

Zebrane stworzenia przytaknęły, każde w swoim języku, więc powstał harmider. Noc rozświetliła się blaskiem zirytowanych wróżek, a hałas wypełnił ciszę z drapieżną zachłannością. Potem znikł.

 

— Przyjaciele, wiadomości są dwie. Skazani na wieczną tułaczkę, zawieszeni w niepewności między zapomnieniem a pamięcią, zupełnie niepotrzebni. Wiatr przyniósł mi wiadomość. Zaczepił się o koronę najwyższej brzozy, pogładził każdy, drogocenny liść. Niósł wieść, że możemy zakończyć odwieczny posterunek wśród ludzi.

 

Selkie szczeknęła cicho ze smutku. Żal jej było zaginionych na morzu, których nikt nie będzie mógł uratować, zmarłych, którzy nie otrzymają wiadomości od swoich żywych bliskich. Zatęskni jeszcze za słodkim dymem wędzarni rozbijającym się o wystające ponad zatokę skały i blaskiem jesiennych ognisk.

 

Kiedy tak rozpaczała, Kelpie ze współczuciem przytulił nos do jej policzka. Jemu zabraknie przyjemności obserwowania pracujących nad wodą ludzi. Istot, które, jeśli tylko chciały, potrafiły okazać szacunek jego domowi i dokarmiać go złowionymi rybami. Już prawie zapomniał, jak smakuje ludzkie mięso.

 

— Wiedzieliśmy, że to nastąpi — głos Strażnika drzew przybrał dydaktyczny ton. — Ludzie mają nowych bogów i legendy. To, co przeszłe, odchodzi razem ze śmiercią tych, którzy pamiętali.

 

Oni, prawie nieśmiertelne stwory, zależeli od słabych, smutnych istot. Ich istnienie wiązało się tylko z wiarą i pamięcią. Tylko one trzymały ich na ludzkiej ziemi. Dlatego, o ile mogli, starali się o nich dbać. Czuli, że muszą zasłużyć na swoje istnienie. Na pamięć i szacunek. Uczyli się na tym, co spotkało starych bogów.

 

— Jest też dobra wiadomość. Tir Andomain, Kraina Podziemia stoi dla nas otworem. Dla każdego znajdzie się przytulny kąt.

 

Jednak Wulver nie wydawał się przekonany. Bez emocji zmierzył wzrokiem tańczące, świetliste punkciki, ocierającą łzy kobietę, a potem Ghillie Dhu. Lubił pomagać ludziom po kryjomu. Czuł satysfakcję, gdy widział, jak się cieszą. Czasem, zaczajony gdzieś poza zasięgiem wzroku, przysłuchiwał się, jak opowiadają sobie historie. Marzył, że to on im je przekazuje. Pamiętał, że zanim ludzie jeszcze nie wyklęli wilkołaków na dobre, często rozmawiał z ludźmi. Nagabywał jakiegoś przechodnia, by dowiedzieć się, co piszczy tu i ówdzie. Kiedyś nawet walczył w armii jakieś ludzkiego króla.

 

Tymczasem, na polanie świętowanie istot nie miało końca. Uformowały one długi orszak, któremu przewodziły Will-o’-wisp i wróżki dobrze znające trasę do Tir Andomain. Już szykowały się do drogi.

 

— Nie potrafię ich opuścić. Przykro mi.

 

Pół wilk poczuł na sobie spojrzenie Strażnika drzew. Odnalazł w nim ukryte współczucie i zrozumienie.

 

— Musimy. Tu nas nie chcą.

 

Jak bardzo Ghillie Dhu pragnął, by było inaczej. Przywykł do ludzkich lasów, które kochał całym sercem. Uwielbiał śpiew ptaków o poranku, dotyk kory pod palcami i delikatność zapadającego się przy każdym kroku mchu. Nic nie zastąpi widoku przechadzających się ścieżkami spacerowiczów. Nikt nie odprowadzi do domu zgubionych w gąszczu dzieci. Pod powiekami zebrały mu się łzy.

 

— Te nowe legendy i bogowie na pewno się nimi zajmą. Poprosiłem, by byli dla nich dobrzy — dodał na koniec.

 

Selkie i Kelpie pomogli wstać Wulverowi. Kobieta wzięła go pod rękę, a jeziorowy stwór podparł własnym bokiem. W końcu cokolwiek zgotował im los, musieli to znieść. Razem będzie im lżej.

 

Istoty ruszyły półżałobnym półradosnym korowodem przez śpiący las. To była ich ostatnia droga. Tylko Strażnik drzew pomyślał, że dobrze byłoby, gdyby pozostał po nich jakiś ślad.

 

Jego życzenie zostało spełnione. Skąd to wiem?

 

Tę historię przyniósł mi wiatr. Natrętnie wtargnął do moich myśli, wcisnął mi w rękę pióro i nakazał pisać. Pamiętam, jak słodko brzmiał jego szemrzący głos, gdy dyktował kolejne słowa:

 

„Gdzieś w konarach starego buka…”

sobota, 14 maja 2022

Apis. To jest, kilka informacji, które można uznać za warte poznania.

... 
 
Po kilku lekturach na ten temat mam pewne opory przed nazywaniem przedstawiciela rodzaju Apis po prostu pszczołą. Ciekawostka nr.1: Sama, pojedyncza pszczoła nie przeżyje zbyt długo.
 
No dobrze. Wiemy już, że będziemy mówić o pszczołach (niejaki Sherlock Holmes nie miał związku z wyborem tematu). Otóż pszczoły, o ile ktokolwiek chciałby dać mi wiarę na tym polu, są nadzwyczajne. Poza niesamowitą architekturą, którą potrafią tworzyć, ogromem pracy nad zapylaniem roślin, wytwarzają wiele pożytecznych produktów.
 
Jak wygląda pszczela rodzina? Składa się ona z matki, robotnic i trutni. Pierwsza, w większości składa jajka do przygotowanych przez robotnice komórek. Robotnice (ciekawa historia), zajmują się w ulu wszystkim. Od sprzątania, wentylacji, ochrony, opieki nad larwami po przynoszenie pyłku po…bezczynne siedzenie na plastrach. Jak łatwo odgadnąć, dla trutni nie pozostaje już do roboty nic. Pewnie dlatego, gdy nie są potrzebne, zostają wyrzucone z ula, gdzie zdychają z głodu. Ciekawostka nr.2: Robotnice przez całe swoje życie potrafią pełnić różne funkcje – młodsze karmią larwy, a starsze wylatują na pożytki (po nektar). Ich zajęcia są również zależne od aktualnego zapotrzebowania.
 
Skoro interesują nas robotnice, które jako pierwsze wskakują w myśli, gdy tylko wspomni się ten gatunek oto kilka zdań na ich temat. Robotnica może żyć przez dość zróżnicowany przedział czasu, w zależności od tego, kiedy się urodzi i jak będzie karmiona. Ciekawostka nr. 3: Urodzone jesienią mogą przeżyć nawet do 9 miesięcy, w czasie natężonej pracy (wiosna-lato), zaledwie kilkanaście dni. Robotnice znane są też ze swoich umiejętności tanecznych. To właśnie wywijaniem po plastrach pszczeli „zwiadowcy” przekazują swoim siostrom, jakiego rodzaju pożytek znalazły i jak daleko się on znajduje. Ciekawostka nr.4: Pszczoły można wytresować, by zapylały określony gatunek.
 
Pasieczysko (miejsce, gdzie stoją ule) oraz ule, też mają swoje wymogi. To pierwsze musi być ustawione w odpowiedniej odległości od pożytków oraz zabudowań. Ciekawostka nr.5: Pszczelarz ponosi odpowiedzialność, za pożądlenie przez swoje pszczoły. Głównie chodzi o to, by nie doprowadzić do niepokojenia pszczół przez ludzi lub zwierzęta. Ciekawostka nr.7: Jeszcze nie tak dawno, na reumatyzm zalecało się żądlenie przez pszczoły. O ile człowiekowi mogło to pomagać, o tyle dla tego zwierzęcia użądlenie oznacza śmierć. Co jeszcze ciekawsze, wielu pszczelarzy decyduje się na wywożenie uli na pożytki (jakby wycieczki). Pasieczyska „w terenie” urządza się przy polach np. rzepaku. Niestety, te fascynujące istoty są bardzo wrażliwe na środki ochrony roślin. Ciekawostka nr.8: Ponieważ pszczoły najczęściej wybierają się na „zbiory” rano i po południu, poleca się wykonywać opryski raczej wieczorem.
 
Co pszczoły mogą nam zaoferować? Oczywistością jest miód i wosk, ale coraz bardziej popularny staje się pyłek kwiatowy, wcześniej wspomniany jad oraz mleczko pszczele. To ostatnie, jak sądzę, może wymagać wyjaśnienia. Nie jest to jakiś wymyślny słodycz, ale wydzielina gruczołów robotnic, którymi karmią pszczelą matkę. Jak łatwo się domyślić, zawiera tylko to, co najlepsze.
 
Chyba czas najwyższy pomówić trochę o nas. Co my możemy zrobić dla tych istot, które są nadzwyczaj pokojowo nastawione do świata, bo żyjąc, nie zawadzają nikomu, a nawet pomagają? Zacznijmy od ogrodu, doniczek na balkonie, tarasie czy parapecie. Warto przystroić je lubianymi przez pszczoły roślinami (np. Szałwią). Ciekawostka 9: Pszczoły najmniej lubią oblatywać (zbierać nektar) z czerwonej koniczyny. Pozostawiane tak zwanych „kwietnych łąk” – niekoszonych skwerków jest tu najłatwiejszym rozwiązaniem. Ponadto, zwierzętom można zapewnić wodę. Niestety, o ile w przypadku ptaków wystarczy miseczka, czy jakiś inny pojemnik z wodą, o tyle dla pszczół jest to niedobre rozwiązanie. Dobrze sprawdzi się płytki spodek lub miseczka z umieszczonymi wewnątrz szklanymi kulkami, na których owady mogą sobie przysiąść i się napić. Jeśli kiedykolwiek zdarzy wam się znaleźć zmęczoną pracą pszczołę, można podać jej wodę z odrobiną cukru, by zregenerowała siły.
 
W ramach ciekawostki nr. 9,5 informuję, że PW ma swoją własną pasiekę i można je podglądać online na YT.
 
Ciekawostka 10: nie ma ciekawostki 6.
 
Miłego dnia,
n
poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Bezcenna świadomość

Tak właśnie było zaplanowane. 2 kwietnia, a tu sytuacja niezbyt przyjemna na świecie. Wypada o tym pisać, czy lepiej kalkować dziesiątki smutnych wiadomości przekazywanych przez media?

 

Zaryzykujemy.

 

Nie bez przyczyny wspominam tu właśnie tę datę. Otóż jest to (i nie tylko) Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. No właśnie.

 

O ASD (Autism Spectrum Disorder) ostatnimi czasu mówi się dużo. Dość, a jednocześnie nie dość. Ogólny pogląd, na tę sprawę pokazuje poniższa animacja. Jeśli macie możliwość edukowania dzieci/ młodzieży/dorosłych o Autyzmie, to materiał dla Was, do użycia. Proszę, pokażcie go, komu tylko możecie (specjalnie udało mi się znaleźć wersję z polskimi napisami):

 

 

Teraz trochę nudnych historii fikcyjnych lub nie.

 

Na ASD zdarzyło mi się natknąć właśnie w kwietniu. Wtedy też wiele trybów powskakiwało na swoje miejsce i… czyżby?

 

Tę sprawę pozostawmy, skoro jeszcze do głosu nie doszedł żaden specjalista.

 

Dzięki zagłębieniu się w ten temat, w cały przekrój różnych podobnych dolegliwości, ukształtowała się Sieć. Ewoluowała ona z fuzji Fundacji, w której zdarzyło mi się bywać (jako wolontariusz i kiedyś o niej napiszę) i pewnego liceum. Jeśliby trzeba było opisać Sieć, należałoby zacytować słowa jednego z jej „szefów”: „Nie ma ludzi niepełnosprawnych. Są po prostu ludzie.” (Widzicie, ja też mam prawo mieć utopię).

 

Właściwie, udało mi się skutecznie zrazić do kontynuowania pracy nad tą historią, dlatego nie pozostawiam do poczytania żadnego fragmentu (no przykro mi). Zamiast tego utwór z Soundtracku:

 

 

Miłego dnia,

n

sobota, 26 lutego 2022

Bez kontekstu

Właściwie, nie mam ostatnio nawet sił, by usiąść i przepisać coś sensownego. Wpływa na to wiele czynników i żal mi dzielić się z kimkolwiek tym stanem ducha.

 

Więc, bez kontekstu. W oderwaniu od rzeczywistości, aktualności, tego świata. Gdzieś indziej. W jakowym Sacrum słów, odniesień, ideii. Bez kontekstu, bez ciała.

 

 

Bez kontekstu

 

Dziś rano obudziły mnie syreny. Ziemia trzęsła się i ryczała, gdy schodziłem do jej łona. Do ciemności z porannego światła.

 

Widziałem łzy i trwogę uciekające przed ludzkim okrucieństwem. Niepokój, panikę, potrzebę przeżycia. One wszystkie ulokowały się tu, razem ze mną.

 

Coś jednak było nie tak. Moja pierś krzyczała: Wyjdź! Bądź! Zerwij klapki strachu, które okrywają twoje oczy.

 

Więc jestem. Wśród śmierci i niewypłakanych łez. W oddechach szeregów, w równym kroku. Okrywam skrzydłami całe linie. Krwawię, upadam, podnoszę się.

 

Nie zniknąłem. Jestem z wami. Gdy przyjdzie czas, odrodzę się z popiołów, z gruzów i martwych ciał. Poniosę ku niebu oliwną gałązkę i płomyczek pamięci. Tylko wy nie zapominajcie.

 

Kiedyś powstało też coś takiego. Coś mające być raczej echem zapisanych (już przeczytanych) wspomnień (oraz wierszy) z Powstania Warszawskiego. Szczęśliwie, cały urok procesu interpretowania polega na tym, że obowiązuje pewna swoboda jego dokonywania.

 

W ten czas

 

Siedzimy, wielcy ludzie

Mali wobec samych siebie

Całkiem ludzcy

 

Siedzimy w piwnicach

My, kolonizatorzy

Mali wobec śmierci

Całkiem ludzcy

 

Siedzimy w ciemności

My, niosący światło

Mali wobec strachu

Całkiem ludzcy

 

Chodzą po trupach

Wielcy wobec siebie samych

Oni, zwycięscy

Tacy jakby nieludzcy

 

Zobacz, czy sąsiadowi czegoś nie trzeba. Uspokój go, pomóż. Nigdy nie jest tak, że nie można zrobić niczego. Nawet czas, czy dobre słowo to już wiele.

 

Będzie dobrze.

wtorek, 8 lutego 2022

Na Marginesie (10)

???

Zważcie na słowa straganej istnieniem duszy,

Okrutniejszej zabawy ludzkość nie wymyśliła.

 

Co przy tym tortury cielesne każdego rodzaju?

Ledwo igraszka z materialną powłoką,

Delikatny pocałunek ziemskiego cierpienia.

 

Z czasem przywykasz, opanowując

Umysłem swe odczuwanie.

Z czasem budujesz swój niezawodny pancerz.

 

Jednak co przy tym ból nieopanowany?

Co przy tym kolec, co duszę wciąż bodzie i bodzie?

Co ledwo zagojoną w nieskończoność szarpie ranę?

 

O, daj odpocząć od tych mąk okrutnych,

Daj wziąć oddech bez ciężaru cierpienia.

 

Tylko proszę, nigdy nie dawaj nadziei.

To ona tak me istnienie uwiera.

 

Zdeeecydowanie przesadzasz, ktoś może powiedzieć. Właściwie, mówi jakowyś głos wewnętrzny. Złośliwy, uporczywy i okrutny. By go oswoić, nadane zostało mu imię: Momus.

Edukacyjne wtrącenie: Momus (pol. Momos) – w mitologii greckiej i rzymskiej bóstwo uosabiające ironię i satyrę a utożsamiane z drwinami i krytyką. Po resztę informacji odsyłam do zasobów Internetu.

Cały problem polega na tym, że Momus jest nierozerwalnie związany z procesem twórczym (głównie hamuje, niekiedy ratuje skórę). Znów, zło konieczne.

Tylko, po co to wszystko? Na marginesie raczej stronisz od wierszy a tu nagle: bach! Tortur miało przecież więcej nie być. (Nawet autotortur, przypominam – A.).

Rzeczywiście. Ostatnio naszło mnie, by zrobić porządek w Archiwum. To dziwne miejsce, gdzie mieszają się porażki mniejsze i większe, niespełnione własne, zbyt wysokie wymagania. Właściwie, Archiwum jest rodzajem cmentarzyska, którego ziemi nawet boję się wzruszać. A jednak.

W ramach robienia porządku, ten konkretny zbiór niepowodzeń w konkursach (zebrało się już kilka pozycji) trzeba było jakoś nazwać. Płytę nagrobną ozdobiono więc napisem:

Niewypały. Tu leżą pogrzebane historie, które nie były wystarczająco dobre.

Co ciekawe, patrząc na nie przez ten gruby, kamienny filtr widzę, jak złe były (i poniekąd Momus maczał w tym poglądzie palce). Z drugiej strony, każda z nich jest wyjątkowa i miała o czymś mówić, coś zaznaczyć. Każda z nich chce żyć, by dopełnić swojej misji.

Mam od tego specjalną historię na innym portalu. Pierwsza opowieść została już uwolniona. Dam dojść do głosu Momusowi, mówiąc, że jest wyjątkowo zła. Jest pierwsza. Co chce przekazać?

 

Niewypały: Czekając na rejestrację.

Myślenie nie boli. Ten, kto to powiedział, chyba nie wiedział, co mówił. To zdanie musiało narodzić się w jakiejś tawernie przy większym kuflu czerwonego, przeklętego napoju. Musiało ujść w eter w otoczeniu pełnej ignorancji hałastry, której nie zarejestrowały wieki. Takim jak właśnie to.

Musiał się tam znaleźć Szczęko łamacz z pozostałością czegoś, co można było nazwać nosem. Oni zawsze są w takich miejscach. Niezmiennie tacy sami jak właśnie ten tu. Jest monstrualny, siny i masywny, ze zgrubieniami na ramionach, łokciach, dłoniach, kolanach i stopach. To nie jest najbardziej odpychające. Charakterystyczną cechą tych osobników jest gruby i ciągnący się przez całe czoło wał brwiowy osłaniający pozbawioną gałek ocznych twarz i przerośniętą dolną szczękę. Mało kto chciałby się na niego natknąć, gdy ten ma kiepski humor.

Ta osobistość toczy po stole spojrzeniem pustych oczodołów. To głodne spojrzenie. Pragnące uwagi, rozróby, malutkiej iskierki, by zapalić lont niepohamowanej agresji. Natrafia na coś. Jego zielonkawy otwór gębowy rozwiera się, ukazując dziesiątki igłowatych zębisk zapełniających jego cały przewód pokarmowy. Ze środka wychylają się kolejne ręce czegoś, co u innych istot byłoby językiem. Te przerażające kończyny prześlizgują się pomiędzy następnymi rzędami igiełek i wylewają się wprost na stolik i podłogę.

Podążając za spojrzeniem osobliwego stwora, trafia się na równie częstego gościa takich właśnie scenerii. Jest groteskowo wielki, ale prawie przeźroczysty. Natura nie obdarowała go głową, a kształtnym, przypominającym ludzkie tułowie. Wprawny medyk może wyodrębnić w nim serce, żołądek, płuca i kilka nieforemnych organów zanurzonych w żelowatej jamie brzusznej. Można obserwować, jak jadło przesuwa się przez przewód i jest to widok dość wciągający, pomimo swojej ohydności. Nawet sam stwór, jednym ze stu swoich oczu, umieszczonych na długich, dziwacznych czułkach kontroluje stan swojego ciała. Mało znany fakt mówi, że mimo swojego wręcz sferycznego pola widzenia nic nie czuje. Zawsze musi oderwać wzrok, by sprawdzić, czy przypadkiem nie umarł. Te istoty widzą nawet po śmierci. Długo to do nich nie dociera, nie potrafią w to uwierzyć.

Coś zaczyna się dziać, bo pierwsza z brzegu, językowata, kończyna zaczyna pełznąć przez cała długość sali pomiędzy gąszczem krzeseł, nóg, kopyt, łap i odnóży. Przekrada się niczym wąż w bagnie tego, czego żołądek nie mógł przetrawić. Podłoga służy tu jako śmietnik i w tym najlepiej czują się ci wszyscy. Liczą się tylko stoliki. Tylko na nie pada światło. Na górze się pije, robi interesy, spluwa w twarz. Te czynności przychodzą bardzo naturalnie.

Stąd łatwo wzrok może odbyć wędrówkę po kolejnych twarzach gości feralnej gospody. Są mało interesujący, ale przez ułamek sekundy każdy wydaje się warty uwagi. Nawet tandetny gobelin przez sekundę sprawia wrażenie bycia dziełem sztuki.

Na pierwszy plan wysuwa się człowiek. Przypomina stertę łachmanów obwiązaną na kościotrupie tanim, słabym sznurem. Gdzieś w środku tego tobołu można rozróżnić popielate, tłuste włosy od szarawej cery. Cienie prowizorycznego kaptura skrywają bystre, jasne oczy wpatrujące się prosto w patrzącego, z wyrazem smutnego zrozumienia. To Człowiek Czytający, gatunek, który ukształtował się w wielkich społecznościach z istnień, odrzuconych, wyobcowanych i inaczej myślących. To istoty znużone w istnieniach tysiąca światów, w duszach milionów, w uczuciach obcych im samym. Potrafią zaglądać w głąb człowieka, w jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Ten stan ma jednak przekleństwo. To wieczni tułacze stale odrzucani przez gromady, które ich nie rozumieją. Na zawsze porzuceni. Dlatego świat jest dla nich obojętny.

Nieco dalej, gdzieś przy oknie, stwór ze skrzydłami łamiącymi się pod sufitem. Nawet ława wydaje się dla niego za mała, bo lwie cielsko wystaje aż na sąsiedni stół. Macha nerwowo ogonem i wbija pazury w michę. Nie jest to ani oznaka zniecierpliwienia, ani głodu. Zwierz stara się odprężyć podczas niewygodnej rozmowy. Widać, że jest już starszy, bo pod pasiastym turbanem chowa przerzedzoną, brązową grzywę. Przewraca oczami kolejny raz. Jego twarz jest ludzka, pełna spokoju i mądrości. Zdaje się zniesmaczony swoim natrętnym rozmówcą.

Po drugiej stronie stołu siedzi monstrum o lekkich, przeźroczystych skrzydełkach z maleńką głową zwieńczoną długą igłą ust. Kiedy je rozdziawia, czubek dolnej szczęki omal dotyka ziemi, a w tych warunkach zatrzymuje się na plecach istoty siedzącej przy drugim stole. Cały czas coś mówi, o coś pyta swoim brzęczącym głosem, który miesza się hałasem naturalnie panującym w pomieszczeniu. To właśnie ta paplanina tak denerwuje skrzydlatego pół lwa.

Stolik dalej wieloręka, osobliwa postać wykonuje sto rzeczy na raz. Nie sposób zliczyć, w plątaninie kończyn, ile prac właśnie robi ta istota. Gdzieś nad własną głową bawi się wielkim, napełnionym powietrzem pęcherzem odbijając go sam ze sobą. Inna para rąk podtrzymuje opasłą, rozrywającą się księgę, kolejna przekłada strony, a jeszcze inna je skleja. Kilka kończyn spoczywa na stole. Są pogrążone w głębokim śnie. Przepracowały się. Stu ręka postać patrzy oczyma umieszczonymi w przegubach dłoni, ale nic nie dostrzega. Zbyt wiele rzeczy zajmuje jego niewidoczną głowę.

Kolejna osobliwość jest dziwacznie gładka. Nie ma rąk, nóg, głowy czy twarzy. Nie zajmuje się też niczym. Wbija wyimaginowane oczy w pustkę ściany, przed którą siedzi. Wydaje się, że przygląda się temu czemuś ze skupieniem. To słuszne wrażenie. Z pozoru leniwa istota obleczona odrażającym szlamem nieustannie pracuje, przetwarzając informacje od świata. Nie jest tu i teraz. Jest w jakimś innym świecie, przy swojej bliźniaczej istocie. Zdaje się, że jest ona do niej łudząco podobna, ale w istocie zupełnie inna. Ta pozbawiona oczu istota steruje nią, myśli jej myślami, podejmuje jej decyzje.

Następnie jest stwór włochaty, noszący w swoich kudłach dziesiątki paprochów, gałęzi i kamieni. By się pożywić, rozchyla na dwoje burzę włosów, ukazując równie owłosiony pysk. Ten cykl powtarza się tak długo, aż miska zostaje pusta. Wtedy tak, jak zwykle wyjmuje coś ze swoich zbiorów i kładzie na stole. Nie ma pieniędzy. Dzieli się tym, co znajdzie i co ma: dobrym słowem, anegdotą, radą. Potrafi wiele nauczyć. Ten gatunek niegdyś był dobrze traktowany, z czasem zaczęto postrzegać go jako odszczepieńców. Wszystko się zmieniło.

Ostatnia istota, znów jak różna od poprzedniej. Wokół niej rozchodzi się kuszący zapach kwiatów, od którego kręci się w głowie. Sama osobliwość przypomina iskrzącą się feerię. Nie jest zaskakująco piękna. Malowania bojowe nadmiernie zwiększają oczy i nadają policzkom niezdrowy kolor. To tego groteskowo wydęte wargi pokąsane jakowymiś igłami niszczą harmonię symetrii. Wzrok nieszczególnego stwora obok prześlizguje się po jej sylwetce, opisując ją krótkim, dosadnym dźwiękiem zachwytu. Dostrzega jego uwagę i pochłania ją pycha: wypina górny odcinek kręgosłupa. Kwiatowa woń, niczym macki zaciska się na szyi nieszczęśnika.

Ani jedno oko nie zwraca się w stronę niezwykłego cienia, a przecież lada chwila będzie on powodem niemałego poruszenia. Rozlegną się krzyki, jęki, kilka istot szybko straci równowagę, kilka rzuci się w wir walk. Tymczasem język-ręka odbywa swoją podróż niepowstrzymanie. Bez przeszkód pełznie dalej, omal sięgając przezroczystego stwora. Już prawie sięga po jedną z jego gałek ocznych. Jest tuż, tuż. O włos od chaosu.

Spada na nią ostrze. Mój miecz. W całej sali zapada cisza. Wszystkie oczy wpatrzone są w moją osobę z wyrazem przerażenia, zdziwienia, niepewności. Ocieram metal ze śliny i krwi, ignorując całe to towarzystwo. Wolę, by pozostali w swoich światach, gdziekolwiek one są. Tam są bezpieczniejsi, szczęśliwsi, nie myślą i nie boli.

Słyszę swoje imię, wstaję i wychodzę. Zaraz znów pomieszczenie napełnia się gwarem i wszystko zaczyna się od początku. Czy więc był sens powstrzymywać to, co nieuniknione? Przecież mówią, że myślenie nie boli. Ja powtarzam, że to bzdura. Nie ma nic bardziej bolesnego.

 

No dobrze, chyba to i tak było już za dużo, jak na jeden dzień. Miłego dnia.

A… Właściwie, jeszcze jedno.

Tagi:
#namarginesie
środa, 26 stycznia 2022

Z ogłoszeń drobnych: sekcja ogłoszenia matrymonialne

On. Średniej wysokości, ale nie za duży, postawny szatyn, szuka kogoś na stałe. Nie za stary, ale też już nie najmłodszy. Charakter? Przyjacielski i oddany. Doskonały towarzysz długich, spokojnych spacerów i beztroskich, spędzonych w domu chwil.

Jeśli możesz, udostępnij.

 

 

Mała zmyłka z mojej strony. To nie jest ogłoszenie matrymonialne a prośba. Jedna z wielu, które wysyłają w świat ludzie, którzy chcą, by w końcu pewien pies znalazł swojego człowieka.

 

Pamiętacie Bezpańcia? Na prawdę nazywa się Homer (bardzo literacko, prawda?). Niestety, podobnie jak bohater swojego imiennika, psinka przebywa istną odyseję po domach tymczasowych, hotelikach... Nigdzie na horyzoncie wytęsknionej Itaki - stałego domu.

 

Dzisiaj jest krótko. Dzisiaj nie ma pracy domowej obowiązkowej. Jeśli tylko możesz, pokazuj Homera. Może, zobaczy go ktoś, kto zechce być jego człowiekiem. Może ten ktoś kogoś takiego znajdzie. Przecież on musi tam gdzieś być.

 

 

 

 

Mam świadomość, że są dziesiątki, a nawet setki psów, które potrzebują, by ktoś je pokazał. Nie uda się pomóc im wszystkim. Można zrobić to choćby dla garstki.

środa, 19 stycznia 2022

Książka czeka na Ciebie

Ja wiecie, nie pisuję recenzji.

 

To również nie jest recenzja, a swoisty komentarz z poleceniem (całkiem ciekawie zgrało się to z blogowym wpisem kanapowicza Possi). Jakiej książki? Zdradzę na końcu.

 

 

Książka czeka na Ciebie

Tak właśnie obwieszcza pierwszy rozdział. Takimi słowami zaczyna snujący się przez ponad trzysta siedemdziesiąt stron tekst. Ale czymże jest trójcyfrowa liczba stron (nierozpoczynająca się od jedynki (ani dwójki)) wobec głodu lektury?

 

Ta książka na mnie faktycznie czekała. Wydana w 1960 roku pozycja Wydawnictwa Śląsk jest swoistym zbiorem wiedzy, którą „każdy miłujący czytanie powinien posiąść”. Od budowy książki z technicznej strony (aczkolwiek, w kilku miejscach odrobinę różniąca się od obowiązujących obecnie norm choćby introligatorskich) przez historię do podbudowujących „serce i duszę” czytelników frazesów. To wszystko znajdziemy w tej pozycji o ile…odsączymy odrobinę przepisowej propagandy.

 

 

 

Jak czytać i korzystać z książki

Tak, rozumiem konsternację nad tą częścią. Książka, z introligatorskiego punktu widzenia, jest niezwykle prosta: ma więcej niż 48 stron z okładką, składa się ze składek skompletowanych i podstawowych połączonych we wkład, oprawy (tu występują różne rodzaje i typy (nie będę tym zanudzać)) i innych elementów (obwoluta, opaska, wkładki itp.). Bierze się ją do ręki, otwiera i…znika (znaczy, czyta). Żadna wielka filozofia.

 

Tymczasem autor udowadnia nam, że jednak jest w tym dużo filozofii (nawet on nie podejmuje się wyzwania opisania ich, wspomina tylko o fakcie). Co jeszcze ciekawsze, istnieje niepisany (już zapisany) zbiór zasad, którym powinno się kierować w czasie czytania, który nie ogranicza się jedynie do higieny samej czynności.

 

Ale tego jeszcze mało. Z uporczywą, aczkolwiek niezanudzającą cierpliwością zostajemy wprowadzeni w tajniki pracy wydawcy, księgarza, bibliotekarza i wielu innych. Autor opowiada o technologiach, przytacza wyniki ankiet, prezentuje piękne grafiki (w niewielkiej ilości, ale wiadomo, jak to jest z tymi ilustracjami). Omówione mamy więc arkana pracy związanych z książką ludzi, ale nie tylko.

 

 

 

Wrogowie i przyjaciele książek

Znów dziwny tytuł. No ale jak to? Spodziewajmy się zatem szeregu osobistości „tych złych” (na czele z nazistami i inkwizycją) i tych dobrych. Również wiele ciekawostek, anegdot lub informacji na temat autorów, badaczy czy bibliofilów. Wiecie, ile za Trylogię dostał Sienkiewicz? Tak, takie ciekawe informacje można tam odgrzebać (włącznie z małym smaczkiem, wypowiedzią żony A. Głowackiego na temat prawdziwości niektórych bohaterów „Lalki”). Nie wiem, jak Wy, ale mnie już Szanowny Autor przekonał. Należy do tego dodać kawałek historii książki, drukarstwa, bibliotek, exlibrisów… Obawiam się, że każde kolejne słowo będzie już zbytnim spojlerem.

 

 

Umiejętność wybierania książek

Ten temat też jest poruszany jako bardzo żywotny (nadal, mimo upływu lat), Dorównujące mu ważnością jest również zagadnienie szerzenia czytelnictwa (w sposób emanujący szacunkiem dla potrzeb drugiego człowieka), występowanie na rynku masowego zjawiska czegoś, co autor nazywa szmirą (podając nawet definicję takowej literatury). Ponadto, po odfiltrowaniu propagandy można, z kartką i długopisem, powiększyć listę „do przeczytania” o bardzo wartościowe pozycje.

 

Za wartość dodaną można tu uznać uskrzydlającą moc słów. Żywym dowodem jest ten tekst, który powstał właśnie po przeczytaniu książki. Jak udało mi się wspomnieć, nie pisuję recenzji. Rzadko, zdarza mi się sklecić dłuższą opinię z poleceniem.

 

Wedle obietnicy, podam teraz tytuł omawianej pozycji. Mogłaby się nazywać: „Balsam dla duszy i kompendium wiedzy dla czytelnika”, ale opatrzono ją nazwą: „Od papirusu do bibliobusu” C. Kwiecień. Poniżej prezentuję okładkę.

 

Może gdzieś, kiedyś na horyzoncie pojawi się nowa lektura o podobnej tematyce. Jeśli będzie, to na nią poczekam. Z przyjemnością.

 

 

 

środa, 12 stycznia 2022

Na marginesie (8) 3/3

Moją intencją nie było zaczynać roku marginesem. Właściwie, był jakiś pośredni wpis, ale zniknął. Świata by nie naprawił. Niestety.

 

Kazania miało nie być.

 

Często zastanawiało mnie, jak to jest. Dlaczego ludzie boją się schronisk? Dlaczego mają opory przed pójściem tam, zapoznaniem się z psem a wolą iść do hodowli lub, co jeszcze gorsze, pseudo hodowli i kupić szczeniaczka? Dlaczego wolą, w razie kłopotu, posunąć się do porzucenia zwierzaka lub poddania go amatorskiej eutanazji (utopienie, zabicie itp.) niż oddać go do instytucji, która może zapewnić mu nowy dom? Gdzie zbłądziliśmy? Czy przyznanie się (gdy jest to prawdą): „Nie jestem w stanie odpowiednio zająć się psem, ale chcę, żeby był szczęśliwy” jest aż tak hańbiące?

 

Pozostawię te pytania do osobistej odpowiedzi i rozważania. Proszę nie kierować się przy tym wyłącznie powierzchownymi wnioskami. Proszę szukać głębiej, dalej, pozwolić sobie na kierowanie się czystymi faktami, nie emocjami.

 

Wracając do Sherlocka: Można by stwierdzić, że robi coś złego. W pewnym sensie tak. Jest w stanie zaopiekować się psem i zwierzak też się do niego przywiązał (wiemy już o tym, jak wiernie mu towarzyszył). Jednak mamy tu takie bohaterskie wyznanie, szczerość połączoną z postawieniem swojej postawy pod znakiem zapytania. „Czy jestem odpowiednim człowiekiem dla mojego psa?”. Na to pytanie powinien odpowiedzieć czas. Decyzji nie podejmuje się z dnia na dzień. Jeśli osoba pisząca tak by zrobiła, już trzy razy odwoziłaby Watsona do miejsca, z którego został adoptowany. A jednak jest tu, pod ręką i spokojnie sobie drzemie.

 

Po co w takim razie jest ta trzecia część? W żadnym razie ta historia nie mogła zakończyć się bez satysfakcjonującego rozwiązania tej sprawy. Rzeczy się pokomplikowały i niezbędne było, by autor pofatygował się osobiście tę sprawę rozstrzygnąć. Oczywiście, nie mógł tego tak naprawdę zrobić. Wysłał swojego przedstawiciela (jednego z dwóch). Co z tego wynikło?

Wszystkie błędy Sherlocka Holmesa cz.2

Detektyw nie był rozczarowany, gdy zastał zamknięte schronisko. Był za wcześnie, ale nie chciał marnować czasu. Przede wszystkim, nie ufał sobie. A nóż dopadną go wyrzuty sumienia, albo pochłoną go myśli, że postępuje źle?

 

Watson czuł, że coś się kroi. Był spokojny. Może wiedział, albo miał nadzieję, że jego pan go nie zawiedzie. Nigdy nie przestawał w niego wierzyć.

Na horyzoncie pojawiła się średniego wzrostu ciemna blondynka. Po jej ubraniu było widać, że nie stara się znaleźć sobie partnera: wręcz przeciwnie, była ubrana jak chłopak, nie za wysoka, praktycznie zaniedbana. Poprawiła czapkę i wbiła wzrok w psa, poprawiając okulary.

 

— Cześć, Watson. Brakowało mi ciebie. — Uśmiechnęła się do zwierzaka, który polizał ją po policzku. — Jesteś dżentelmenem.

 

— Ehem? — kaszlnął mężczyzna.

 

— Mam nadzieję, że nie nazywa się pan Sherlock Holmes.

 

Nie mógł powstrzymać zdziwienia. Jeszcze dokładniej przeanalizował osobę swojej rozmówczyni. Odcisk na palcu prawej ręki zasugerował mu, że dużo pisze odręcznie. Musiała też dużo czytać.

 

— Milczy pan, więc nim jest. Tego się bałam — dodała po chwili. — Proszę, może pan próbować się bronić.

 

— Jestem pod wrażeniem, pani...

 

— Nemo. Zobaczę, co się da zrobić w pańskiej sprawie. Proszę wejść.

 

Otworzyła bramę i zaprowadziła obydwu do biura: malutkiego pokoiku pełnego kotów, worków po karmie i teczek. Ledwie można było w nim oddychać przez wszechobecną sierść i zapach kociego jedzenia unoszący się w powietrzu. Kobieta przepędziła jednego z mruczków z biurka i rzuciła czapkę na wieszak. Pod bluzą miała plakietkę.

 

— Ignotus to imię czy nazwisko?

 

— Nazwisko. Nie mógł pan sam tego wydedukować? Zdaje się, że się, że jest pan detektywem.

 

Siadając na krześle, rozciągnął usta w uśmiechu. Kto mógłby się spodziewać, że ta wizyta będzie taka fascynująca. Zamiast potyczki ze zdziwaczałą starszą panią mógł doświadczyć osobliwego wyzwania.

 

— Pani musi dużo czytać.

 

— A pan, dla odmiany nie. Podpisał pan umowę adopcyjną i nawet pan jej nie przeczytał.

 

— Jaką umowę?

 

Holmes był w szoku, ale starał się nie tracić zimnej krwi. Uśmiechnął się blado, gdy Ignotus pokazała mu podpisany przez niego dokument. Leżał akurat w teczce opisanej bieżącym rokiem przy przekładce tego miesiąca, na samym wierzchu.

 

— Przez ten dokument nie może pan oddać Watsona. Rozumiem, że powód jest ważny. Może mogę jakoś pomóc?

 

Chwilę się zastanawiał, złożywszy ręce w piramidkę. Musiał zebrać myśli a blondynka i tak cierpliwie czekała.

 

— W jaki sposób?

 

— Przez rozmowę, jak zgaduję. Za wiele i tak nie mogę zrobić. Dlaczego chce pan go oddać?

 

Znów zapadła cisza, w której było słychać tylko szelest kartek. Nemo schowała teczkę do szafki za sobą, odganiając kolejnego kota. W tym samym czasie inny wpakował się na biurko. Pogłaskała go z rezygnacją.

 

— Nemo to nie jest twoje prawdziwe imię, tak?

 

Najwyraźniej kobieta miała dość. Zabębniła palcami po stole, westchnęła i spojrzała na psa:

 

— Watson, powiedz, dlaczego on cię nie chce. Naprawdę nie mam czasu na bezcelowe rozmowy. Co zbroiłeś?

 

Zwierzak pochylił głowę na bok, jakby nie zrozumiał i zamachał ogonem. Wiedział, że mówiła do niego.

 

— Nic. Nie chodzi o niego, tylko o mnie.

 

— A podobno jest pan dość inteligentnym człowiekiem. Wiem, istnieją różne rodzaje inteligencji, ale opieka nad psem, w swojej najprostszej wersji, nie wymaga wiele. Trochę uwagi, trzy spacery dziennie albo więcej, micha i tyle.

 

Detektyw przestał jej słuchać, gdy powiedziała "Jest pan dość inteligentnym człowiekiem". Na swój spokojny, chłodny sposób powstrzymał to, że omal gotował się z oburzenia.

 

— Czy próbujesz mnie obrazić, ...

 

— Nemo. Nie, nie próbuję.

 

— To nie jest imię. Oznacza "nikt". — Skrzyżował ręce na piersi.

 

— Jak ty z nim wytrzymałeś, Watson?

 

Sherlock wybuchł śmiechem. Opanował się w jednej chwili, posmutniał i wbił wzrok w psa. Tak gwałtowne podróże po całym spektrum emocji były dla niego nowością. Obecność psa jakoś go zmieniała.

 

— Nie sądzę, że mogę mu zapewnić wszystkiego, czego potrzebuje. To żywe stworzenie, a ja, jak stwierdził sędzia rodzinny, jestem niezrównoważony.

 

— Proszę posłuchać, panie Holmes. — Jednym ruchem zgoniła burego kota z papierzysk. — Tego psa nie obchodzi opinia biegłych, psychopatów czy innych wariatów. On patrzy na pana i widzi swojego człowieka. Niczego więcej nie chce. Jeśli jest panu potrzebny po prostu przyjaciel, on nim będzie.

Watson machał ogonem i patrzył swojemu panu prosto w oczy, jakby chciał potwierdzić, że każde to słowo jest prawdą. Bo było. Dlaczego jego człowiek nie potrafił rozumieć tego, co do niego mówił?

 

— Tak?

 

Oczywiście, że tak, zdawał się mówić, kładąc głowę na jego ręce. Możesz na mnie liczyć.

 

— Skoro już się dogadaliśmy, panie Holmes, nazywam się Ignotus*.

 

— Sherlock Holmes, co już wiesz. Powiesz mi coś o przeszłości Watsona?

 

Kobieta sięgnęła po notatnik i chwilę go kartkowała. Detektyw, nie ważne jak się starał, nie był w stanie niczego rozczytać. To było bardziej zawiłe niż chiński alfabet. Pisany pod kosmicznym kątem, chyba pismem lustrzanym.

 

— O jego przeszłości można powiedzieć równie dużo, co o kręgach w zbożu. Mógłby przylecieć w UFO. Znaleziono go w lesie. Wcześniej ktoś widział, jak gonił czerwonego pickupa. Nie dał się szybko złapać. Dopiero gdy potrącił go samochód i mocno zgłodniał, udało się go nakłonić do współpracy.

 

— Ze mną nie miał problemu.

 

— Tak. — Otworzyła szufladę w biurku, by wrzucić tam notes. — Są dwie teorie. Albo w jakimś stopniu przypominasz jego poprzedniego właściciela, albo wyczuł, że jesteś jego sprzymierzeńcem, albo...

 

— To będzie już trzecia teoria — zauważył.

 

— Tak. Są rzeczy, których nie można wytłumaczyć. Może właśnie tak właśnie miało się stać? Kto wie? Sherlock Holmes i Watson: nowy, kryminalny duet. To by się nawet nadawało na serial.

 

— Żeby to miało sens, potrzebowałbym kronikarza. Zdaje się, że piszesz.

 

Ignotus złożyła dłonie na biurku, rozmasowując odcisk. Wiedziała, w jaki sposób odgadł. Przejrzała go.

 

— Nie wiem, czy to taki dobry pomysł. Mogę polecić kogoś innego. Choćby Alana...

 

Przerwał jej gestem ręki. Nie poszło po jego myśli. Podsunął kobiecie małą, wygrzebaną z kieszeni kartkę:

 

— Z kim mogę się skontaktować, jeśli będę miał jakieś pytania?

 

Ignotus zapisała trzy numery, od razu wyjaśniając:

 

— Pierwszy jest do weterynarza, który prowadził leczenie Watsona. Po wybraniu trzeciego będziesz mógł porozmawiać z naszym behawiorystą Danem Markiem.

 

— A drugi?

 

— Jest do osoby, która zajmowała się tym psem, gdy tu trafił. Rzadko kiedy odbiera. Jeśli zaginie ci ta kartka, możesz zadzwonić do kierowniczki schroniska.

 

Holmes podziękował i pierwsze, co zrobił po przekroczeniu bramy to wybranie drugiego numeru. Długą chwilę nikt nie odbierał, aż włączyła się sekretarka. Schował komórkę do kieszeni z lekkim rozczarowaniem.

 

— Zaczynam żałować, że dałam ci ten numer. — Ignotus stała w bramie z rękami skrzyżowanymi na piersi. — Pilnuj go, Watson.

 

Polecenie zabrzmiało, jakby było wypowiedziane do żołnierza, a nie do psa. Zwierzak nie zasalutował, ale przytaknął głową i na komendę swojego pana wskoczył do taksówki. Tak, teraz był zupełnie pewien: zostaje. Jego pan go nie opuści i on też nie opuści jego. Za żadne skarby.

____

* Faktycznie imię i nazwisko zastąpiono słowem Ignotus (o znacznie proszę pytać Gordianusa, nazwał tak jednego trupa i wie, co to oznacza) stąd tak wiele powtórzeń tego słowa w tekście. Aha, i jeszcze nie mylić Nemo z nemo, to dwa nieco różniące się od siebie hobbity.

 

Praca domowa nieobowiązkowa: Pomyśleć z uprzejmością o jakimś schronisku lub fundacji pomagającej zwierzętom. Wychodzimy jeszcze z okresu sylwestrowego, który obfitował w zagubione i znalezione zwierzaki (niestety, niekiedy martwe). Pomoc może być szczególnie potrzebna.

 

Miłego dnia!

Tagi:
#namarginesie
wtorek, 28 grudnia 2021

Sylwestrowy Psirvival, czyli poradnik dla człowieka i jego psa (i nie tylko)

Kiedy większość osób martwi się o przygotowaniu przekąsek czy imprezowych kreacji nie należy zapominać o przygotowaniu także swoich zwierząt. Nie jest tajemnicą, że zazwyczaj właśnie fajerwerki, które część osób tak bardzo lubi, sprawiają sporo kłopotów zwierzętom zarówno dzikim jak i domowym.

 

Pozwolę sobie przytoczyć pewne informacje, jednak proszę o powstrzymanie negatywnych emocji. Dla spełnienia potrzeby serca, po wstępie teoretycznym (niekiedy tzw. laniu wody (pierwsza część)) pojawi się garść praktycznych porad dla właścicieli psów i nie tylko.

 

 

Sztuczne ognie – kilka sekund szczęścia, a potem…

 

Jakie to piękne. Wzlatuje ze świstem pod niebo, a potem wybucha. Czasem jeszcze się skrzy. Takie zachwycające! Dla człowieka.

 

Zwierzęta widzą raczej przerażające, głośne zjawisko. Nie rozumieją go, a to wzbudza w nich strach. Czasem, na drugi dzień po hucznym świętowaniu znajduje się padłe ze przerażenia i wyczerpania ptaki. Ale nie cierpią tylko skrzydlate i dzikie stworzenia*.

 

Prawdziwy koszmar przeżywają zwierzęta domowe. Niektóre zdołały przywyknąć, ale u wielu widać wyraźne oznaki przerażenia. Ile psów czy kotów uciekło wystraszone odpalonymi petardami? Co można z tym zrobić? (tu odsyłam do drugiej sekcji).

 

Oczywiście, na tym nie kończy się kłopot ze sztucznymi ogniami. To nie jest tak, że po wystrzeleniu wszystko magicznie się rozpływa. Nie. Niekiedy papierowe bazy, drewniane kijki lub (najgorsze z nich wszystkich) plastikowe czubki zalegają tygodniami na chodnikach czy trawnikach. Nie wspominając już o zabłąkanych rakietach (lub odpalanych – o zgrozo! - „z ręki”), które, jak co roku, powodują przynajmniej kilka wypadków urwania placów, oparzenia lub podpalenia.

 

Pojawia się w takim razie pytanie, czy warto strzelać? Nie można powiedzieć, że nie wolno. Można, ale serdecznym gestem byłoby robić to wyłącznie w wyznaczonym do tego czasie (w tym roku osoba pisząca usłyszała strzały jeszcze przed Bożym Narodzeniem). Pamiętaj. Jeśli nie musisz, nie strzelaj.

 

*Znów, nie wspominając jeszcze o osobach nadwrażliwych na hałasy (tak, można być człowiekiem i bać się fajerwerków)

 

Psirvival

 

  1. Przygotowanie:

Niezbędne będą:

- Adresatka przyczepiona do szelek/obroży;

- Czip, ale zarejestrowany w bazie (inaczej jest bezużyteczny);

- Bezpieczne miejsce (najlepiej takie, żeby zwierzak czuł się komfortowo) można włączyć muzykę, by zagłuszyć hałas z zewnątrz;

- Spacer wcześniej, tylko na smyczy;

- Umieszczenie psa w domu, jeśli zazwyczaj mieszka na dworze i boi się hałasu;

- Istnieje możliwość podania tabletek uspokajających, ale tu należy uważać (są środki, które otępiają tylko reakcję, pozostawiając zwierzę w dość traumatycznej sytuacji).

  1. W krytycznym momencie:

- Zachowaj spokój!!;

  1. I po fakcie, zwierzak mi uciekł:

- Nie panikuj;

- Na bieżąco śledź media społecznościowe a w szczególności dedykowane grupy lokalne (zwierzęta, znalezione/zaginione);

- Umieść ogłoszenia (media społecznościowe, ogłoszenia papierowe, olx);

- Jeśli pies ma adresatkę/chip bądź stale pod telefonem;

- Zostaw w miejscu, w którym ostatnio było zwierzę coś, co ma twój zapach razem z wodą do picia (możliwe, że czworonóg wróci w to miejsce);

- Nie zakładaj najgorszego. Wszystko będzie dobrze 😊

  1. Cudze zwierzę na mojej głowie:

- Zabezpiecz (umieść na swojej posesji), zabierz do kliniki weterynaryjnej lub zadzwoń po straż miejską;

- Jeśli zwierzę ma adresatkę, super. Skontaktuj się z właścicielem – musi się martwić;

- Jeśli zwierzę nie ma adresatki, weterynarz powinien mieć możliwość sprawdzenia chipa;

- Jeśli możesz, umieść ogłoszenie o znalezieniu zwierzęcia (media społecznościowe; ogłoszenia; olx);

- Nie zapomnij napoić nieszczęśnika, możesz go też nakarmić, ale, przede wszystkim zapewnij mu ciepło;

 

Pamiętaj, że okres po Bożym Narodzeniu/feriowy jest też czasem wzmożonego porzucania zwierząt (już się nacieszono prezentami). Jednakowo, nie każde przerażone, biegające samopas stworzenie jest od razu bezdomne.

 

Więcej sposobów pomocy zwierzakom w tak trudnym czasie można znaleźć w Internecie. To tylko kilka z nich.

 

Bezpiecznego Świętowania Nowego Roku Wam i Waszym podopiecznym,

n

środa, 22 grudnia 2021

No to są Święta (albo zaraz będą)

Dla podkreślenia dramatyzmu nie będzie wprowadzania, choćby się przydało.

 

Legenda: Dlaczego zwierzęta mówią ludzkim głosem w Wigilijną Noc.

 

Usiądź w kole strudzony Wędrowcze.

Ciepły płomień niech ogrzeje twoje zmęczone członki.

Jego wesołe trzaskanie niech ukoi twój umysł.

Ta opowieść niech przeniknie twoją duszę.

To historia od nas starsza.

To dzieje, o których zapomniano.

Miejsce miała dawno, dawno temu,

Gdy jeszcze człowiek był niemową.

Otwórz serce i posłuchaj.

 

Pewnego dnia dziejów pradawnych zebrały się wszystkie zwierzęta władające wspólnym językiem na polanie. Zebry siadły z lampartami, słonie obok świń a ptactwo przy wilkach. Nawet ryby, czujące wstręt do powietrza wychyliły swoje głowy ponad wodę, by posłuchać.

 

Pierwszy mówił lew, król kontynentu, na którym narodziło się życie:

 

— Drodzy bracia. Drogie siostry. Naradzałem się z naszymi przyjaciółmi z innych królestw, w sprawie nadzwyczaj dla nas ważnej.

 

Mówiący potrząsnął puszystą grzywą i podrapał się za uchem. Nie był to gest znudzenia a miał na celu odpędzenie natrętnych, spóźnionych much:

 

— Tą sprawą jest człowiek. To stworzenie, które zdaje się nie tylko nie należy do naszego świata, ale też się w nim panoszy. Zajmuje nasze terytoria, porywa nasze młode albo nas zabija.

 

Głos zabrał orzeł, dumny przedstawiciel ziemi zza oceanu. Strosząc pióra zaczął opowiadać o okropnościach, które widział swoim doskonałym wzrokiem. Na koniec dodał:

 

— Człowiek jest niebezpieczny. Co powinniśmy z człowiekiem zrobić?

 

Zwierzęta naradzały się siedem dni i siedem nocy. Ustaliły, że jedyne, co im pozostało to nauczyć ludzkie istoty swojego języka, by pokazać im bogactwo ich kultury. Wszystkie zgodziły się, że to najlepszy pomysł. Tylko jak miały tego dokonać?

 

Zaraz kukułka wymyśliła taki plan:

 

— Trzeba porwać małego człowieka, kiedy ich umysł jest podatny poznawanie. Zamiast uczyć go robić broń, czy zabijać zwierzęta, nauczmy go naszego języka i zwyczajów.

 

Tak też zrobiły. Dobrały pięć istot, które miały pozyskać i opiekować się małym człowiekiem: papugę, niedźwiedzia, kangura, wilczycę i sokolicę. Zwierzęta te rozdzieliły pomiędzy siebie role i wybrawszy się do wioski dokonały porwania.

 

Wiele lat uczono rosnące dziecko zwierzęcego języka i kultury. Wpajano mu szacunek do innych stworzeń i życia. W końcu, nazwano go Tym Człowiekiem.

 

Wybraniec każdy dzień rozpoczynał od polowania z wilkami. Kiedy polował wybierał zwierzęta słabe, zabijał je szybko a dokonując tego mówił:

 

"Siostro, bracie, wybacz mi."

 

Nie zabijał ponad to, co potrzebował, żeby przeżyć.

 

Papuga uczyła go potem obycia zwierząt, a wszystkie istoty kochały go miłością braterską.

 

Nie trwało to długo. Wkrótce Temu zaczął doskwierać osobliwy rodzaj samotności. Ogarnęła go melancholia, która sprawiła, że jego ruchy stały się nieporadne i pozbawione życia. Zwierzęta zrozumiały, że nadszedł czas, by wybrany wrócił do innych ludzi. Wyprawiły go więc pełne nadziei.

 

Minęły lata, a nic się nie zmieniało. Dalej rodzaj ludzki nie szanował zwierząt i nie chciał z nimi rozmawiać. W takiej sytuacji, po kolejnej naradzie, niewielka grupka polnych jaszczurek miała zbadać co stało się z Tym Człowiekiem. Rozeszły się na osiem stron świata.

 

Oczekiwano na posłańców trzy doby. Powrócił tylko jeden a wieści, które przyniósł były okrutne. Ten Człowiek został zabity przez innych ludzi. Zdołał nauczyć ich zwierzęcego języka, jednak nie chcieli się mu podporządkować. Umarł, gdy wstawił się za bezbronną istotą.

 

Zwierzęta opłakiwały Wybranego trzy dni i cztery noce, według zwyczaju. Po tym zebrała się rada, która ustaliła następujący werdykt:

 

"Odtąd człowiekowi szans nie będziemy do rozejmu dawać. Bez wyraźnej potrzeby z nim nie współpracować. Zwierzęta będą się wyłącznie językiem gatunku posługiwać, z wyjątkiem nocy przesilenia zimowego."

 

Rozeszły się istoty używając już własnych dialektów. Odzywają się tylko językiem zwierzęcym w Wigilijną Noc, jednak dbają, by nikt ich nie słyszał. Opowiadają sobie o Tym Człowieku i przekazują przez pokolenia dawne dzieje.

 

Człowiek przyswoił zwierzęcy język jako swój i nazwał ludzkim. Posługuje się nim po dziś dzień. Z czasem podjął też próby nauki języków gatunków, które ułatwiły mu życie wśród zwierząt. Ci, którzy potrafili się nimi posługiwać w stopniu znacznie lepszym nazywani byli Zaklinaczami.

 

To już koniec.

Ruszaj w dalszą drogę.

Zapomnij opowieści tej bajkową treść.

Może to się stało.

Może tylko w czyjejś głowie powstało.

Na co czekasz, Wędrowcze.

Leć...

 

 

 

Dobrze, już koniec tego zmasowanego ataku. Można wyjść ze schronów.

 

Dla jasności. Historia powstała owszem, pod znacznym wpływem obu Ksiąg Dżungli (widać) i w wielu miejscach jest jakby niekompletna. W istocie, sam jej zarys stworzyło dziecko. Dziecko, które dopiero co nauczyło się czytać i pisać a pani Polonistka zadała zadanie, by napisać legendę o tym, dlaczego zwierzęta mówią w Wigilijną Noc. To dziecko, kilka lat później zniszczyło pierwopis, ale historia dalej w nim żyła. Co gorsze, domagała się powrotu na celulozowy twór! I wróciła. Pełna mistycyzmu, przesiąknięta poznanymi dziełami, które ukształtowały niesfornego ducha.

 

Mniejsza o tym. Pozostawiam nietypową, Świąteczną kartkę razem z zadaniem: Dlaczego, twoim zdaniem, zwierzęta mówią ludzkim głosem w Wigilijną Noc?

 

 

Pozdrawiam,

n

 

Ps. A teraz, w ramach ćwiczeń, proszę się uśmiechnąć. Tak bez powodu.

 

środa, 15 grudnia 2021

Na marginesie (8) 2/3

Dzień dobry,

 

Chmurnie dziś, jakby pogoda (znana z podobieństwa do kobiety) postanowiła odwrócić się białymi plecami i niby od niechcenia fuknąć: „domyśl się”. Ach, to wysokie ciśnienie!

 

Proszę się nie śmiać. Krzysztof wprowadził mnie w dziwny humor (jakże pięknie byłoby, gdyby książka nie wpływała na czytelnika). Trzy głębokie wdechy i przestaję. Obiecuję.

 

Za każdym razem zaczynam coraz głębiej rozumieć, że moje wywody na temat zwierząt, szacunku itp., nie są niczym zbyt odkrywczym, nowym i nie przebierając w słowach, to starta czasu. Dlatego chyba warto je sobie darować. Po co męczyć place (na komputerze języka to się raczej nie strzępi).

 

Zostawiam więc bez nierozwijającego fragmentu.

 

Niestety, poniższy rozdział podpada raczej pod kategorię „zapchajdziura”. Nie wnosi nic sensownego, poza zwykłą plątaniną słów. No, równie dobrze, mogłoby tu być około 8100 znaków „x” lub 1160 „bla” (wszyscy wiemy, że w normalnej książce coś takiego by nie przeszło, więc niekiedy nieszczęsny autor na siłę wciska jakieś nieznaczące frazesy). Co ma się stać, niech się stanie:

 

 

R1.Wszystkie błędy Sherlocka Holmesa cz.1

 

Detektywowi jakoś umknęła reszta wizyty w schronisku. Ostatecznie, zajęty myślami wylądował przed furtką z psem na smyczy i zmiętą kartką w kieszeni. Odczuwał pewien rodzaj satysfakcji, opuszczając to miejsce. Cała żałość przejawiająca się w błagalnych spojrzeniach i skowytach była już za nim.

 

— Pomożesz mi, Watsonie?

 

Zwierz szczeknął, jakby idealnie zrozumiał, co powiedział jego nowy pan. Bez problemu wpakował się do taksówki, przetrwał podróż i nawet pozbawiony smyczy posłusznie podążał za człowiekiem.

 

On naprawdę jest inteligentny, chwalił go w myślach Holmes. Zadziwiające.

 

— Muszę kogoś znaleźć, ale mam tylko kawałek ubrania. To na twoje siły?

 

W normalnym przypadku, mówienie do psa, detektyw uznałby za bezcelowe, ale miał wrażenie, że zwierzę przyjęło jego polecenie. Staranie wyeksplorowało nosem podaną mu tkaninę, kichnęło i ruszyło przed siebie. Z nadzwyczajną determinacją, raz obwąchując góry wiatr, a raz chodnik, kluczyli uliczkami zatłoczonego miasta. Zdecydowanie byli na tropie.

 

Dochodziło późne popołudnie. Holmes powoli zaczynał czuć znużenie, gdy piąty raz mijali ten sam pomnik albo spotykali tę samą osobę. Tylko widok tropiącego, pełnego entuzjazmu, czworonożnego przyjaciela sprawiał, że odnajdywał coraz to nowe siły. Prawdopodobnie tak musiał wyglądać, gdy sam wpadał w najbardziej fascynującą fazę śledztwa.

 

Tymczasem oddał swój umysł analizie otoczenia, a nogom powierzył jedynie zadanie podążania za zwierzęciem. W ten bezmyślny, ale wygodny sposób zaufał instynktom swojego nowego towarzysza.

 

Co za pies! Co za wytrwałość! nie mógł się nadziwić. Co za energia!

 

Krajobraz miasta uległ zmianie. Zdominowały go nie sympatyczne kamieniczki, a obskurne osiedla o ponurych ścianach. Coraz mniej mijali ludzi w porządnych ubraniach spieszących do pracy a coraz więcej zwykłych, szarych obywateli. Zdołali już oddalić się od centrum. Nie dziwiło to detektywa. Powstający w jego myślach obraz człowieka, którego ścigał, nabierał nowych, fascynujących barw.

 

Watson wpadł w jedną z zacienionych uliczek i stanął jak wryty, wskazując nosem osobnika siedzącego na rogu. Nie, nie był to bezdomny. Holmes rozpoznał to po kilku uważnych spojrzeniach: dwudniowy zarost, dobre ubrania ukryte pod szmatami i folią, ręce nieskalane pracą. To wszystko mogło zbudzić czujność nawet podrzędnego funkcjonariusza drogówki.

 

— Jesteś pewien?

 

Pół wyżeł jeszcze mocniej wyprężył się z łapą zastygłą w powietrzu. Jego mięśnie, oblepiające mocno widoczne kości naciągnęły się do granic możliwości. Tak, był zupełnie pewien.

 

Wzrost, rozmiar stopy, ogólne ukształtowanie twarzy. Wszystko się zgadzało. Detektyw dalej składał cały wizerunek poszukiwanego i z tej układanki wyłaniał się właśnie ten, siedzący przed nim człowiek. Czy nie poddawał się jakiejś dziwnej sugestii, która rozleniwiła jego zmysły?

 

— Morderca!

 

Nerwowy ruch i nagłe spięcie w całym ciele oskarżonego już ostatecznie utwierdziły Sherlocka w prawdziwości swojej teorii. Udało mu się, z wielką pomocą osiągnąć sukces.

 

— Poczekamy na policję.

 

Wybranie odpowiedniego numeru sprowokowało chwilę nieuwagi. Mężczyzna usłyszał szamotaninę, którą ucięło krótkie, stanowcze warknięcie. Odwrócił się. Watson właśnie ostrzegał usiłującego uciec człowieka, że nie żartuje. Z nieskrywaną dumą prezentował godny pozazdroszczenia komplet zębów. Strach w takiej sytuacji był jak najbardziej uzasadniony.

 

Jak ktoś mógł wyrzucić takiego psa? Pogłaskał zwierzę po kościstej głowie. Ten niewielki gest czułości przypadł psu do gustu, bo przymknął ślepia z rozkoszy. Gdybyś potrafił mówić, to byłbyś już prawie jak człowiek.

 

Funkcjonariusze, którzy przyjechali na wezwanie, zapakowali poszukiwanego do radiowozu i umknęli. Nauczyli się, że jeśli przy Sherlocku Holmesie zada się jakieś głupie pytanie, to można być nagrodzonym tyradą na temat swojego nieprzeciętnego braku inteligencji. Nikt, poza Inspektorem Lestrade, który po prostu lubił od czasu do czasu sprawić "konsultantowi" taką przyjemność, tego nie robił.

 

— Powinien pan go nakarmić — Zwrócił mu uwagę jeden z przechodniów i detektyw przyznał mu rację. Watsonowi najbardziej ze wszystkich należał się kawałek mięsa.

 

Jakie musiało być zdziwienie kobiety, stojącej za ladą w mięsnym sklepie, gdy do środka wszedł Holmes i wychudzony pies. Nie protestowała. Bez słów pojęła, co jest potrzebne. Z zaplecza przytargała dwie, świńskie nogi, które ledwo mogła unieść. Zaproponowała też pokaźną kiszkę wypełnioną mielonym mięsem i dorzuciła krowie ucho. Mimo wszystkich tych delicji, podróżujących po ladzie, myśliwski pies cierpliwie czekał na swój przydział. Właściciel nagrodził go za to wołowym delikatesem.

 

W drodze powrotnej mężczyzna z rozbawieniem obserwował, jak jego przyjaciel paradnie unosząc pysk, przerzuca zdobycz między zębami. Nadal nie mógł zrozumieć, jak można by porzucić takie cudowne stworzenie. Ten pies, według niego, był inteligentniejszy niż statystyczna połowa ludzkości. Z drugiej strony, rodziły się w nim wątpliwości. Jeśli powód, dla którego to zwierzę trafiło na ulicę, nie był błahy? Jeśli to było coś poważnego?

 

Watson instynktownie znalazł swój nowy dom. Była to urocza, trzypiętrowa kamieniczka, wtulona między dwa inne, równie odrapane budynki. Nawet drzwi były niemiłosiernie zniszczone, osłonięte gęstym baldachimem z bluszczu. Ledwo można było dostrzec na nich numer domu: 221B.

 

— Czuj się jak u siebie. — Sherlock otworzył mu drzwi.

 

— Za jakie grzechy. Brakowało tu jeszcze psa!

 

Starsza, sympatyczna kobiecina o wiśniowych włosach, w cyjanowym (niebieskim), dopasowanym komplecie wzniosła ręce do góry. Mimo swojej krępej budowy sprawiała wrażenie energicznej i właśnie taka była: była wszędzie. Jeśli akurat nie gotowała, sprzątała lub oglądała wszędobylskich tasiemców w telewizji, można było spodziewać się jej niemal w każdym miejscu.

 

— To nie jest pies, pani Hudson. To Watson.

 

Psisko przepraszająco polizało staruszkę po ręku. Wystarczył tylko błagalny wzrok ciemnych ślepi i się złamała. Podrapała go czule po szyi:

 

— No śliczny jesteś, biedaku. Zaraz pójdę po golonkę i zjesz tak, jak trzeba. Przestaniesz wyglądać jak sama skóra i kości.

 

Holmes chrząknął, unosząc torbę z dwoma świńskimi nogami. Kobieta aż się rozpromieniła:

 

— O wszystkim pomyślałeś. Może jednak mądry z ciebie chłopiec.

 

Ta wypowiedź wyraźnie wprawiła mężczyznę w dobry humor. Poczłapał do salonu, gdzie usiadł w swoim ukochanym fotelu, by sprawdzić pocztę. Nie czekała na niego żadna sensowna wiadomość, dlatego zagłębił się w aktualne gazety internetowe. Przeglądanie ich zazwyczaj pochłaniało mu kilka godzin, ale tego dnia nie miał na to ochoty. Zrezygnował po lekturze "Kroniki Kryminalnej" i zajął się obserwacją nowego współlokatora. Ten, właśnie z największym skupieniem ogryzał słusznych rozmiarów kość biodrową przyzwoitego knura.

 

Ten pies sprawia mi irracjonalnie dużo radości, pomyślał. Może naprawdę nie jestem dla niego odpowiednim właścicielem. Oddam go. Jutro

 

(Tak, w tym momencie też mam ochotę go zamordować. Nie tylko ty tak myślisz, czytelniku.)

 

Do północy Watson nie zdołał się całkowicie rozprawić z kością, za to cierpliwie wysłuchał czternastu koncertów skrzypcowych, wziął udział w indoorowym (wewnątrz pokojowym) konkursie strzelniczym (kibicował i nawet to nie sprawiło, że pani Hudson nie była zła) oraz wybrał się na spacer wzdłuż ulicy. Każdą z tych czynności wykonywał, machając ogonem i ufnie patrząc swojemu nowemu panu w oczy. Ten pan miał już nigdy go nie zawieźć, bo właśnie w nim pokładał nadzieję. Miał być jego panem tym, na którego czekał i za którego był gotowy oddać życie.

 

Jak mogłoby wydawać się detektywowi, gdy leżąc na łóżku, patrzył na nowego przyjaciela, że psisko zasługuje na najlepsze. Sherlock nie mógł mu tego zapewnić. Nawet nie znał się na psach. W jego mniemaniu mogły potrzebować całej masy specjalistycznych rzeczy, do których nie miał głowy, ani cierpliwości. Gdyby tylko Watson był człowiekiem i umiał sam o siebie zadbać. Nie potrzebowałby tak dużo.

 

Zwierzak podszedł do posłania swojego pana i położył pysk na materacu. Zdawał się mówić:

 

O czym myślisz? Czy coś się dzieje?

 

— Wszystko jest dobrze, Watson. Wszystko jest dobrze.

 

 

Chyba faktycznie należy tu zapytać, czy wszystko w porządku.

 

Tak, ta historia ma swoją trzecią część, ale nie pojawi się ona w najbliższym czasie. Na najbliższy tydzień (o ile uda mi się zebrać wystarczająco skutecznie) pojawi się coś… Na ten moment coś.

 

Miłego dnia,

 

n

 

Ps. Zawsze mnie zastanawia, czy ktoś w ogóle tu dociera… Strasznie tu daleko. A zimno! Brrr...

Tagi:
#namarginesie
czwartek, 9 grudnia 2021

Dwa spojrzenia (wirtualny album; kartka 1)

Robiąc porządki na telefonie czasem trafiam na robione kiedyś zdjęcia. To nie tylko zwierzęta, które kiedyś zdarzyło mi się znać. To miejsca, których już czasem nawet nie pamiętam (zazwyczaj nie pamiętam, z czego składało się moje śniadanie, więc to nic nowego). To chwile, które gdzieś umknęły (i chyba nawet lepiej). Na tych zdjęciach zazwyczaj nie ma ludzi. Są inne, dziwne elementy.

 

Właśnie. Dziś po raz kolejny moja droga przebiegała akurat obok tego jednego, nurtującego obiektu. Zawsze, jego widok napawa mnie dziwnymi uczuciami. Odrobinę przeraża. Stoi sam, pośrodku geometrycznie zbudowanego placu, otoczony patrzącymi nań ławkami, twarzą do boiska. Naokoło jest tylko kawałeczek żywopłotu (może tuja lub cyprys, nie mam pewności). Zawsze cichy, zastygły w ekspresyjnym, wyrywającym serce ruchu.

 

Tak, tak. Coś tam piszesz, ale o co chodzi? O pomnik. Na ciężkim cokole obłożonym płytkami (z których jednej brak), jest coś na kształt kamienia. Na nim, naga kobieta. Klęczy pochylona, ze związanymi na karku włosami. Nie jest młoda, co widać po jej twarzy. Ma przymknięte oczy, składa pocałunek, trzymając pomiędzy dłońmi głowę dziecka (chyba chłopca?). Mały ma ręce przerzucone przez jej szyję i gdyby nie to, wydawałby mi się martwy (może jest?). Też jest nagi, choć, gdy lepiej się temu przyjrzeć, między nimi jest jakiś materiał.

 

Od kiedy ten obraz powstał i utrwalił się w mojej świadomości, nic nie mogło powstrzymać mnie przed dowiedzeniem się co to jest. Na pomniku nie było żadnej tabliczki, więc wujek Google musiał pomóc.

 

Rzeźba „Macierzyństwo” z 1903 dłuta Wacława Szymanowskiego, ustawiona w parku w 1929 r.

 

Tak powiedziała ciocia Wikipedia i to wystarczyło. Wstępnie. „Macierzyństwo” wiele wyjaśniało. Przynajmniej pozwoliło mi inaczej spojrzeć na tą niepokojącą pozę, w której uchwycono postacie (właściwie, nie tylko u mnie wywołała tak mieszane uczucia, ktoś pokusił się o stwierdzenie, że dziecko właśnie zostało wyciągnięte z wody, co nadaje sytuacji jeszcze więcej dramatyzmu; to samo źródło podaje też, że jest to kopia).

 

Dziś rzeźba stała wyjątkowo inna. Inna dla mnie, bo pokryta cieniutką warstewką śniegu. Puchu utulającego matkę.

 

Może znów daję się ponieść melancholii…

 

Ach, Wacławowi Szymanowskiemu zawdzięczamy nasz piękny, warszawski pomnik Chopina (ten z Łazienek), niektóre rzeźby nagrobne na Powązkach i nie tylko. Tu odsyłam do artykułu z Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wac%C5%82aw_Szymanowski_(rze%C5%BAbiarz))

 

Te przelotne ułomki zaklętych w milczeniu historii, w rzeczach, które spotyka się na co dzień i zupełnie nie zauważa… Myślę, że to jeszcze nie koniec. Niekoniecznie w okolicy parku Traugutta. Jest wiele obiektów, które czekają na moment uwagi.

 

Oni stoją. Ja, idę.

 

Czy uczcisz ich istnienie chwilą kontemplacji?

 

Strona z Albumu (zdjęcia autora):

 

 

środa, 24 listopada 2021

Na Marginesie (8) 1/3

Nadal nikt nie chce Bezpańcia, a pod opiekę zajmującego się nim stowarzyszenia trafiło już inne, skrzywdzone stworzonko. Tym razem młodziutka suczka znaleziona w rowie z poważnie uszkodzoną łapą (spokojnie, jest już po operacji i dobrzeje).

 

Dlaczego znów wracam z tym tematem i robię to akurat na marginesie? Ponieważ chyba czas najwyższy przedstawić dwóch najsympatyczniejszych osobników z pewnej dziwacznej zbieraniny. Cała ta historia nosiła specjalną dedykację dla tych wszystkich, którym nie jest obojętny los bezdomnych lub/i porzuconych zwierząt i samych psów.

 

Warto zacząć od tytułu: Pies i jego detektyw. Teraz, zapewne łatwo dostrzec tu nawiązanie do jednej z książek z serii Opowieści z Narni. Słusznie, taki był zamiar, a osoba pisząca usprawiedliwia go w pewnym momencie w krótkim dialogu pomiędzy postaciami:

 

— […] Nadal nie rozumiem. On jest moim psem, ale nie zawahał się mnie zaatakować, gdy chciałem cię tknąć. Jest twój czy mój?

— Może tak naprawdę nie należy do żadnego z nas. To my jesteśmy jego ludźmi.

 

Zaczęło zastanawiać mnie, czy takie podejście do relacji ludzko-zwierzęcej, nie jest lepsze. Skazujemy zwierzęta na nasze towarzystwo, opiekę, humory i widzimisię. W ten sposób niektórzy zapominają o szacunku, jaki bezwzględnie naszym czworonożnym (ale też nie koniecznie czworonożnym) istotkom się należy. Szacunkiem nie jest całowanie po łapkach. To respektowanie naturalnych potrzeb, jakie posiadają. Stwierdzenie, że jest się człowiekiem swojego pupila (w przypadku kotów jest to chyba aż nader oczywiste) ustawia właściciela na pewnej pozycji każącej zadumać się nad swoją postawą. Doskonale wiemy, że zwierzaki potrafią sobie radzić bez ludzi i wystarczy tu przytoczyć choćby watahy psów z Moskwy, które nauczyły się korzystać z metra i dobrze prosperują. W przypadku, gdy przyjmujemy tę osobliwą postawę (pozostając nadal przywódcą stada), wszystkie nasze myśli idą w stronę samodoskonalenia się, nauki i rozwoju. Zadowala nas każdy przejaw obustronnego porozumienia a samo obcowanie z rozumianą i rozumiejącą istotą przynosi satysfakcję (oczywiście, nie jest to zupełnie konieczne, by osiągnąć takie właśnie odczucia). TBC

 

Dobrze, dobrze. Sporo tej refleksji, dlatego warto urwać ją w tym miejscu i kontynuować (jak wena pozwoli) w kolejnej części. Zupełnie odsunęliśmy się od tematu głównego, który ciągle wisi gdzieś nad nami i czeka (tak to jest, jak się pozwoli nemo wypowiedzieć na jeden z TYCH tematów, a potem są wyrzuty sumienia – jak po poprzednim wpisie, którego już nie ma).

 

Co dokładnie nas czeka? Trzy pierwsze rozdziały historii na swój sposób osobliwej. Otóż w większości wersji byłaby to historia o przygodach dwójki ludzi, która krążyłaby wokół wątków kryminalnych, psychologicznych, przygodowych a niekiedy i romantycznych. Ale nie. Nawet, zdecydowanie nie. Ten tytułowy pies nie jest jakimś obraźliwym określeniem funkcjonariusza służby porządkowej. Naprawdę chodzi o psa. Detektywa i jego psa, a właściwie: Psa i jego detektywa. Dobrze, wszystko po kolei:

 

 

Rozdział 0 (z ambicjami na 1.): Pobieżna introdukcja postaci głównych

 

Tego nie wiedzieli dziennikarze. Tego nie wiedziała policja. Tego nie wiedział nawet sam jegomość, którego ta sprawa dotyczyła. Nagle, zupełnie niespodziewanie wstał on z fotela, jechał godzinę taksówką, wbijając szare, bystre oczy w szybę i zupełnie niespodziewanie znalazł się tu. Znaczy, gdzieś tu, w krzyżowym ogniu strzelających zza krat błagalnych spojrzeń, pisków i harmidru.

 

Odrażające, westchnął, strzepując swój nienaganny, czarny płaszcz. Nie dawaj się rozproszyć.

 

Rozpoczął długą wędrówkę spojrzeniem po tych smutnych istotach, ich otoczeniu i wszechobecnej masie much. Gdyby nie to zapewne nie działoby się tu zupełnie nic. Tylko klatki ziałyby przyjemną, zimną pustką. Jakaś część mężczyzny chciała, by właśnie tak kiedyś było.

 

— Dzień dobry. W czym pomóc?

 

Biedak o mało nie podskoczył. Zajęty myślami nie słyszał, jak podeszła do niego energiczna, starsza pani.

 

Niewiele można było o niej wywnioskować. Na pewno była wdową, nie przejmowała się większością formalności i musiała bać się wody i mydła. Nawet jej buty, dość zniszczone glany przedstawiały historię zawrotnej liczby osób i lat. Tak ją odczytał: niegroźna wariatka. Skoro już wiedział kim jest mógł zaplanować ton i rozpocząć rozmowę.

 

— Dzień dobry. Potrzebuję psa. Wypożyczyć.

 

Kobieta szybko się odwróciła, by zamaskować piętrzące się w niej emocje. Wypuściła głośno powietrze i uprzejmie odpowiedziała:

 

— To jest schronisko. Nie wypożyczamy psów. Oddajemy je do adopcji, panie...

 

— Holmes. Sherlock Holmes.

 

Wyraźnie speszyło to rozmówcę. Poświęciła długą chwilę, by przegrzebać zakamarki swojej pamięci. Holmes czekał.

 

— Nie, nie kojarzę. Jest pan kimś znanym?

 

Nie licząc faktu, że co tydzień piszą o mnie w Internecie, gazetach i mówią w telewizji to nie, skomentował w myślach. Faktycznie nie jestem znany.

 

— Potrzebuję psa. Najlepiej takiego, żeby umiał coś wywęszyć.

 

— Myślę, że ktoś taki się znajdzie. Proszę za mną.

 

Weszli razem do obskurnego budynku, który w środku sprawiał wrażenie nieco ładniejszego niż z zewnątrz. Miał pokoje wyłożone kafelkami, a białe ściany zajmowały wyłącznie klatki. Właśnie do jednego z takich pomieszczeń wkroczyła starsza pani i detektyw.

 

Na samym końcu, tuż za rzędem ujadających w klatkach psów i miałczących kotów leżało żałośnie wyglądające zwierzę. Na widok nowoprzybyłych otworzyło tylko oczy i mruknęło. Musiało być młode, ale mimo to można było policzyć wyrostki na jego kręgosłupie i wszystkie żebra. Miał zupełnie ciemne oczy i usianą czarnymi plamami sierść. Nieznacznie poruszył uchem.

 

— Dobrze byłoby, gdyby ten pies jednak był żywy.

 

Mówiąc to, Holmes miał na myśli pozbawione mięśni kości i żałośnie wyglądające, pogryzione uszy. Nawet jeśli wielokrotnie widział ludzkie okrucieństwo, to wydawało się go przerastać. Odwrócił wzrok.

 

— On żyje. Był na skraju wyczerpania, gdy gonił samochód swojego pana, który porzucił go w lesie. Nie dawał się złapać. To pies myśliwski. Myślę, że do pana pasuje.

 

Sherlock złożył ręce z tyłu pleców i pochyliwszy się nad zwierzęciem, jeszcze raz westchnął. Czy został właściwie zrozumiany?

 

— Może wyrażę się inaczej: szukam psa, a nie zdechlaka.

 

— Pan go weźmie. Nie pożałuje pan. To idealny pies myśliwski i będzie najwierniejszym towarzyszem. Musi mu pan dać tylko szansę.

 

W tej chwili pies wstał, by obwąchać potencjalnego nowego właściciela. Usiadł przed nim, uniósł się i niczym człowiek, spojrzał mu prosto w oczy, kładąc dwie, wielkie łapy na jego ramionach. Mężczyzna stał jak zaczarowany. To było tajemnicze, imponujące i ekscytujące. Ten pies musiał być wyjątkowy.

 

— Jak się nazywa?

 

— Watson. Ten pies nazywa się Watson.

 

Watson, powtórzył w myślach. Dość dziwne imię.

 

— Myślę, że to właśnie jest pies, jakiego szukam.

Tagi:
#namarginesie
O nas Kontakt Pomoc
Polityka prywatności Regulamin
© 2022 nakanapie.pl