Avatar @ziellona

Ziellona & Wonder

@ziellona
Bibliotekarz
54 obserwujących. 54 obserwowanych.
Kanapowicz od 3 lat. Ostatnio tutaj 1 dzień temu.
muwit.pl
Napisz wiadomość
Obserwuj
54 obserwujących.
54 obserwowanych.
Kanapowicz od 3 lat. Ostatnio tutaj 1 dzień temu.

Blog

środa, 19 stycznia 2022

10* - 9* - 8* - Kanapowe odkrycia

Nadszedł czas podsumowań, których nie lubię. Bardzo nie lubię. Ale... stwierdziłam, ze jak nie podsumuję "odkryć czytelniczych" lat zeszłych, to gdzieś te perły przepadną... Także krótko, ale ufam, że na temat :)

 

 

Książki na dychę

Nieszczęście bycia Grekiem Nikos Dimou - 10*!

Oto Grek współczesny i jego kompleks niższości w stosunku do wielkich starożytnych. Oto Grek cierpiący na obrzeżach Europy, z którą się nie identyfikuje. Grek zagubiony, Grek krzykliwy, Grek bajkopisarz.
Grek posiadający dwa stany ducha - wielka euforię i wielka depresję.

Brutalnie prawdziwa książka o cechach narodowych Greków, choć bodaj w zadnym miejscu hasło ":cecha narodowa" nie jest wspomniane.

Kamień - Małgorzata KuźmińskaMichał Kuźmiński - 10*

Dam sobie obie ręce poobcinać, że nikt z Was, nigdy, czegoś podobnego nie miał nawet w rękach. Nie jest to też powieść obyczajowa. Nie jest to też dzieło socjologiczne ani etnograficzne. "Kamień" nie jest porównywalny z niczym. Z niczym, powiadam.
Z czym kojarzy się nam kryminał? Z trupem, śledztwem, dochodzeniem i wygraną sprawiedliwości.
No, to tego tu nie ma.
Ale kryminał jest. I to zdecydowany.

Cafe Museum  - Robert Makłowicz

Cóż to jest za książka! 
W sumie - nie ma się czemu dziwić. Przecież to Makłowicz. 
Miałam to szczęście, ze od razu dopadłam audiobooka. A czyta autor, zatem...
Mistrzostwo narracji, mistrzostwo opowiadania. Na bazie cafe i burka (czy innych delicji) Robert Makłowicz opowiada historie Galicji. Chorwacji, Serbii, Bośni, Austrii, Węgier, Rumunii, Ukrainy i Polski. Przesłuchałam ja już dwa razy i zamierzam trzeci. Zamierzam również nabyć wersje książkową, bo ilość cytatów i wiedzy, która się w książce pojawia, sprawia, ze (chociaż studiowałam bałkanistykę) ze czuje się ... niedouczona. 
Jak zawsze zwykle przy Makłowiczu.

Kroniki z życia ptaków i ludzi  - Aida Amer

 To jedna z tych książek do których się wraca...
 To jedna z tych książek, w których opis na okładce nie mówi nic... 
 To jedna z tych książek, w których fabuła służy tylko do snucia opowieści.
 To właśnie ta książka, po której przeczytaniu, nie możemy tak po prostu powiedzieć o czym była...

To nie jest saga rodzinna, to nie jest opowieść o życiu na wsi, to nie jest prosta opowieść o życiu. To historia XX wieku (bardzo szeroko pojętego) kręcącej się wokół jednej / dwóch rodzin z maleńkiej wsi. Z wszelkimi problemami, uczuciami, historiami. 
Napisana tak pięknie, że urzekła nawet mnie - mimo wszystko wielbiciela konkretów i akcji (nawet jeśli zagmatwanej, to jednak dążącej ku rozwiązaniu). 
Zdeklarowany antyfan "opowieści i życiu" i "bawienia się językiem" niniejszym deklaruje: 
 TAK ŚWIETNEJ KSIĄŻKI NIE CZYTAŁAM CAŁE LATA.

Oni nie skrzywdziliby nawet muchy. Zbrodniarze wojenni przed Trybunałem w Hadze - Slavenka Drakulić

  •  

Niech tą książkę przeczyta KAŻDY kto uważa, że jego sąsiad jest inny. Żółty, czerwony, czarny, zezowaty czy z platfusem.
Każdy kto z wielkimi hasłami, których nie rozumie i które bezmyślnie powtarza, rusza na wiec homogenetyczny (czarny, biały i zielony).
To nie Bałkany są beczką prochu.
Tą beczką prochu jest ludzkość. Ludzkość, która zauważa nielubianą inność.
To pierwszy krok do masakry w imię jedności.
Do naszej masakry.

 

Polityka symboli : eseje o antropologii politycznej  - Ivan Čolović 

Bardzo smutne, że tak prawdziwe. I tak aktualne. 
Eseje serbskiego publicysty pisane w czasach, kiedy Serbom wolno było pisać o swoim narodzie albo chwalebnie, albo wcale. Zresztą tak samo Chorwatom... Eseje które odkrywają podłoże wojen bałkańskich, niesłusznie zwanych konfliktami. Eseje powiadające o tym, jak populizm niszczy. Jak nowomowa polityczna i gra na strunach narodowej tradycji może ten naród i tą tradycję zniszczyć. 
Absolutnie każdy powinien tą publikację przeczytać. Bo to nie są eseje o Serbii, to eseje o nas. Europejczykach, mieszkańcach świata... O tym, jak krzykacze przejmują dowodzenie kierując nami - masami, u swojej chwale i zwycięstwu, poświęcając owe masy. 
Jedyny minus tej publikacji jest taki, że została wydana pod koniec lat 90tych przez wydawnictwo Universitas i wciąż nie została wznowiona (znaleźć ją w antykwariatach jest dość ciężko). 
 Zanim pójdziecie ze sztandarami, wykrzykując hasła (celowo nie piszę jakie - KAŻDE), przeczytajcie. I idźcie - jeśli uważacie to za stosowne. Ale idźcie świadomie... 

Bedzies wisioł za cosik. Godki podhalańskie - Bartłomiej KuraśPaweł Smoleński 

"Im bardziej Prosiaczek zaglądał, tym bardziej Puchatka nie było..." - to jest książka dla myślących i potrafiących wyciągać wnioski. To jest książka o prawdzie lokalnej - każdy ma inną. Nie znajdziecie tu ani ocen, ani nowych faktów historycznych. O Ogniu, o GoralenFolk, o Krzeptowskim... 
Znajdziecie wykluczające się wzajemnie opinie ludności rodzimej, ujęte w przepięknie napisane opowiadania lub eseje. Żaden z nich nie odpowiada na żadne pytania. Ale każdy z nich zmusza do myślenia i kompletnie nowego spojrzenia na ogólnie znane fakty. Zdecydowanie książka Kurasia i Smoleńskiego jest obowiązkową pozycją dla osób, które nie chodzą tylko po Krupówkach. Dla osób, którzy bywają w Ochotnicy, Nowym Targu, Zakopanem, częściej niż dwa razy w życiu... dla tych którzy rozmawiają z miejscową ludnością i wnikliwie studiują napisy na nagrobkach. I dla tych którzy tego nie robią, ale zwyczajnie interesują się współczesną historią.
Tu nic nie jest ani czarne, ani białe...

 

Książki na nieco mniej *, ale wciąż są to odkrycia sezonu

przepiękna staroć, przepiękna opowieść, przy której mimo grozy, człowiek się uśmiecha. do tego, wbrew przeznaczeniu - wielce romantyczna. Czyż miłość od pierwszego wejrzenia nie jest romantyczna? Czyż błaganie wybranki swego serca (widzianej po raz pierwszy w zyciu) o pozwolenie na bycie jej rycerzem i ofiarowanie zycia na ołtarzu jej cnoty, nie jest romantyczne?
Cudna, cudna, cudna wspaniała powieść, której moja współczesna opinia nie jest po prostu, godna.

 

Książka jest bowiem przerażająco prawdziwa i nie nadaje się do tzw. łyknięcia. Tu trzeba czytać każde słowo i każde zdanie - każde z nich pokazuje totalitaryzm w komunistycznej Albanii. Każda strona ukazuje to, czego polski naród również doświadczył, choć może w nieco złagodzonej wersji... że za jedno niewinne na pozór zdanie, wypowiedziane nie tam, gdzie trzeba, mogło osobę wypowiadającą skierować do więzienia, z którego już się nie wychodziło. Moje pokolenie (40latków) nie zna takich sytuacji z własnego doświadczenia. I obyśmy nie poznali.

 

Fenomenalnie, nie nachalnie, pokazane podstawy wiary chrześcijańskiej. Idealnie pokazane postacie kapłanów, z ich rozterkami, misją, dylematami. Załamaniami nerwowymi i chwilową utratą wiary. Wybitnie pokazane różne możliwości i wpływ religii jako takiej. Można by rzec że to fenomenalne studium przypadku - ale tu są dwa przypadki: dziennikarz -ateista i kapłan przeżywający kryzys wiary. Ich wzajemny wpływ jest głównym atutem tej powieści.
A wszystko opakowane w klasyczne morderstwo, gdzieś w małej fińskiej społeczności.

 

 

 

Kapitalna książeczka do poduchy. I jako jedna z nielicznych tego typu, książka której zapomnieć się nie da. Tak fenomenalnie świeże podejście do tematu zabobonów, obrzędów i zwyczajów. Tak rewelacyjnie opisane relacje międzyludzkie. A co najlepsze... idealna (ani za dużo, ani za mało) równowaga między cywilizacją XXI wieku, a życiem tradycyjnym sprzed 1000 lat. 
Magia jest. 
Ale w ilościach realnych. 

Cóż to jest za książka!!!
Zazwyczaj nie czytuję książek z rodzaju literatury pieknej, bo średnio do mnie przemawia. Za Pandemonium wzięłam się, bo traktuje o Athos - półwyspie mnichów w Grecji, gdzie kobiety nie mają prawa wejść. Ograniczają nawet ilość zwierząt płci żeńskiej. I na tym półwyspie znajdują się zwłoki młodej kobiety. Powiecie, że niezły kryminał. Nic bardziej mylnego.
To genialne studium powołania, życia i miłości.
Genialna powieść z wielka ilością wiadomości na temat jak się zyje mnichom. Skąd biorą się ludzie, którzy poświęcają swoje życie medytacjom, modlitwom i decydują się na celibat.
Zdecydowanie najlepsza książka grecka, jaką czytałam. I jedna z najlepszych czytanych ostatnio.
Długo ją czytałam - ponad tydzień - bo ilość wiadomości przekracza standardową ilość. Wiedza ta jednak nie jest przekazywana nachalnie, tylko mimochodem. Zdecydowanie na podium greckiej literatury. Europejskiej zresztą też.

W porównaniu z, dotychczas czytanymi, współczesnymi ksiązkami greckimi... jest to arcydzieło! W porównaniu z inną literaturą - bardzo zgrabnie napisane opowiadanie o mieście. Mieście Rethymno na Krecie.

Wszystkim Krakusom, socjologom, etnologom, a nawet historykom - polecam. 
Szczególnie Krakusom - dokładnie tacy jesteśmy - w opowieści o Domu Helclów dostrzegłam cechy znamienne dla wszystkich krakowskich (z dziada pradziada) znajomych. Ci, u których nie dostrzegłam... okazali się... cóż... słoikami :) -przyjezdnymi, a w najlepszym przypadku Krakusami drugiego pokolenia. 
I są to cechy niezmienne od wieków - "wyssane z mlekiem matki". 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi:
#2021#odkrycia#ksiazki_naj#naj
poniedziałek, 3 stycznia 2022

Dzieje się... w Gdańsku

Kontynuacja cyklu "dzieje się w...". Tym razem Gdańsk

 

Gdańsk historycznie

Akcja powiesci rozgrywa się na obszarze Głównego Miasta Gdańska i jego przedmieściach, szczególnie na terenach delty Wisły, czasem swym ogarniając lata 1900 - 1945, począwszy od Cesarstwa Niemieckiego, poprzez Wolne Miasto Gdańsk aż po zdobycie miasta przez Rosjan w 1945 roku. Pokazuje dramatyczne losy ludzi mieszkających na tych terenach. Początkiem tych wydarzeń była fascynacja ideologią Adolfa Hitlera, odrzucenie mieszczańskiego świata i jego tradycyjnych wartości, wiara w idee, które miały przynieść odrodzenie, a przyniosły zagładę i tryumf nowej ideologii - kolejnej dyktatury. Bohaterowie powieści, rybacy, rolnicy, urzędnicy, pragną w tym nowym, trudnym czasie, odnaleźć swoją własną drogę do szczęścia, znajdując ją z wielkim trudem.

 

Ile wiemy o dawnych gdańszczankach? Czy znamy losy Elżbiety Koopman-Heweliusz? Czy wiemy, kogo nazywano Bałtycką Syreną i kim były pokutnice?
Książka wydobywa z mroków historii losy wielu gdańszczanek: zakonnic, służących, naukowczyń, prostytutek, artystek, badaczek i rzekomych wiedźm. Pokazuje także tło epoki związane z pracą, zdrowiem, statusem społecznym czy modą

 

Dolar drożeje! jest fascynującą powieścią, której największą wartość stanowi fakt, że oferuje jedyny w swoim rodzaju wgląd w sytuację Wolnego Miasta kilka lat po wojnie. Dostarcza dużo nieznanych do dziś faktów, przede wszystkim jednak pokazuje atmosferę panującą wtedy w Gdańsku, pokazuje ludzi tego czasu, życie codzienne i mentalność. Prawdopodobnie jest też powieścią z kluczem, chociaż dzisiaj już trudno odgadnąć tożsamość występujących w niej postaci.

 

Gdańsk od środka

 

Przejmująca opowieść o ludziach walczących o uratowanie przepięknej, zabytkowej dzielnicy – Biskupiej Górki – przed rozbiórką i zagładą. Skłóceni ze sobą nawzajem muszą przejść wewnętrzną przemianę, by stać się społecznością zorganizowaną wokół wspólnych celów. Symbolem tego zjednoczenia staje się cenny zabytek – zegar na wieży; mieszkańcy Biskupiej Górki muszą znaleźć sposób, żeby go wyremontować i ocalić. Inspiracją do ich działania staje się Królowa Salwatora – dziwaczka, ale zarazem duch dzielnicy.

 

Kryminalnie

Przedstawione tu historie kryminalne są opisami autentycznych zdarzeń. Rozgrywały się one w Gdańsku na przestrzeni lat 1870-1939 i odtworzone zostały głównie na podstawie doniesień prasowych.

Pięciu autorów, pięć opowiadań, pięć zbrodni: wyrafinowane zabójstwo sprzed lat, tajemnicze zniknięcie uczennicy, głowa znaleziona na trawniku, niezwykle sprytna kradzież, groteskowa komedia śmiertelnych pomyłek. W tle Gdańsk, ten z lat trzydziestych XX wieku, i ten całkiem współczesny. Gdańsk - dobre miejsce do snucia kryminalnych intryg.

 

  • We współczesnym Gdańsku toczy się też cykl o Jarosławie Paterze, Krajewskiego i Czubaja, dotychczas znanych z historii kryminalnych Dolnego Sląska

 

I zostały nam kryminały retro. Tu króluje Piotr Schmandt, któremu asystuje żona Olga. Duża część ze wspomnianych kryminałów, toczy się w Wejherowie lub w okolicy. I te będą należeć do wpiisu "dzieje się na Pomorzu", jak tylko powstanie :) Póki co, możecie je podglądnąć na stronie autora nakanapie.pl. A tu podam te, które dzieją się w Trójmieście

 

Wielkimi krokami zbliża się druga wojna światowa, a tymczasem w Gdańsku wykluwa się intryga z prawdziwym skarbem w tle. Zmysłowa maszynistka, dwulicowi kochankowie, zagadkowy pośrednik, poczciwi polscy urzędnicy odsłaniający drugą twarz, femme fatale o urodzie damy z Siedmiogrodu oraz wywiady kilku państw - wszyscy są uwikłani w tajemniczą sprawę gdańskiego depozytu. Kto okaże się w tej rywalizacji prawdziwym zwycięzcą? Przedwojenny Gdańsk skrywa niejedną tajemnicę. 
Ta książka to kawał mocnej historii zmian postępujących w Polsce po wojnie, chociaż przedstawiony minimalistycznie, to również portret psychologiczny polskiego społeczeństwa, które dorastało na przełomie tych zmian. Piękna opowieść o rodzinnej miłości, wpleciona w emocje wywołane żalem, strachem i poczuciem specyficznego odrzucenia. Polecam tę książkę całym sercem. Mnie ona pozwoliła spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy niż dotychczas je widziałam. Intrygujące połączenie historii, kryminału i psychologicznego podejścia do życia człowieka, to z pewnością mieszanka godna polecenia. 

 

 

Dzięki kanapowiczom do listy dołączają kolejne kryminały: 

 

od @Airain 

Cykl: Sławomir Kruk - Piotr Górski 

 

Na plaży w Jelitkowie znaleziono skórzany worek, przykryty warstwą podmorskich roślin i muszli. Przez rozdarcie wystawała z niego zniekształcona ludzka dłoń.

od @almos 

Miasto duchów - Krzysztof Bochus

 

Mroczna opowieść o miłości, winie i odkupieniu. Jesień 1944 roku, kilka miesięcy przed ostatecznym upadkiem III Rzeszy. W bazie wojennej koło niemieckiego Gdańska zamordowanych zostaje dwóch wysokich oficerów marynarki wojennej. Jednocześnie w Rotterdamie znika bez śladu córka radcy Abella. Tropy wiodą do… Gdańska. 

 

Wachmistrz. Dogrywka  - Krzysztof Bochus

 

Początek 1930 roku. Przez pogrążone w wielkim kryzysie Wolne Miasto Gdańsk przetacza się fala spektakularnych kradzieży. Celem złodziei padają wille zamożnych gdańszczan: znikają kolekcje sztuki, waluta, cenna biżuteria. 

 

Wypada też nadmienić, ze Krzysztof Bochus tworzy kryminały dziejące się na Pomorzu (a to Elbląg, a to Gdynia...), także dzięki wielkie za przypomnienie, bo gdy będzie się w pocie czola tworzył wpis o Pomorzu :) to akurat jak zgubił :)

 

 

od @Airain 

Cykl: Sławomir Kruk - Piotr Górski 

 

Na plaży w Jelitkowie znaleziono skórzany worek, przykryty warstwą podmorskich roślin i muszli. Przez rozdarcie wystawała z niego zniekształcona ludzka dłoń.

 

@Vernau 

 

cykl z Emilem Żądło Anny Klejzerowicz

 

Bardzo fajne połączenie kryminału z historią Gdańska

 

@Mackowy

Pochłaniacz - Katarzyna Bonda

całkiem nieźle oddaje klimat Gdańska

 

No i ma rację @Mackowy , że Gdańsk bez Pawła Huelle to nie Gdańsk... Choć nie do końca pasuje do zestawienia, bo książki autora nie dzieją się w... a opisują Gdańsk. To są raczej opowiadania, reportaże, proza wysokich lotów, ale faktem jest, że należy... dodać do zestawienia i pewnego pięknego dnia, przeczytać.

 

Twórczość Pawła Huelle

Swoją twórczość poświęcił w większości Gdańskowi jako rodzinnemu miastu. Popularność przyniosła mu debiutancka powieść Weiser Dawidek (wydana w 1987), zekranizowana przez Wojciecha Marczewskiego w 2000 pod tytułem Weiser. Jest członkiem polskiego PEN Clubu, objął funkcję wiceprezesa tej organizacji.

 

I jak zwykle... egoistycznie liczę na Wasze komentarze i propozycje książek dziejących się w Gdańsku - tego musi być całkiem sporo.

 

 

 

Tagi:
#gdansk#sopot#gdynia#dzieje_sie#pomorze
piątek, 31 grudnia 2021

Czarownice, wiedźmy i "mądre baby"

Przeglądając swój zbiór artykułów i książek z czasów zamierzchłych, a dotyczących bardzo szeroko pojętej etnologii i antropologii, natknęłam się na pracę Bohdana Baranowskiego, historyka i regionalisty z początku wieku (ubiegłego wieku). Na moje i Wasze nieszczęście, w czasach studiów zajmowałam się bardziej przyziemnymi sprawami. O procesy czarownic ledwo się otarłam, stąd zbiór literatury na ten temat jest nędzny, słaby i - prawdopodobnie - nosi ślady niepoukładania. Jednakże, kiedy szukałam dla taty mojego, wspaniałej książki "Młot na Czarownice"  i wyskakiwał mi wszędzie Jacek Piekara (skądinąd jedyna seria z cyklu fantastyki, fantasy czy jak to się tam nazywa, która przypadła mi do gustu), stwierdziłam, ze takie zestawienie powinno być więcej niż konieczne.

Być może kiedyś się zbiorę i napiszę kilka zdań o czarownicach, zamiast tego wstępu, ale kto wie, kiedy to będzie :) Bo bibliografii akurat mam niewiele.

 

Spis mniej lub bardziej naukowych pozycji o czarownicach

 

Seria: Rodzime wierzenia

 

 

Ilustrowany almanach, który unosi zasłonę kryjącą dzieje magii. Zwięźle i przystępnie przedstawia historię czarownic i czarodziejstwa, umożliwiając zarazem fascynujący wgląd w świat magii - święte przybytki, miejsca mocy, miejsca magiczne, a także sposoby nawiązywania kontaktu z przyrodą poprzez różnego rodzaju rytuały i praktyki. To piękne kompendium wiedzy tajemnej, bogato ilustrowane rycinami zaczerpniętymi z różnych źródeł, od średniowiecza po czasy współczesne, jest pełnym informacji przewodnikiem po historii, tradycjach i metodach czarownic i czarowników.

 

 

Ile wiemy o dawnych gdańszczankach? Czy znamy losy Elżbiety Koopman-Heweliusz? Czy wiemy, kogo nazywano Bałtycką Syreną i kim były pokutnice?
Książka wydobywa z mroków historii losy wielu gdańszczanek: zakonnic, służących, naukowczyń, prostytutek, artystek, badaczek i rzekomych wiedźm. Pokazuje także tło epoki związane z pracą, zdrowiem, statusem społecznym czy modą

 

 

Jest to książka ukazująca "polowanie na czarownice" na ziemiach współczesnej Polski (Dolny i Górny Śląsk, Wielkopolska, Małopolska, Pomorze, Mazowsze). Przedstawiona w chronologicznym zarysie historia funkcjonowania czarów, została uzupełniona o proces zmian Kościoła wobec osób parających się magią. Czytelnik dowie się, jak powstanie Św. Inkwizycji oraz przekazanie kompetencji sądom świeckim, doprowadziło do masowych egzekucji. Klimat epoki w dużym stopniu oddają oryginalne cytaty, m. in. z przesłuchań prowadzonych przez sędziów i kata w trakcie torturowania, zwykle niewinnych kobiet.

 

 

Oskarżenia o czary, procesy, egzekucje kobiet uznanych za czarownice odbywały się w Europie od połowy XV do połowy XVII w.; często były odbiciem lokalnych wierzeń w gusła i czary. Książka jest próbą wyjaśnienia tego zjawiska, nasilenia na przełomie XVI i XVII w. oraz okoliczności, w jakich procesy ustały.

 

 

W połowie XV wieku zachodnia Europa stanęła w płominiach. Monstrualnych rozmiarów pożar rozprzestrzeniał się jak epidemia. Na stosach palono kobiety i mężczyzn, przede wszystkim jednak kobiety. Czarownice to oblubienice szatana. Tak niosła wieść gminna, tego dowodzili sędziowie świeccy i kościelni. Wiedźmy uczestniczyły w sabatach, rzucały uroki, sprowadzały choroby i śmierć. Przez dwa stulecia tysiące kobiet padło ofiarą prześladowań. Oskarżano je o czary, poddawano torturom, a w końcu rzucano na pastwę płomieni. Dopiero w końcu XVII wieku odezwały się głosy rozsądku nawołujące do opamiętania. Powoli gasły ostatnie stosy.  

 

 

W okresie od XIV do XVIII wieku polowania na czarownice w Europie i Ameryce Północnej pochłonęły dziesiątki tysięcy ofiar - z czego przytłaczającą większość stanowiły kobiety. W swoje książce Robert Thurston przedstawia przebieg polowań na czarownice oraz czynniki społeczne i psychologiczne, które je wywołały. Jest ona znakomitym zwięzłym podsumowaniem stanu badań nad historią prześladowań za czary i stanowi doskonałe wprowadzenie do przedmiotu.

 

 

Książka zawiera historie wiedźm i czarów w Europie, początki polowania na czarownice, przebieg prześladowań, przedstawia osoby zaangażowane w ten okrutny proceder.

 

 

Tysiace kobiet podejrzanych o czary , konszachty z diabłem, sprowadzanie chorób czy rzucanie uroków poddawano śledztwu, torturom i palono na stosie. Autor opisuje dzieje prosesów czarownic korzystając z autentycznych przekazów, rękopiśmiennych, akt sądowych i rozpraw polemicznych. Udowadnia, że zasadniczą rolę w podsycaniu zbiorowego obłędu odegrały nie tylko ciemnota i zabobonna wiara w magię, lecz także zwykła nienawiść i fanatyzm religijny.

 

 

Krótkie studium na temat magii i czarownic próbujące odpowiedzieć m.in. na to, skąd się wzięły czary, jakie były zabiegi magiczne i jak przebiegała historia czarów, począwszy od zarania dziejów aż do wieków bliskich współczesności.

 

 

 

O czarownicach bardzo ogólnie

 

Od starożytnych czarowników do New Age. Magia od zawsze wzbudzała zarówno fascynację, jak i strach przed siłami nadprzyrodzonymi. O czarownicach i szamanach powstało wiele mitów, które nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z prawdą. Książka jest zachwycającą opowieścią o historii magii. Dostarcza ciekawych informacji – od polowań na czarownice do amuletów i zaklęć na każdą okazję. Oddziela przy tym fakty od fikcji. Pokazuje, jak na przestrzeni wieków kształtował się związek magii, religii i nauki. Wzbogacona anegdotami oraz ilustracjami

 

Problematyka czarów w tle

 

Dlaczego hindusi czczą krowy? Dlaczego żydzi i muzułmanie nie jedzą wieprzowiny? Dlaczego wśród plemion pierwotnych wybuchają wojny? Dlaczego w przeszłości tylu Europejczyków wierzyło w czarownice i dlaczego czarownice znów się dzisiaj pojawiają? 

 

Literacko:

 

20 opowieści o wybitnej urodzie literackiej i atrakcyjnych fabularnie, w których pełno półboskich postaci z czasów legendarnycyh i mitycznych, sięgających nawet 6500 lat p.n.e.

 

Trochę źródeł:

 

Młot na czarownice (Malleus Maleficarum) po raz pierwszy ukazał się u schyłku średniowiecza, w roku 1487. Autorami tego dzieła są dwaj dominikańscy inkwizytorzy i profesorowie teologii: Jacob Sprenger i Heinrich Kramer.

Pierwsza cześć książki, składająca się z szesnastu rozdziałów, traktuje między innymi o szatańskich praktykach czarownic i ich spółkowaniu z diabłem, a także o demonach zwanych latawcami. Opisuje m.in. metody, za których pomocą szkodzą ludziom, zamieniając siebie lub innych w zwierzęta, i opowiada, jak potrafią odejmować mężczyznom przyrodzenie. Druga część skupia się na tym, jak przeciwdziałać czarom.

To wydanie jest uwspółcześnione językowo, ale nie liczcie na żadną, miłą fikcję literacką.

 

 

Frantz Schmidt był katem. W swoim fachu był mistrzem, miał na to nawet potwierdzenie cechu. Podczas czterdziestu pięciu lat służby (1573-1618) wykonywał swoje obowiązki głównie w cesarskim mieście Norymberdze. Uśmiercił 394 osoby: mężczyzn, kobiety, bywało, że dzieci również, często je wcześniej torturując. Profesję kata traktował jednak jako rzemiosło, nie epatował okrucieństwem, ale też nie okazywał żalu ofiarom. 

Opowieść kata to niezwykła historia o człowieku prostym i nietuzinkowym zarazem. To barwny portret renesansowego kata i jego świata, oparty na autentycznym XVII-wiecznym pamiętniku.

 

I beletrystyka, choć nie do końca...

 

Wysoko w Białych Karpatach, na pograniczu Moraw i Słowacji, w odciętej od świata wsi Žítková żyły wyjątkowe kobiety. Potrafiły leczyć ziołami, przepowiadać przyszłość, poskramiać żywioły. Nazywano je boginiami, a ich tajemniczą sztukę – bogowaniem. 

 to nie jest fikcja. To jest zbeletryzowana, owszem, opowieść, owszem, ale oparta na rzeczywistości Białych Karpat.
Bardzo etno opowieść. A akta z teczek osobowych, choć nie są prawdziwe, nadają opowieści klimat życia w powojennych Czechach. W czasach socjalizmu, gdzie byle donos wystarczył aby zniszczyć komuś życie.

 

I ostatnia książka, która nie pasuje do tego zestawienia, choć jest jedyną, która traktuje o czarownicach głuchołaskich (a tu jest nawet szlak czarownic, o grobie czarownicy, już nawet nie wspomnę...). Jest to totalna fikcja, a nawet fantasy, ale... tak przepełniona głuchołaskimi legendami i wierzeniami, że po prostu nie mogłam jej opuścić

 

 

Głuchołazy, małe miasteczko na polsko-czeskim pograniczu, mają w herbie kozi łeb. To miejsce, gdzie w XVII wieku wieszano kobiety podejrzane o uprawianie czarów. Większość z nich trafiła na stryczek za nic. Ale były wśród nich także one. Te, które wiedzą. Te, które mogą umrzeć, ale nie odchodzą tak łatwo.

 

Tagi:
#czarownice#procesy_o_czary#kat#proces#czarownica#wiedzma
środa, 17 listopada 2021

Dzieje się... spis treści

"Dzieje się..." to cykl, który wymyśliłam w zeszłym roku. Nie jest, li i tylko, moj, jako, że na kanapowiczów można liczyć zawsze :) I jeżeli ktoś popełlni podobny wpis, to fajnie będzie jak się podzieli linkiem i nie będę musiała wyważać otwartych drzwi :)

 

Polska

Mazowieckie

Warszawa

 

Dolnośląskie

Wrocław

 

Małopolskie

Kraków

 

Opolskie

Głuchołazy

 

Podkarpackie

Bieszczady

 

Pomorskie

Gdańsk

Europa

Grecja

 

Wielka Brytania

Londyn

 

Świat

 

Na razie brak wpisów

poniedziałek, 8 listopada 2021

Dzieje się we Wrocławiu - notka

Cykl "dzieje się w..." jest moim wymysłem. I chciałam zrobić go porządnie. Z Warszawą mi wyszło. Z Grecją w miarę też. Kraków wypadł nieco gorzej. A potem się zawiesiłam... Minął prawie rok, a nowego wpisu "dzieje się..." Jak nie było, tak nie ma. Zatem - Mili Państwo - zmiana planów. Opublikuję tzw. "draft" - to co mi wpadnie w łapy, a będzie się działo... dodam. I trudno - będzie to niedopracowane, ale... no cóż... liczę na Was :) 

Poza tym, może głupio, ale wychodze z założenia, że nawet jak będą to tylko tytuły (bądź autorzy) to Ci, którzy chcą, to znajdą. A jak nie będzie nic - to nie wiadomo nawet czego szukać. Zatem jedżmy do Wrocławia.

 

Kryminalny Wroclaw 

polecane przez @almos:

Beletrystyka: 

Fabularyzowany reportaż o epidemii ospy we Wrocławiu w 1963 r.

polecane przez @almos:

Wrocław przewodnikowo

polecane przez @almos:

Urban fantasy

Z nieznanych mi jeszcze powodów, duża część powieści dziejących się we Wrocławiu, nosi znamiona fantastyki. Czy jest to Urban fantasy czy czysta fantasy - nie mnie się wypowiadać (mam alergię na fantastykę w każdej postaci - dla formalności wymienię te, które udało mi się znaleźć,  ale nie liczcie na jakąkolwiek ocenę z mojej strony :) No może z wyjątkiem klasycznej "urban fantasy", ale dopiero jak przeczytam :)

Dziwoludy opanowały Wrocław! Uwaga na bankomatony! Niezależny dziennikarz Rafał Witkowski i jego przyjaciel Jan Miciński dostrzegają więcej niż inni. I dobrze wiedzą, że oprócz kotów, szczurów czy gołębi, obok nas żyje mnóstwo dziwoludów – płytników, gadających kruków, bankomatonów czy bazyliszków. Znajomość z nimi prowadzi bohaterów ku kolejnym awanturom – walczą ze złodziejami dzieł sztuki, pacyfikują Babę Jagę, a nawet przychodzi im się zmierzyć z radzieckimi podróżnikami w czasie. Przed Tobą piekielne spiski PRL-u i machinacje IV RP, demoniczny kot Lewiatan i pijane wrocławskie krasnoludki – słowem: „Poczet dziwów miejskich”!

Legendy i bajania - nie tylko dla dzieci

Tagi:
#dzieje-sie#wroclaw
niedziela, 27 grudnia 2020

Adopcja psa - wiesz na co się decydujesz

Nie mogę adoptować psa - nie mam warunków. - mówiłam.
I miałam rację. Nie miałam warunków.
Aż w końcu pies zadecydował za mnie - po prostu się znalazł. taką decyzję podjęła za mnie Szekla 16 lat temu. I taką samą teraz Klucha. Zostałam postawiona pod ścianą i warunki musiały się znaleźć. Ale... nie każdy ma taka możliwość i nie możemy odsądzać innych od czci i wiary, że nie chcą adoptować czy przygarnąć psa.
I zaraz Wam to wyłuszczę. Jak zwykle ja - na przykładach. Zapewne więc nie wyczerpię tematu.

1) Pies starszy - zawsze chciałam pomagać. Mam to gdzieś w genach. Chciałam przygarnąć starszego kundelka, bez szansy na dom, żeby przynajmniej miał ciepło na koniec życia. (idea piękna, prawda?)
ale:
- mieszkam na 4 piętrze bez windy. Pies starszy w większości przypadków będzie miał problem z chodzeniem. Albo teraz, albo za chwilę. - moje mieszkanie nie nadaje się nawet na dom tymczasowy dla staruszka
- pies starszy zazwyczaj choruje. Do lecznicy nie mam daleko, (wybitnie dobrej), ale pracując po 10 h dziennie - na szczęście zdalnie - nie mogę zagwarantować psu, że będę miała czas na bieganie do weta w godzinach otwarcia lecznicy - mieszkam sama i nikt mnie w tym nie zastąpi
ale:
- wyobraźmy sobie, ze mieszkam z rodziną (dzieci w pakiecie), ma mnie kto zastąpić i nawet wynieść psa na 4 piętro. I dzieci, które psa pokochają, musza się od razu zmierzyć z jego chorobą i szybkim odejściem. - tu pytanie w jakim wieku te dzieci są, ale to też trzeba wziąć pod uwagę.

Szekla lat 15. Juz nie chodze na długie spacery

2) Pies kilkuletni ma traumy. Choćby nie wiem co. Traumy, przyzwyczajenia, swoje widzimisię.
Tu, zanim adoptujemy, koniecznie musimy zapoznać go z całym potencjalnym stadem. Jak również warto się zapoznać z tzw. historią psa.

- jeżeli mamy małe dzieci nie możemy wziąć psa, który dzieci nie lubi. Nie możemy też wziać psa, który nerwowo reaguje na dotyk (bo kto powstrzyma dziecko przed ciągnięciem za uszy czy ogon). Nerwowo oznacza łapanie zębami lub gryzienie. Jeśli te dzieci są już podrośnięte, to można próbować. Ale wtedy przed adopcją konieczne jest kilkukrotne zapoznanie obu części nowego stada.
Ale, ale...
jest taka rodzina (moich znajomych) którzy wzięli przybłędę o nieznanej przeszłości, mając dwójkę dzieci (rok i trzy lata). Pojechali po niego, pokazali młodemu piesa... I jakoś tak wyszło, że Ciastek jest u nich i nie ma lepszego wujka dla dzieciaków niż ten pies.

Z neta - https://matkaprezesa.pl/2017/04/pies-i-niemowle.html

Jest taka rodzina (mojego szefa notabene) mała dziewczynka lat 3 bodaj i pies po przejściach wzięty ze schroniska. Mała usiłuje wejść na psa, wyrwać mu uszy, sprawdzić czy ma zęby - normalne :) a pies się wyraźnie boi, odsuwa i czasem wyszczerzy zębiska. Szczerze mówiąc - nie zdecydowałabym się na adopcję psa z traumami przy tak małym dziecku, ale... radzą sobie świetnie. behawiorystka działa, rodzice pilnują i jest więcej niż super. Istnieją tak razem już kilka miesięcy - co wskazuje na to, że nic poważnego stać się nie powinno.
Niemniej jednak: chodzi o to, żeby sobie zdawać sprawę i chciec nad nimi pracować.


to tez z neta - ale podobna rzecz widzialam na wlasne oczy - https://miauhau.pl/czytelnia/male-dzieci-i-ich-duze-psy.html

- jezeli ma się inne zwierzęta - pamiętajmy, że to podstawowe stado jest. To nasze zwirze akceptują nasz wybór lub nie. Przykład drastyczny nieco, ale Rumun miał kolegę z kojca, Miska. Duży, piękny pies. Razem zostali zabrani od nieodpowiedzialnego właściciela. Po wzięciu Rumuna, postanowiliśmy pojechać po Miśka. Decyzja bardzo ludzka - dwóch kumpli powinno być razem.
Aha, tylko że wprowadziliśmy bezbłędnie działające stado dwóch młodych samców, do działającego stada dwóch starszych suk (Trufla i Szekla). To był błąd. W efekcie rzucenia piłeczki dla Trufli (błąd taty, doświadczonego właściciela psów), Rumun z Miśkiem po prostu się na Truflę rzucili i lekko ją poharatali.
Misiek w tym stadzie był prowodyrem, a wykonawca chuligańskich wyskoków był Rumun. Ze ściśniętym sercem musieliśmy chłopaków oddać. Na szczęście mama została przekonana, aby dać Rumkowi jeszcze jedną szansę (chwalić i wielbić behawiorystę, pana Arka, ze schroniska). W pojedynkę już nie chacharzył. Skończyło się dobrze, bo na Misia czekał drugi dom, wiec wyrzuty sumienia trwały krótko, ale jednak...
To się nie powinno było zdarzyć w domu, w którym psy były od zawsze. W domu, który jest obłożony literaturą behawiorystyczną. W domu, w którym Alfa, czyli tata moj, każdego psa potrafił idealnie wychować. Ale się zdarzyło.

- a co z kotami? szczurami, waranami? - to samo. Dokładnie to samo. Jest o tyle łatwiej, że koty, szczury i warany można spacyfikować na moment wprowadzania psa nowego do domu.
Trufla goni koty - tak dla gonienia, ale jednak szczeka przy tym strasznie. Zatem, gdybyśmy wzięli taką Truflę, to zanim byśmy sprawdzili jak kot się do niej ustosunkowuje, to... moglibyśmy mieć dewastację mieszkania. Nie mówię - nie bierzcie. Mówię - przemyślcie i się przygotujcie na inwazję obcych :)
A kiedy ta sama Trufla do nasz przyszła (miała wtedy 3,5 miesiąca), to na miejscu była już wolnochodząca szczurzyca Zenia. Zenia była wielkości pyska Trufli. I kto rządził w stadzie? Zenia. Jakoś magicznie ustawiły to między sobą. Ale zrobiły to poza nami, bo powinnam była zdawać sobie sprawę z tego, że jak Trufla kłapnie zębami, to Zeni może łepek odgryźć. Bo technicznie to było możliwe.

3) Szczeniak ma zęby :) - i ich używa. Nagminnie i notorycznie. A to na naszych nogach, a to na faflach kolegów ze stada, a to na futrynie drzwiowej. Czy innych rzeczach, które wydawało nam się, że sa zabezpieczone. Właśnie - wydawało nam się.
Musimy się z tym liczyć, bo inaczej dostaniemy rozstroju nerwowego i będziemy się wyładowywać na psie. A to nie jego wina, ze jest dzieciakiem.
Był przykład, dość niedawno, rodziny, która zgodnie twierdziła że znają konsekwencje posiadania szczeniaka. N drugi dzień po adopcji oddali tego "potwora" bo zgryzł framugę.
Niestety - ze stratami materialnymi trzeba się liczyć. Moj pies wczoraj dopadł jakoś mojego czytnika. Choć wydawało mi się, ze go schowałam wystarczająco. Czytnik ma aktualnie nadgryzione rogi oprawki.
Zrobiła to w nocy. Kiedy spałam. Bo kiedy czuwam :) to cokolwiek mój pies chwyci w zęby nieswojego, to mu to odbieram i w zamian daję jedną z licznych zabawek. Z braku zabawek - kawałek drewienka i już sprawa jest załatwiona. Ale jak widać po moim czytniku :) - nie zawsze :)

Szekla w fazie gryzienia wszystkiego - lącznie z faflami Setki

Choćbyście nie wiem jak pedantyczni byli (przyznaję - ja nie jestem) to i tak szczeniak znajdzie to o czym nie mieliście pojęcia, że istnieje. I zgryzie.
Klucha w ostatnim tygodniu znalazła
- zgniłe jabłko (litości! Skąd? w domu??)
- szpilkę (fakt, mama szyje, ale odsprzątała dom na kolanach zanim Klucha doń weszła, wydłubując ze szpar wszystko. Ale Klucha zrobiła to dokładniej.
- magnesik, który wypadł z jakiegoś urządzenia miliony lat świetlnych temu i gdzies cos...
Nie zainteresowała się natomiast kablem do pieca (który został odpowiednio zabezpieczony), butami, dywanem. Niczym, czego byliśmy pewni, ze wzbudzi zainteresowanie. A tym, o czym nie mieliśmy pojęcia, że istnieje... zainteresowała się. A jakże.

No to powiedzmy, że wiek psa mamy już ogarnięty. Już wiemy czy chcemy małą piranię, czy statecznego staruszka. Czy coś wiekowo pośrodku. Wszyscy w rodzinie znają swoje obowiązki względem psa i kazdy z uśmiechem na ustach się na to godzi.

No to jedzmy dalej\:
Pies duży, mały czy średni?
Ja chciałam małego, maksymalnie do połowy łydki. Bo, powtórzę: 4 piętro bez windy, mieszkam sama (kto mi wyprowadzi potężnego bernardyna?) Istnieje spora szansa, że będę zmieniac pracę (i możliwe ze miejsce pobytu też - i kto wynajmie mieszkanie dla bernardyna i dodatku? I tak dalej, i tak dalej.
Poza tym, znam swoje umiejętności wychowawcze (jakieś tam mam, ale bez szału - raczej rozpuszczę, niż wychowam - i zdaję sobie z tego sprawę.) Jak będzie niewychowany kundel to łydki to nic nikomu się nie stanie. Ale niewychowany potwór z piekła rodem wielkości potężnej - aaaa to już jest kłopocik. I to dużego kalibru.

Średni pies, w miarę aktywny, w założeniu miał ze mną chodzić po górach (dla dużego musiałabym nosić tony żarcia, a jestem raczej słabą kobietą - stąd miał być pies raczej mniejszy.


Prawdopodobnie z wielkich planów i przemyśleń nic nie wyjdzie, bo ta moja klucha jest co prawda niewielka, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że po operacji (o czym za chwilę) ruszy z kopyta i dorośnie do rozmiarów co najmniej Rumuna.
Bo obojętne co ci mówią ... "to będzie pies mały, średni, maksymalnie do łydki, duzy, bardzo duzy... itd" kiedy bierzesz kundla szczeniaka... nie masz pojęcia co otrzymasz. kazdy szczeniak na drugie imię powinien mieć teletombola.

Mimo wszystko - dobrze znać swoje oczekiwania, możliwości i predyspozycje - a co będzie to będzie :) i z wyborem losu się pogodzić, a nie oddawać wybór losu z powrotem do schroniska.
Lepiej nie adoptuj, jeśli liczysz się z możliwością oddania psa.


wilk na kaczych łapach


No i ostatnia kwestia - weterynarze i opieka nad psem:
Póki jest pies młody i zdrowy, koszty utrzymania ograniczają się do jedzenia, smakuszków i wizyt kontrolnych. Im pies starszy tym więcej wizyt wchodzi w grę. I to kosztuje. Musimy sobie z tego zdawac sprawę.
Czasem też pewne wady wrodzone wychodzą na jaw bardzo szybko - jak u mojej Kluchy.
Ona akurat ma coś co występuje u 0,5% psów - przewód przetrwały botalla. Jednakże bez operacji przeżyje może pół roku, może rok. Ergo - operacja jest konieczna.
Stać mnie - fajnie. Nie stać mnie - niefajnie. Skażę psa na powolne odchodzenie w męczarniach?
Są fundacje, są zbiórki na pomagam itd, jest mnóstwo możliwości - tylko trzeba chcieć.

I do tego się ostatniego zdania sprowadza się cały post - Trzeba chcieć

Bo trzeba chcieć dostosować swój tryb życia do posiadania psa


Bo trzeba chcieć wychować równolegle psa i dzieci


Bo trzeba chcieć przyznać że szczeniak dla osoby w wieku 70+ to za dużo


Bo trzeba chcieć spróbować walczyć z psimi traumami spokojem i cierpliwością



I jeśli ktoś z Was nie czuje się na siłach, to odpuście sobie psa z wielkimi traumami. Psa lękliwego, czy agresywnego - to wszystko można wyprowadzić, ale trzeba chcieć (czyli: czuć się na siłach - całym stadem )

Dlatego ja - jedna z największych kanapowych psiar kanapy - nie mam warunków (wewnętrznych) na dużego psa. Nie mam warunków na psa lękliwego i wycofanego (bo egoistycznie pragnę aby pies mnie kochał i się do mnie tulił) nie mam warunków na psa agresywnego lub próbującego dominować (bo dam się zdominować, a to błąd powazny w skutkach) nie mam warunków (zewnętrznych, mieszkaniowych ) na psa staruszka....
itd
itd
itd

A jeśli zdecydujecie się nie adoptować tylko kupić konkretnego psa z konkretnej rasy. To też dobrze. Bo jak ich nikt nie kupi to zasilą szeregi bezdomniaków, tylko że rasowych. To nie jest żaden grzech.
Tylko zanim kupicie, prośba ode mnie - sprawdźcie hodowlę.
Przy czym jak kupicie psa, to i tak nie pozbędziecie się problemu zgryzionych kapci i framugi.

Ponoć Pascal kiedyś powiedział
Kup sobie psa. To jedyna metoda, aby zdobyć miłość za pieniądze.

Jeśli "kup" zamienimy na "psygarnij".... to pies, tak jak dziecko, kosztuje. Kosztuje pieniądze, nerwy, czas, wyrzeczenia...
Ale to tak jak z dziećmi - mój mądry ojciec powiedział kiedyś, że posiadanie dzieci jest nieopłacalne (na logikę - prawda) że gdyby nie my dwie, to miałby we własnym garażu dwa mercedesy (mój foch trwał ponad miesiąc...), - po przemyśleniu jednak zgadzam się w pełni. Nieopłacalne.
Również nieopłacalne jest posiadanie psa. A już trzech na pewno.
A ja, jak Klucha dorośnie, rozglądać się będę za czwartym.

KONIEC.

PS. Post niespójny i pisany kawałkami, bo wampir zwany piranią mocno mi utrudniał popełnianie tej twórczości.

spi. Jest spokoj. Chwilowy

Tagi:
#szczeniak#adopcja#psiemyslenia
niedziela, 27 grudnia 2020

Nie kupuj. Adoptuj.

Powiadają, że adoptując nie zmienisz życia wszystkich psów, ale zmienisz świat dla tego jednego. I to jest prawda.
Zdecydowana i najprawdziwsza prawda. Ale do tej prawdy trzeba być przygotowanym i wiedzieć na co się człowiek zdecydował.
Bo to wcale proste i łatwe nie jest.

W internecie, głównie na facebooku, aż roi się od ogłoszeń o znalezionych, przygotowanych do adopcji, psach. Większość z tych ogłoszeń uderza w czułe struny naszego serca. "oszukali go i nie przyjechali" - pomyślmy, czy naprawdę oszukali? Może lepiej że nie przyjechali po niego (psa) niż żeby mieli się go zaraz po adopcji pozbyć. Mamy tendencje do przypisywania psom cech ludzkich (każdy z nas, ja też nie jestem od tego wolna).
Ogłoszenia te, w zdecydowanej większości, nie zawierają podstawowych danych o osobowości psa. Czy to dlatego, że wolontariusz jej nie zna, czy dlatego, że chce podświadomie ją ukryć. To akurat bez znaczenia - to do nas należy zapoznanie się z potencjalnym nowym członkiem rodziny i od nas zależy czy w to stado nowy członek się wpasuje czy nie.
Nie możemy w tej kwestii kierować się jedynie współczuciem.


Szekla z Fetyszem - dwie znajdy

Przed podjęciem decyzji o adopcji musimy zdawać sobie sprawę, że KAŻDY pies ze schroniska, kazdy pies odrzucony przez właścicieli, porzucony, odebrany z interwencji... itd... ma swoje traumy, z którymi mniej lub bardziej sprawnie sobie radzi. I TO MY MUSIMY MU POMÓC z tymi traumami. Czy jesteśmy na to przygotowani? - to podstawowe pytanie, na które większość z nas sobie nie odpowiada. Co więcej, nawet go sobie nie zadajemy.
No bo on tak patrzy...

Na pocieszenie dodam, że każdą traumę da się wyprowadzić. Kwestia czasu, zaangażowania i podejścia.
Fetysz uciekał ustawicznie i leciał na walkę z Puszkiem. Po kilku latach u nas, nadal uciekał, ale wystarczyło go zawołać i wracał. Dalej chciał zagryzać Puszka, ale na chęciach i szczerzeniu zębów się kończyło.
Rumun bał się własnego cienia. Ze strachu atakował. Krzywdy nie robił, ale przytrzymanie za kark wyglądało tak, jakby właśnie psa zagryzł. Do teraz widząc kabel, czy słysząc grzmoty, pies staje się naleśnikiem i drży.
Szekla miała instynkt samozachowawczy w zaniku. Atakowała Rumuna, atakowała bullteriera na spacerze, atakowała nawet doga, który się jej bał. I to pomimo tego, ze wychowywała się w stadzie psów, wzięta jako szczeniak (znajda, ale dalej szczeniak) i rozpuszczona przeze mnie do granic możliwości (mój błąd. Karygodny)

Czasem trzeba poprosić o pomoc behawiorystę. To oczywiście kosztuje, ale jest czasami niezbędne. Psy wzięte ze schroniska mają usługi behawiorystyczne w pakiecie. Ale faktem jest, że czasem szybciej się dostać do takiego komercyjnego behawiorysty...

Naszym psom nie wolno bylo wchodzic na kanape czy fotel. Az pojawil sie Rumun. I jakos tak... konsekwentny Ojciec... ulegl :)

Oczywiście można się zdecydować na szczeniaka - niestety schroniska są ich pełne i dość szybko znajdują tzw. "zbyt". Szczególnie przed świętami. Jaki piękny prezent... A tu nagle się okazuje, że wzięliśmy małego, puchatego, uroczego szczeniaczka, a mamy małą piranię, która gryzie wszystko. Która ma energii więcej niż cała nasza rodzina. I która - no nie! rany boskie ! - sika na parkiet i robi kupę (śmierdzącą) w którą zaspany nowy właściciel włazi bosą stopą...

Na dokładkę nie można jej wyprowadzić na spacer, bo przecież ma poszczepienną kwarantannę, a ja się właśnie umówiłem (łam) na wędrówkę po górach. Albo zwyczajnie muszę wyjść do pracy, a szczeniak piszczy i płacze. A jak zostanie sam to niszczy.
Tak, to są realia.
Jeżeli zdajemy sobie z nich sprawę - to świetnie. Jeśli nie... a to gorzej, bo albo się do nich przyzwyczajamy (ma się dzieci ma się kłopot. A szczeniak to dziecko). I godzimy się na pewne ograniczenia naszej wolności. Albo... wracamy do schroniska i oddajemy niewychowanego gówniarza.


Dlatego uważam, że lepiej przemyśleć całą rodziną decyzję i wziąć takiego psa, który będzie się w stanie wpasować w nasze stado. A my mamy na tyle siły i determinacji żeby z jego traumami pracować.

Zanim jednak napiszę kilka swoich spostrzeżeń na temat wyboru psa do adopcji (bo to dokładnie taki sam wybór, jak w przypadku zakupu psa), chciałabym przedstawić swoje stado - czyli dlaczego właśnie uważam, że mam prawo do wypowiedzenia się na ten temat.

Jestem zwierzolubem, mam świra na punkcie psów (innych zwierząt też, ale psy jednak są u mnie na topie). Ale nie przygarnęłabym absolutnie każdego psa, który jest "taki biedny". Dlaczego? Bo mam psy od lat z górą trzydziestu (w większości byly to rodzinne psy, bo byłam małym szkrabem) i przez ten czas dowiedziałam się o sobie więcej i o swoich możliwościach przygarnięcia, niż z najlepszych poradników mogłabym wyciągnąć.
Każdy pies (jako nowy czlonek stada) nas zmienia. My dzialamy na psa, pies na nas. To normalne.


Moje stado aktualnie składa się z trzech sztuk:
- Trufla (12 letnia już wilczurzyca, starsza pani, żyjąca w swoim świecie i mająca wszystko pod ogonem)
- Rumun (3-5 lat, adopciak z krakowskiego KTOZu, całkiem duży chłopak z ogromną energią)
- Klucha (2,5 m-ca maksymalnie, gówniarz, czyli szczeniak. Znajda znad rzeki. Formalnie adoptowana, acz nadal w kategorii znajd przypadkowych :)

Klasyczna Pirania zameczająca Rumuna :)

Klucha zajęła miejsce Szekli (znajdy, która w życiu nie widziała schroniska, ani zadnej fundacji). Przed Rumunem był Fetysz, który biegał po Tarnowie, po opuszczeniu tego świata przez jego pana i braku opieki ze strony spadkobierców. Biegał, atakując i zagryzając wszystko co mu pod zęby wpadło. Równolegle była Setka - wilczurzyca z hodowli i Zenka - szczurzyca (wzięta z niespodziewanego miotu kolegi. Znaczy szczurów kolegi)



Zanim podejmiemy decyzję na całe życie, musimy odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie. Czy mamy warunki do posiadania psa. I nie chodzi tu o dom z ogrodem.

O tych warunkach napiszę w drugim poście, bo ten mi się już niebezpiecznie wydłuża...



Tagi:
#klucha#Rumun#Trufla#Szekla#Seta#stado#szczeniak#adopcja#pies#behawiorysta
niedziela, 13 grudnia 2020

Reinkarnacja, coming out i ośli upór

To będzie wpis prywatny. Wielce prywatny. I cholernie długi. Nie ma on nic wspólnego z książkami, turystyką czy pracą. Jest tak prywatny, że bardziej być nie może. Ale to własnie teraz mnie przepełnia.
Klucha leży na podłodze i rozwala ząbkami wszelkie kocie zabawki (aktualnie rurę, ale nim skończę wpis, zapewne rozgryzie Gustawa, Łosika i zająca z rzepami.) Klucha to mała znajda, o czym część z Was wie. Klucha to reinkarnacja Szeli (Zuzanny) co prawdopodobnie jest li i tylko moim wymysłem. A może nie tylko moim?
Czemu jednak coming out? Ano własnie.

Szela

Zanim Szela przeszła na drugą stronę, przeprowadziłam się na wieś, gdzie miała wygodę wychodzenia na siusiu. (W Krakowie mieszkałyśmy na 4 piętrze bez windy, a Zuza (Szela) wyjątkowo nie lubiła być noszona na rękach. Zatem dla wygody psa i mojego kręgosłupa (nie szwankuje mi bowiem tylko moralny:) z kobiety półmiastowej i bardzo towarzyskiej, przekształciłam się we wsiowego odludka. Maksymalne spacery z Szelą to było "do żłobu i z powrotem", czyli jakieś 600 metrów.
Na wsi było dobrze, acz brakowało mi trochę towarzystwa górskiego, śpiewankowego i wyjazdów weekendowych do chałupy w Gorcach (niby mój dom na wsi tez drewniany, ale jednak chałupa w Gorcach to co innego). Kiedy zatem mój ówczesny towarzysz życia zaproponował wyjazd do Mediolanu (mieszka w Szkocji, czyli tak jakby w połowie drogi), poprosiłam rodziców o opiekę nad Szelą przez te kilka dni.
I ten właśnie moment wybrała sobie moja Kruszyna na odejście.
Może to nadinterpretacja, ale mam takie wrażenie, jakby wyczekała do momentu,, kiedy zniknę z horyzontu.

Kiedy odeszła Szela (rok temu) wpadłam w coś, co nazywałam smutkiem, załamaniem, złym nastrojem. No bo przecież, ludzie dobrzy, ja i depresja'? Skąd takie durne pomysły! Przez trzy miesiące nie ruszyłam się z domu na krok (co wybitnie ułatwił mi covid). W końcu pojechałam na Ćwilin - to taka niewysoka górka nad Mszaną. To była wielka wyprawa, a przecież kilka lat wcześniej skoczyłyśmy sobie z Szeklą na Ćwilin ot tak, po pracy. Teraz nie mogłam się zebrać.
Teraz wiem, że te pół roku z kawałkiem, to był marazm. Nic-nie-chciej nic-nie-rob i ogólnie beznadzieja. Tylko, że wtedy się nie zorientowałam w powadze sytuacji.


W międzyczasie pojawiła się kanapa. Dlaczego? Nie wiem. Sądzę, że to było przeznaczenie. Od zawsze lubiłam pomagać. Zwyczajnie pomagać. Weszłam na kanapę w celu wyszukania opinii na temat książki, czasopisma? Nie wiem po co dokładnie (nigdy przecież nie korzystałam z portali opiniotwórczych, czytelniczych, a literackich tym bardziej), grunt że weszłam.
W czasie choroby Szeli przeczytałam cały tabun książek, bo gdy leżała mi na kolanach, nie miałam jak korzystać z komputera. Po odkryciu kanapy, stwierdziłam, że może warto napisać o tych książkach. Choć to nieprawda. Potrzebowałam substytutu. Potrzebowałam czegoś, co mi zastąpi drapkanie Szekli.
Zaczęłam pisać opinie na temat przeczytanych książek. Co wcześniej usiłowałam robić na LC, ale tam mi to kompletnie nie poszło. Wydaje mi się, ale pewności nie mam, że dlatego mi nie poszło, że nie miałam możliwości edycji autora, książki, dodania książki i innych takich rzeczy, do których tu dostęp miałam od początku. A jak dostałam tzw. wyższe uprawnienia to już spędzanie czasu na kanapie stało się codziennością i przyjemnością. O nic nikogo nie musiałam prosić, no chyba że faktycznie coś popsułam. Co zdarzyło się bodaj dwa razy.

Kanapa przeżywała wówczas niedobór czasu u bibliotekarzy (bo covid, to nauka zdalna i dzieci 24 h na głowie w zamknięciu), a ja dzieci nie mam. A i Szekli już nie było... A ani rumun ani trufla (psy rodzinne) za drapkaniem i poświęcaniem czasu nie przepadają. Trufla ma własny świat, a Rumun goni jak wariat. No i stało się - zostałam pełnoetatowym bibliotekarzem na kanapie. Dziękuję Wam, bo dzięki Wam i kanapie nie siedziałam i nie patrzyłam w ścianę. Tylko w ekran komputera :)

Minęła zima, wiosna... a ja oprócz Ćwilina drugi raz i łopienia nie ruszyłam się nigdzie. W końcu moja droga siostra wysłała mnie do psychiatry (czy psychologa - bo niby wiem, ze rónica jest kolosalna, ale nigdy nie wiem jaka.). werdykt brzmiał - zaawansowana depresja. Nie uwierzyłam. Co? Ja? i depresja? Niemożliwe. Po prostu mam zły czas i tyle. Poszłam samoczynnie do drugiego. Po to aby usłyszeć "ale co też pani histeryzuje - jaka depresja?". A usłyszałam "Sama Pani nie da rady. Po prostu nie da rady. Dobrze, że Pani pies odszedł, gdy była Pani za granicą, bo inaczej prawdopodobnie wylądowałaby Pani w szpitalu psychiatrycznym (w sensie - gdybym była podczas jej usypiania).
Dalej nie wierzyłam. Ale już zaczynałam się łamać. Zadzwoniłam do kumpla, który co prawda jest kardiologiem, a nie psychologiem, ale w trakcie robienia kolejnej specjalizacji. I co więcej - jest diabelnie logiczny. A ja mam do niego pełne zaufanie. Spodziewałam się usłyszeć "Ty się lecz na nogi, bo na głowę za późno". A usłyszałam zupełnie co innego. Wróciłam zatem z pokorą i spuszczoną głową do pierwszego, dostałam kupę lekarstw i przykazanie zrobienia czegoś co mnie uszczęśliwi.

Co mnie mogło uszczęśliwić jeśli nie pies? Na którego nie mogłam sobie pozwolić? Bo mieszkam sama, bo pracuję po 10 h dziennie (teraz zdalnie, ale to się zapewne zmieni), bo istnieje obawa ze będę się musiała przeprowadzić, bo to, bo tamto, bo siamto. Wiedziałam, że wzięcie psa to idiotyzm. Rozumowo.
Serce mówiło zaś - weź jakąś bidę. Podświadomość mówiła "Szekla Ci się zreinkarnuje, stanie na drodze i powie "wez mnie, pomóz, nie mam gdzie iść, co jeść i nikt mnie nie kocha."

Rodzinę jednak mam na medal i postanowili nie organizować psa w charakterze prezentu. Wspierali, wozili do schronisk. Bo mniej więcej pod koniec października zaczęłam się łamać i szukałam dziewczyny niewielkiej (żeby w razie czego można ją było nosić. no i takiej, którą jestem w stanie wychować jako tako. Szukałam i szukałam. I nic.
I kiedy się prawie poddałam, trafiłam na ogłoszenie o znalezionych w lesie, nad rzeką, szczeniakach.
A przecież ja nie chciałam szczeniaka.
Szczeniaki szybko znajdują dom. Bo takie fajne, małe, puchate. Inna sprawa, że jak dorosną, okazuje się, że już nie jest to taki fajny papuś i zasilają szeregi schronisk. Ja chciałam bidę ze schroniska.
Te szczeniaki zostały znalezione nad rzeką (rwącą) w nowotarskim lesie. zaopiekowały się nimi dwie dziewczyny, które podobnych znajd miały pełne domy. Dzięki nim Klucha i jej siostra przeżyły.
A potem Klucha pojawiła się u mnie.

Miała ogromne szczęście, że niemal od razu trafiła pod skrzydła weterynarzy z krakowskiej Salamandry. Mają ten niesamowity atut, że potrafią się przyznać do niewiedzy, czy do potrzeby konsultacji (nikt nie może wiedzieć wszystkiego). Wszystko było OK do momentu osłuchania. I tu pani doktor wysłuchała szumy w sercu. Konsultacja z drugim doktorem, trzecim, aż w końcu sugestia wizyty kardiologicznej. Jesteśmy już po niej, ale a tydzień mamy kolejną - w Zabrzu. Gdyż Klucha ma wrodzoną wadę serca. I teraz trzeba określić jaką i co z nią dalej robić. Ale to materiał na inne opowiadanie.

Gdybym się tak nie upierała, że nie absolutnie, nie chcę psa.
Gdybym nie przyznała się sama przed sobą, że mam depresję.
Gdybym nie zaczęła się leczyć (bo jak mówi mój przyjaciel: nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani)
to zapewne Klucha by teraz nie siedziała w budzie (czyli pod moim fotelem), nakarmiona, wygłaskana i ... chyba zadowolona z zycia.

PS. Depresja to choroba. to nie wymysł. To nie złe samopoczucie. To również nie katar, który domowymi metodami da się wyleczyć. Ja nadal nie wiem, skąd moja siostra i koledzy wiedzieli. Ja dalej nie czuję się "depresyjna" ale już czuję, że pomiędzy mną rok temu, a mną teraz, jest kolosalna róznica. Czyli pomogło. Nie wiem co dokładnie i dajcie mi wierzyć, że to zasługa Kluchy. Ale na poważnie to podejrzewam, ze wszystko się złożyło na dążenie ku lepszemu. - i to był właśnie ten coming out :)




Tagi:
#klucha#szekla#pies
czwartek, 9 lipca 2020

Dzieje się w ... Krakowie - preludium


rys. Monika Turska - Sukiennice i kościół św. Wojciecha

Kraków. Miasto Królów, miasto legend, miasto architektury i Unesco. Nic dziwnego, że książek z akcją osadzoną w Krakowie, prawdopodobnie nikt nie zliczy. Wydawało mi się (i podkreślę to słowo...) że, skoro mieszkam tu od zarania dziejów, skoro znam to miasto i mnóstwo czytam, to napisanie zestawienia książek "dzieje się w..." to będzie bułka z masłem. O ja biedna naiwna...
Postanowiłam zatem przedstawić Wam część pierwszą (preludium), składającą się głównie z tych książek, które zapadły mi w pamięć (z różnych powodów) i przyznaję, mam nadzieję, że - tak jak w przypadku dzieje się w Warszawie - pospieszycie z pomocą komentarzową i moja pamięć się odblokuje, lub zwyczajnie załaduje kolejnymi książkami z listy "koniecznie muszę"

BELETRYSTYKA HISTORYCZNA i ETNOFANTASY
Na pierwszy ogień niech pójdzie Kacper Ryx, pióra Mariusza Wollnego. To połączenie historii, magii, zwyczajów krakowskich (przepraszam, krakoskich). Nie na darmo autor jest z wykształcenia m.in etnologiem. Tu znajdziecie całą serię Kacpra Ryxa oraz jej kontynuację "Nazywam się Ryx". W tym miejscu warto dodać, że autor organizuje wycieczki śladami Ryxa - i to nie byle jakie. Gdyby ktoś chciał przebrać się w strój z epoki i przejść z Kacprem ulicami miasta... zapraszamy do Krakowa :) Można spokojnie rzec, że Mariusz Wolny to (obok Michała Rożka) jeden z największych i niestrudzonych propagatorów turystyki alternatywnej w Krakowie.

POWIEŚCI OBYCZAJOWE I SAGI
W Krakowie dzieją się też powieści obyczajowe, a konkretniej sagi.
Moja siostra poleca sagę o Różanach Bogny Ziembickiej, której jeszcze, niestety, nie czytałam. Natomiast znajoma pani przewodnik absolutnie poleca wszystko Karola Estreichera i oczywiście sagę rodu. Wspominam o tym dlatego, że choc jest to już historia, a nie beletrystyka, to jednak Maryla Szymiczkowa na pismach Estreichera, Boya-Żeleńskiego oraz Stanisława Przybyszewskiego, się wzorowała. Warto wiedzieć skąd niektóre fabuły się wzięły :)

O rodzinie. O Krakowie. O Polsce Historia wielopokoleniowej krakowskiej rodziny Chochołów, zamieszkującej kamienicę po przodkach, z kaplicą na strychu i katakumbami w piwnicach, jest tylko pretekstem do opowieści o polskiej tożsamości. Chochoły to nastrojowa, piękna proza o rodzinie, o Krakowie, ale również o polskiej tradycji i obrzędach. To zaproszenie do dekonstrukcji naszych narodowych mitów.
Powieść o klątwie, trudnych relacjach rodzinnych, ale i o konieczności wybaczania, przywołująca ducha dziewiętnastowiecznych sag we współczesnym wydaniu. To dzieje „przeklętej” rodziny krakowskiego aptekarza, Franciszka Bernata, losy jego dzieci, a zwłaszcza silnych, radzących sobie z przeciwnościami życiowymi kobiet.


Polecam też książki mniej beletrystyczne, ale fenomenalnie pokazujące jak się żyło w Krakowie
Historia salonów prowadzonych przez znane krakowskie rodziny, takie jak: Potoccy, Czartoryscy i Estreicherowie. Obraz życia kulturalnego, miejsc, w których rodziła się myśl polityczna, społeczna, toczyły się ważne rozmowy na temat literatury, muzyki, sztuki. Jednocześnie bogate tło obyczajowe, z podkreśleniem istotnej roli kobiet w tworzeniu salonów.

Zasiądź w doborowym towarzystwie najsłynniejszych krakowian, w najstarszych restauracjach i kawiarniach, i posłuchaj:
- o tym, jak Maria Kossakowa wywołała przerażenie, wystąpiwszy w paryskim kapeluszu "bez kształtu i sensu": z przodu zielonym, z tyłu fioletowym, suto piórkami przybranym,
- jak pływano łódkami przez całą ulicę Zwierzyniecką aż do Uniwersytetu,
- o pierwszym bramkarzu Cracovii Józefie Lustgartenie, który wykazał się niezwykłą odwagą cywilną i jako pierwszy pokazał na boisku... odkryte kolana,
- jak Xavery Dunikowski, starając się o kredyt bankowy, w rubryce "cel kredytu" wpisał "na cele seksualne"


No i na koniec jedna z moich ulubionych książek, wspomnianego wcześniej Rożka
Książka o tych, którzy najmniej posiadali, niewiele mogli i mało znaczyli. Którzy na wysokich schodach poważania i uznania stali najniżej. Rzecz jest o żebrakach, złodziejach, prostytutkach. Także o drogach, które prowadziły na peryferie miejskiego mrowiska.


WSPOMNIENIA I KSIĄŻKI Z CZASÓW OKUPACJI i WOJNY
Ale Kraków to nie tylko Kraków. Kraków to też Kazimierz. Kazimierz żydowski i chrześcijański.
Tutaj mamy do czynienia najczęściej ze wspomnieniami z czasów wojny, okupacji i holocaustu.
Apteka w getcie krakowskimTadeusz Pankiewicz
Wspomnienia Tadeusza Pankiewicza są jednym z najważniejszych świadectw dziejów Żydów krakowskich, a zwłaszcza ich tragicznego końca. Tadeusz Pankiewicz żył w latach 1908 - 1993. W czasie okupacji hitlerowskiej uczynił ze swojej apteki na terenie getta krakowskiego azyl - pod względem symbolicznym i praktycznym. W niej spotykali się oprawcy i ofiary. Dzięki zbiegowi okoliczności Pankiewicz mógł stać się bacznym obserwatorem wydarzeń w getcie.
Jest wojna.Jest cierpienie.Ale jest też magia i jest nadzieja. Kraków, Polska, rok 1939. Za sprawą magii w pewnym sklepie z zabawkami ożywa mała lalka o imieniu Karolina. Karolina zaprzyjaźnia się z Lalkarzem, właścicielem sklepu – miłym, złamanym przez życie człowiekiem. Kiedy okupacja niemiecka zasnuwa cieniem miasto, Karolina i Lalkarz postanawiają za pomocą czarów uratować przed straszliwym niebezpieczeństwem swoich żydowskich przyjaciół, bez względu na ryzyko. Ta ponadczasowa opowieść, w której baśń i elementy folkloru splatają się z historią,

KRYMINAŁY
Ale nie tylko etnofantasy się dzieje w mieście. Są też kryminały. I jest ich całkiem sporo. Najbardziej krakowska jest oczywiście pani profesorowa Szczupaczyńska, której postać stworzyło dwóch panów (co ciekawe, jeden mieszka w Warszawie), pod wspólnym pseudonimem Maryli Szymiczkowej. Do tej pory powstały trzy części, każda z nich jest więcej niż fenomenalna. To tzw. kryminał retro, dzieje się bowiem mniej więcej na początku wieku i fenomenalnie odzwierciedla stosunki społeczne i obyczaje w stołecznym mieście Kraków.

Ale, że Kraków ma potencjał kryminalny :) to dodam Wam jeszcze kilka kryminałów retro lub pół retro (czyli dziejących się do 50 lat wstecz)

Ale w Krakowie dzieją się tez kryminały bardziej współczesne. Chociażby:
W cieniu seryjnego zabójcy z przeszłości, Karola Kota, w półmroku zaułków Starego Miasta, przy fałszywych dźwiękach hejnału z wieży Mariackiej zaczyna się morderczy wyścig z czasem...
A skoro już o Karolu Kocie mowa, to chyba warto wspomnieć
Nie lubię tego typu książek, bo według mnie niezdrowo promują osoby, które winny być zapomniane. Tylko, że akurat Karol Kot był... sąsiadem mojej mamy. I to sprawia, że jednak, z niechęcią, ale książkę chcę przeczytać.

Dla tych, którzy kryminałami żyją, polecam książkę starszą, ale wydaje się, całkiem niezłą :)
Zamierzeniem autorów było zebrać takie sprawy sądowe, które w pewnym okresie były najgłośniejsze, które - choć czasem nie przedstawiały zagadek kryminalnych - świadczyły o ówczes­nym układzie stosunków społecznych i stopniu rozwoju kultury społeczeństwa. Jest to zbiór spraw krakowskich, a więc tych, które rozegrały się w mieście Krakowie i które były rozpoznawane w zasadzie przez sądy krakowskie. W obręb pracy weszły tylko procesy kryminalne. Tak się już bowiem utarło, że pitavale to zbiory takich właśnie procesów. Opisywane procesy sądowe zostały przedstawione na tle środowiska krakowskiego, połączone z ówczesnymi wydarzeniami i ukazane w scenerii starego Krakowa.

HORRORY i SCIENCE-FICTION
To nie jest mój gatunek, zatem nie czytuję i nie czytałam. Ale obiło mi się o uszy, że w Krakowie dzieją się również takie straszne rzeczy, jak horrory :)

Ale dzieje się tu (no dobrze, nie w Krakowie, a w Nowej Hucie. :)) również akcja science fiction (Metro 2033)

Dwie dekady po Pożodze, globalnej zagładzie atomowej. Gatunek homo sapiens na powrót został sprowadzony do roli jednego z konkurentów w grze o przetrwanie. Zmieniło się wszystko. Tylko ludzie pozostali tacy, jak dawniej. Nowa Huta. Zaprojektowane i zbudowane od podstaw robotnicze miasto. XVIII dzielnica Krakowa. To tu, w podziemnych schronach, mieszkają ci, którzy przetrwali nuklearną apokalipsę. Każdy dzień oznacza dla nich walkę, każdy miesiąc przynosi nowe zagrożenia. Wśród strzępów cywilizacji przeżycie kolejnego roku zakrawa na cud.

A na sam koniec wydłubałam dla Was książki dla dzieci :) Z tym, że... to są te, które pamiętam z własnego dzieciństwa :)

Zapewne nawet nie dotknęłam czubka góry lodowej, jaką jest tematyka naokoło-krakowska. Mam jednak nadzieję, że zrobiłam to na tyle różnorodnie (i świat po apokalipsie, i kryminały bardzo krakowskie i królewskie historie), że znajdziecie coś dla siebie.
Tagi:
#Krakow#dzieje-sie#Wawel#Kazimierz
czwartek, 2 lipca 2020

Raj na Rosochatym Rogu

Wędrówką jedną życie jest człowieka...

Są takie dni, że człowiekowi nie chce się iść. Siedziałby tylko, czytał książkę i wpatrywał się w przepastną toń jeziora.
Ale są też takie dni, że nogi same niosą. Mijają metry, kilometry, a człowiek idzie i idzie i wcale nie ma ochoty na odpoczynek. Taki dzień mam dzisiaj. Właściwie tylko kilometrowy odcinek z Magdalenowa do Czerwonego Folwarku nie sprawił mi satysfakcji, ale serce moje czuło...
Czuło zbliżający się raj.
Raj, który otworzył się przede mną, kiedy minęłam zardzewiałą tabliczkę "Rosochaty Róg".


Przedzieranie się przez zarośla stanowiło dla mnie zawsze najprzedniejszą rozrywkę świata - dlatego tak kocham Beskid Niski. Nie spodziewałam się odkryć go na nizinach. Zaraz potem weszłam na drogę czasem uczęszczaną przez samochody, ale tylko czasem. Kurz jaki się podnosi po przejechaniu, odstrasza właścicieli eleganckich wozów.
Nie wiedzą, co tracą.
Bezbłędnie błękitna, a zarazem niesamowicie wprost przejrzysta toń Jeziora Wigry to pokusa nie do odparcia. Także kiedy dotarłam na skraj cypla nie odmówiłam sobie przyjemności zanurzenia grzesznego ciałka w wodzie. Tu, na samym końcu, jednak zdarzają się turyści - przypływają kajakami, żaglówkami, szukając sklepu.
Ale nie tędy droga.

Najbliższy sklep jest gdzieś w okolicach Wigier. Niedaleko, ale trzeba opłynąć kilka zatoczek i, niebezpiecznych dla żaglówek, płycizn. Na tych "szuwarowych wyspach" tętni życie. Kaczki, perkozy, łabędzie- to władcy tego małego świata. Ludzie, jak zwykle, chcą go ratować, stworzywszy Park Narodowy.
Ale są też inni ludzie - odwieczni mieszkańcy tej ziemi - procesujący się z parkiem o "brzegowe". Uważają, że z dziada, pradziada, łowili tu ryby i mają do tego prawo. Udokumentowane jest to papierami carskimi, nadającymi im te ziemię we wieczyste władanie.
I oni też mają rację.
Gdyby tylko zechcieli łowić ryby na własne potrzeby, na pewno nie uszczupliłoby to zasobów jeziora. Ale staropolskie przysłowie mówi: "daj chłopu palec, weźmie całą rękę". Gdyby Park zezwolił na połów, wkrótce zabrakłoby ryb w jeziorze, a miejscowe sklepy, bazary i restauracje zawalone byłyby siejami, sielawami i węgorzami.
Mam czas na myślenie.
Nogi same połykają kilometry piaszczystej drogi.
Jeden, drugi, trzeci.
Na tak równej drodze nie muszę zastanawiać się, gdzie postawić nogę, nie zastanawiam się nawet nad zmianą trasy. I dobrze. Droga sama wyprowadza mnie na najpiękniejszy punkt widokowy. Gdzie tam osławionym "górom" Suwalszczyzny do tego prostego widoku na Plos Wigierski!

Na północ zatoka wschodnia. Choć stąd nie widać, wiem, że tuż za nią znajduje się miejsce mego wczorajszego noclegu: wdzięczne, choć niewielki jeziorko Mozguć. Z dala przebłyskuje Postaw. Nad taflą przepięknęgo Jeziora Wigry góruje szlachetna sylwetka pokamedulskiego zespołu klasztornego. Od bielonych ścian odbija się słońce, rażąc tak okropnie, że muszę odwrócić wzrok.

Tam, na południe, też jest pięknie. Zastanawia mnie, czy słońce, aby nie specjalnie tak mocno przypieka, żebym odwróciła oczy ku cudownemu Plosowi Zakątowskiemu z zatokami Krzyżańską i Wasilczykowską. Na jego powierzchni rozpanoszyły się trzy wyspy: Kamień, Brzozowa i przysadzista Krowa. Wody Jeziora wkoło szuwarów przybrały kolor stalowoszary, wewnątrz zaś przerażają mroczną czernią.
Zbliża się wieczór.
zasiedziałam się w tym uroczym miejscu. A jeszcze przed chwilą pisałam, że nie mam ochoty na odpoczynek. Cóż w obliczu takiego cudu natury, człowiek sam nie wie czego chce...

sierpień'2000- Magdalenowo
Tagi:
#suwalszczyzna#wigry#kameduli#rosochaty-rog#droga#wedrowka
wtorek, 23 czerwca 2020

Siedem cudów Reszla

Przyspieszony (bo zakładałam jednak przerwy w publikacji) wpis specjalnie dla Johnsona.
Jest zamek. Co prawda nie królewski, a krzyżacki, ale też na K - więc może "styknie"?
Tekst i zdjęcia autorstwa mojej utalentowanej siostry, choć rodzonej i genetycznej.

Na przełomie XVIII i XIX wieku świat stał u progu nowoczesności. Położono kabel telegraficzny pod kanałem La Manche, przepłynięto Atlantyk i skonstruowano silnik elektryczny. Po świecie jeździły już pociągi, a następne lata miały przynieść rozwój lotnictwa. Świat parł do przodu. A tym czasem w maleńkim i uroczym miasteczku na Warmii palono na stosie ostatnią czarownicę...
Ostatni stos w Europie zapłonął w 1811 roku, na rynku w Reszlu.


Reszel jednak nie tylko ostatnim stosem w Europie stoi.
Malutkie miasteczko, którego budowę przypisuje się Krzyżakom w 1241 r., kusi soczystą zielenią lasów porastających wzgórze, na którym kryją się pozostałości murów obronnych, malowniczymi widokami i aurą tajemniczości rodem ze średniowiecza. Reszel jest bowiem żywą, acz nieformalną, listą 7 cudów średniowiecznego świata.

Do najważniejszych zabytków Reszla należy największa duma mieszkańców - zamek biskupów warmińskich z XIV wieku.
Zbudowany na planie kwadratu, otoczony potężnymi murami obronnymi, z malowniczym dziedzińcem z krużgankami, jest najczęściej odwiedzanym miejscem w Reszlu. Dziś w Zamku mieści się wspaniała <b>Galeria Sztuki Współczesnej.
Niezwykły nastrój zamkowych wnętrz, malowniczy dziedziniec i przede wszystkim magię średniowiecza docenili tacy artyści jak Franciszek Starowieyski, Chromy, Biskupska czy Dudziński. Wejście do zamku prowadzi, jak w czasach średniowiecza przez wieżę bramną. Zachowały się w niej prowadnice do okutych bron na które zamykano otwór wejściowy bramy.


W wyższych kondygnacjach do dziś zachowały się machikuły – otwory służące do rzucania kamieni i lania wrzącej smoły na oblegających.
Obronności zamku przydawały wysokie mury obronne – doskonale zachowane w części północnej zamku oraz fosa w naturalnym jarze polodowcowym, w którym dziś znajduje się piękny Park Miejski.
Majestatyczna baszta, w północno-zachodnim narożniku murów, spełniała rolę strażnicy górującej nad okolicą. W najniższej kondygnacji mieściły się cele więzienne. Baszta, dzięki licznym otworom strzelniczym, służy jako wspaniały punkt widokowy na rozległe lasy, Jeziora, a przede wszystkim zabudowę średniowiecznego Reszla.


Z baszty zamkowej z łatwością dostrzec można pobliski kościół farny wraz z zabytkową plebanią – drugi z cudów Reszla.
Kościół Piotra i Pawła z XIV wieku mógł pomieścić w sobie wszystkich mieszkańców współczesnego mu miasteczka, w przypadku oblężenia lub nagłego najazdu nieprzyjaciół. Potężna budowla z czerwonej cegły, z wysoką (51,2 metrów) wieżą kościelną, jest typowym przykładem gotyku ziemi warmińskiej.
Na wieży oprócz punktu widokowego gwarantującego spektakularną panoramę okolicy znajduje się do dziś zachowana i czynna dzwonnica.

Średniowieczny system wodociągowy Reszla bierze swój początek przy alei lipowej, prowadzącej do św. Lipki. Akwedukt ten doprowadzał wodę z pobliskich zbiorników podziemnych dębowymi rurociągami do 5 studni średniowiecznego Reszla. Dla współczesnego człowieka, nie jest to nic dziwnego, jednak system wodociągowy i kanalizacyjny Reszla, to jedno z pierwszych tego typu rozwiązań w Europie XIV wieku.
Działał bez przerwy aż do roku 1898!


Zarówno z wieży zamkowej, jak i z kościelnej rozciąga się malowniczy widok na rozległą okolicę.
Oraz na trzeci z cudów Reszla – morze czerwonych dachów zatopionych w soczystej zieleni drzew i jeden z nielicznych w Polsce oryginalny układ średniowiecznych ulic (wpisane na listę miast historycznych ICOMOS).

Dzięki swym niewielkim rozmiarom, czytelnej siatce na planie prostokąta i przecinających się pod kątem prostym ulic ciężko w Reszlu wybrać się na dłuższy spacer. Całe miasteczko można obejść w niespełna godzinę.

Warto jednak w każdym z uroczych zakątków zatrzymać się na dłużej i poznać jego bogatą historię. Ze średniowiecznej sakiewki wyłania się kolejny klejnot, unikat na skalę krajową – Most Wysoki, zwany również Rybackim – majestatyczna osobliwość historyczna z XIV wieku spinająca brzegi rzeki Sajny pełniła również funkcję akweduktu!

Wielokrotnie wzmacniany i przebudowywany stanowił niegdyś jednolitą, blokową zaporę, w której murach mieściło się pruskie więzienie.
Aktualnie, po renowacji, przywrócono mostowi oryginalne łukowe arkady. To jedyny tego typu obiekt w Polsce.

Jak każde dobrze funkcjonujące miasto na przecięciu szlaków handlowych także i Reszel posiadał rozległe mury obronne chroniące mieszkańców i dobrobyt miasta przed złupieniem i grabieżą, obecnie zachowane jedynie we fragmentach. Jedyny do dziś zachowany fragment, który unaocznia potęgę murów zachował się w zachodniej części miasteczka. Wraz z basztą więzienną zbudowaną w układzie wedyjskim i polskim stanowią szósty cud Reszla.

Ostatni, lecz nie najmniej ciekawy cud reszelski związany jest ściśle ze swoim malowniczym położeniem i bogactwem okolicy to 6 kilometrowa aleja lipowa do św. Lipki- maryjnego sanktuarium ukrytego w ciemnych lasach Warmii.

Ten niegdyś ważny trakt komunikacyjny, przy którym stoi dawny słup graniczny oddzielający katolicką Warmię, od protestanckich Mazur. Pozostałości drewnianych rozwiązań można podziwiać w muzeum w wieży zamkowej, zaś ostatnią odrestaurowaną studnię- przed klasycystycznym Ratuszem z XIX wieku na Rynku miasta.

Piętnaście urokliwych XVIII- wiecznych kapliczek drogi różańcowej, wkomponowanych w zacienioną zieleń okolicznych wzgórz i pachnących lip, został wpisany do rejestru zabytków.

Tekst i zdjęcia: Monika Turska -
(http://monikaturska.pl)

Bibliografia zamkowa (na razie słabiutka)
Tagi:
#reszel#mazury#warmia#zamek#sredniowiecze
poniedziałek, 22 czerwca 2020

Zbójnik, hulaka i zakład - Łętownia i Krzeczów

Wiek XVIII nie należał do okresów spokojnych. Ledwo zakończył się czas rebelii chłopskich, przez ziemię myślenicką przeszły wojska szwedzkie, niszcząc wspaniały zamek w Dobczycach (który już nigdy nie podniósł się z ruiny), region nawiedziła epidemia cholery.
Ten pełen nieszczęść okres był idealnym czasem dla działania kompanii zbójnickich .

W omawianym regionie działały dwie bandy: mało znanego Antoniego Złotkowskiego z Pcimia oraz Józefa Baczyńskiego ze Skawicy, którego banda miała swoje kryjówki w okolicach Tokarni. Józef Baczyński nigdy nie doczekał się chwały podobnej do Janosikowej, choć był dużo ważniejszym i, w swoich czasach, siejącym popłoch harnasiem. Warto jednak wspomnieć, że żaden z nich nie dbał o biednych, rabując bogatych. Z legendy prawdziwe jest tylko to, że zbójnicy rabowali tylko bogatych, z tej prostej przyczyny, że biednym nie było co ukraść.

Nieodłącznym elementem życia zbójnika były hulanki, swawole i picie do białego rana w karczmach- niejednokrotnie balowali z panami, których potem bezwzględnie łupili. Jedno z takich spotkań, z ówczesnym sołtysem Łętowni, Janem Lisickim, znanym hulaką, odbiła się echem w okolicy.

Było to w roku 1773, kiedy stolnik owrucki*, Jan Lisicki, pił z Józefem Baczyńskim w karczmie w Bystrej. Wieczór, wg późniejszych zeznań zbójnika zakończył się we dworze w Sidzinie:
"Gdzieśmy pili, tańcowali, broń Moją imć stolnik oglądał, ja tez jego. Stąd posłaliśmy po księdza, który do nas przyszedł i podochociliśmy sobie. Posłał tez ksiądz po półgarnca wina, któreśmy wypili".

Ta zażyłość nie przeszkodziła mu jednak spalić dworu w Łętowni podczas drogi do schronisk w Tokarni. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie to spotkanie, jako apogeum hulaszczego życia imć Lisickiego, jak również hulaszcze praktyki syna Mikołaja w Pcimiu, spowodowały, że Barbara Lisicka (Żona Jana) jako wotum za przewinienia, ufundowała w 1760 roku kościół w Łętowni.

Kościół w Łętowni

Poprzedni kościół w wyniku tajemniczego zakładu został przeniesiony do Krzeczowa. Warunkiem było, że Krzeczowianie przeniosą kościół do siebie w czasie jednej nocy. Tak mówi legenda. Księgi parafialne zaś mówią, iż kościół został zakupiony za oszczędności życia dwóch sióstr z Krzeczowa. Prawdą jest, że Krzeczowianie bardzo się postarali, aby kościół przenieść dość szybko. Nie była to jednak jedna noc, a półtora dnia- ksiądz proboszcz w zamian za pomoc przy transporcie kościółka- udzielał odpustu zupełnego. Chętni do pomocy zjeżdżali się zewsząd- nawet zza Myślenic. Dzięki sprawnej pracy parafian i pomocników, kościółek zdobi do dziś Krzeczów, zaś postawiony w centrum Łętowni z fundacji Barbary Lisickiej, piękny kościół jest bodaj największym i najpiękniejszym kościołem barokowym w Beskidach.


Kościół w Krzeczowie

Dziś już nikt nie pamięta ani o tajemniczym zakładzie ani o pijaństwach stolnika i zbójnika, ale każdy może podziwiać oba drewniane kościółki po obu stronach masywu Zębolowej.


* Powiat lub Ujezd owrucki - dawny powiat guberni wołyńskiej.
Stolnik - w Polsce do XIII w. urzędnik sprawujący pieczę nad stołem panującego. W XIV-XVI w. honorowy urząd ziemski. W Koronie i na Litwie istniały urzędy stolnika wielkiego, m.in. król Stanisław August Poniatowski był w latach 1755-1764 stolnikiem wielkim litewskim.

Bibliografia:

Zobacz też:
* Kontrowersyjny Beskid - O Beskidzie Makowskim / Myślenickim
Tagi:
#Drewniane#barokowe#kosciol#zbojnik#makowski#myslenicki#malopolska#beskidy#drewniaki#barok
piątek, 19 czerwca 2020

Gdzie jest Lucia???

Miejski monitoring
Głuchołazy -- miasteczko pogranicza i czarownic. I tu też dzieje się... dzieje się akcja powieści Jakuba Ćwieka "Panie czarowne". Choć za sposobem pisania Ćwieka, nie przepadam... to akcja głuchołaska zobowiązuje. No i te czarownice...
 
Po ostatnim pobycie w Głuchołazach (miesiąc temu) postanowiłam aktualizować przewodnik po tym mieście i jego okolicach. Przewodnik jest aktualizowany cały czas, ale nasunęły mi się... hmmm... psiemyślenia i postanowiłam je upublicznić w tym oto poście :)

Od ostatniego pobytu w 2008 roku, zmieniło się dość dużo, chociaż nie zmieniło się nic.
Dalej jest to małe, przygraniczne miasteczko, które czasy świetności ma dawno za sobą.
Wciąż jest to miasto ludzi starszych, chociaż istnieją tu aż trzy szkoły - w tym szkoła muzyczna.
Jest to również miasto ludzi schorowanych - w promieniu dwóch kilometrów są tu aż trzy szpitale i liczne sanatoria - zresztą, to akurat nie powinno dziwić - Głuchołazy bowiem były znane jako centrum leczenia gruźlicy (to właśnie tutaj przeprowadzono pierwsze, skuteczne naświetlania krtani. Metoda naświetlania, rzeklibyśmy dzisiaj, była nieco drastyczna, ale skuteczna...)
Nadal w malutkich sklepikach ceny przyprawiają o "odwrotny zawrót głowy"...
pamiętam, jak we wspomnianym 2008 roku postanowiłam zaszaleć... Wzięłam całe miesięczne wynagrodzenie i ruszyłam NA ZAKUPY z zamiarem wydania WSZYSTKIEGO. Weszłam do absolutnie WSZYSTKICH sklepów w Głuchołazach, wzięłam z wieszaków i półek ABSOLUTNIE WSZYSTKO co mi się podobało i w efekcie kupiłam WSZYSTKO co na mnie pasowało. Wydałam wówczas nie więcej niż 30% pensji, wyszłam z pięcioma pełnymi siatami i plecakiem (również pełnym), a kolega Adam - pogranicznik z Konradowa - niósł za mną jeszcze dwa pudła butów.
Nie piszę tego po to, aby się pochwalić jak ja wiele zarabiałam - tylko aby Wam uzmysłowić niski koszt zakupowy tamże. W odległym o niecałe 20 km Prudniku wydałabym "na bidę" połowę pensji i to zakładając, że kupowałabym to samo. Bo w Prudniku jednak i sklepów jest więcej i wybór większy.
Głuchołaskie sklepiki, do których wciąż czuję nieuzasadniony niczym, potężny sentyment..., są raczej w typie "szwarc, mydło i powidło" niż w typie galerii handlowych, ale ceny zbijają z nóg. Do tego jakość, która nie odbiega od zachodnich marek - z wszystkich rzeczy, które wówczas nabyłam, zdecydowaną większość posiadam do dzisiaj i wcale nie wyglądają na bardzo znoszone...
Co się w takim razie zmieniło?
Rynek się zmienił, mili Państwo.
Niedawno Głuchołazy dostały unijną dotację, wykonano rewitalizację rynku i ulic przyległych. W efekcie zabytkowe kamieniczki, wieża bramy głównej oraz fragmenty murów obronnych prezentują się co najmniej nieźle. Nie jest to atrakcja turystyczna na miarę Wieliczki czy Bambergu, ale widać metrykę miasta, widać wkład ludzi i - podkreślę to z całą stanowczością - Głuchołazy bardzo zyskały na remoncie centrum. Myślę, że porównanie do niewielkich, niemieckich miasteczek (dziś zadbanych i wyremontowanych) nie będzie w żaden sposób naciągnięciem.
Ludzie się nie zmienili, na szczęście.
Wciąż są cudownie plotkarscy i małomiasteczkowi - dokładnie tacy, jak powinni być w tym miejscu. (o tym za chwilę, i zapewne już w innym poście:))
Zmieniła się również mapa gastronomiczna, jeżeli można się tak szumnie wyrazić.
We wspomnianym 2008 roku, pracując w Pokrzywnej i wynajmując maleńkie mieszkanko na osiedlu Tysiąclecia, nie miałam wielkich możliwości przygotowywania wypasionych obiadów;) Z przyjemnością zatem zrzuciłam ten przykry obowiązek na personel restauracyjno-knajpiano-hotelowy. Stołowałam się wówczas w przesympatycznej knajpce, noszącej nazwę "pizzeria Lucia". Były ich dwie - jedna Lucia w Głuchołazach, druga, bliźniacza, w Nysie przy stacji benzynowej. Napisałam wówczas tak:
Dobre jedzenie. Ogromny wybór. Przesympatyczna obsługa:) Tu szczególny ukłon dla Pana Przemka, który doskonale wie na co klient ma ochotę, choć klient sam jeszcze nie wie;) I oczywiście dla ekipy dowożącej jedzenie do domu w trybie oszałamiająco szybkim. I wielkie dzięki dla Pań w kuchni- na brokuły zapiekane z serem i pomidorami będę chyba przyjeżdżać specjalnie z Krakowa.
I tak bardzo pamiętałam te brokuły zapiekane z serem i pomidorami, że, przyjechawszy 8 lat później pierwsze kroki (drugie, bo pierwsze poszły na osiedle;))) skierowałam w stronę przejścia granicznego w Mikulasovicach, bo przy głównej drodze oważ pizzeria się znajdowała...
I walnęło mnie jak obuchem... - niby wiem, że scena gastronomiczna zmienia się wszędzie. Niby wiem, że knajpy otwierają się i zamykają. Mieszkam w Krakowie - żywotność restauracji liczy się tutaj raczej w miesiącach, niż w latach... I w sumie mogłam się tego spodziewać...
Pizzeria Lucia została zamknięta dwa lata temu...
I nie jest dziwne to, że została zamknięta.

Dziwna jest moja reakcja - straciłam w tym momencie taką "głuchołaską pewność" - może to kretyńsko zabrzmi, ale brokuły zapiekane z serem i pomidorami stanowiły stały, niezmienny punkt w planie wizyty w Głuchołazach. Przemknęło mi przez myśl "Jak to? co ja będę jeść - jakby jedzenie stanowiło immanentną część mojego jestestwa i jakby w Głuchołazach nie było, co najmniej, kilku miejsc godnych polecenia... - Gdzie jest LUCIA, gdzie MOJE brokuły, gdzie panie z kuchni??? Co jest, do cholery! Tak się nie robi!".
Może niekoniecznie świat mi się zawalił, ale mojemu żołądkowi na pewno...
Jednak, jako, że żołądek nigdy nie miał u mnie większego prawa głosu... poszłam poszukać restauracji "Mały Orient". Wówczas (osiem lat temu) mawiano o tym miejscu CHINA TOWN - i chyba (podkreślę słowo: chyba) ta nazwa była główną, a Mały Orient był tylko dodatkiem. Głowy sobie urwać za to nie dam, ale takie wrażenie mam...
China Town- Mały Orient - nazwa nieco mylna, bo w menu są też pierogi ruskie, ale JAKIE!!! z ręką na sercu: takich pierogów i tak pięknie podanych nie jadłam jeszcze nigdzie! Miłośnicy kuchni orientalnej znajdą tu bogate menu, ale także Ci, którym ta kuchnia nie za bardzo podchodzi, znajdą dania kuchni polskiej. U Pana Sylwestra Matyji można też organizować kameralne imprezy okolicznościowe.
Dojazd jest dość prosty- należy pojechać w kierunku granicy w Konradowie. 500 m za torami kolejowymi (jadąc od centrum) skręcamy w prawo (przed przystankiem- jest znak na China town), kolejne 50 m i skręt w lewo przed skupiskiem sklepów (tu Eko i Market też jest kierunkowskaz), jedziemy za brukowaną drogą parkingową 30 m i w prawo. Jedziemy do końca i po prawej stronie przy parkingu znajduje się właśnie restauracja China Town.
Niejako w międzyczasie natknęłam się na pizzerię / kawiarnię, która ponoć w tym miejscu istnieje od 20 lat... O ile pamiętam dobrze, znajduje się przy ulicy Batorego, a przynajmniej na którejś z ulic odchodzących od Rynku... Nie znałam jej wcześniej, ale wstąpiłam, bo miałam ochotę na reklamowaną gorącą czekoladę. Mnie - centusia Krakowskiego -przekonała cena CZTERY złote. Ludzie dobrzy - tyle kosztuje bilet parkingowy (a właśnie -w Głuchołazach jest strefa parkingowa płatna, ale obejmuje jedynie ścisłe centrum). Czekolada akurat się skończyła, więc skusiłam się latte w tej samej cenie. To ze nie dostałam zawału z wrażenia, można spokojnie nazwać cudem...
Będąc tu tydzień później ze Sławkiem - znajomym z pobytu rehabilitacyjnego - długo szukaliśmy miejsca, gdzie można coś zjeść. Informacje, które uzyskaliśmy od pana na ulicy brzmiały tak: jest burgerownia dla turystów przy wieży (i widać, że dla turystów, bo elewacja owej burgerowni niczym nie różniła się od krakowskich, londyńskich, wrocławskich- nawet czcionkę mieli podobną....), są też - powiada dalej ten pan - dwie pizzerie. Tu blisko Adrenalina, wchodzi sie przez bramę i na podwórko. A druga przy Biedronce, tylko trzeba przejść między garażami i wejść w podziemia.
Zdecydowaliśmy się na Adrenalinę, bo była blisko (jakby w Głuchołazach było gdziekolwiek daleko...). I był to strzał w dziesiątkę - pizza dobra, dodatków multum, obsługa miła i dużo miejscowych, co wybitnie dobrze świadczy o lokalu - czyli dokładnie tak jak lubię. Zatem - chociaż to nie Lucia - to jednak warte polecenia.
Niemniej jednak, żaden z lokali wymienionych powyżej, "nie kupił mnie" tak, jak osiem lat temu Lucia... Przez głowę przeleciała mi arcy-idiotyczna myśl, że skoro Lucię zamknęli, to już nic nie ma w tych Głuchołazach... Bez sensu i w ogóle jakoś idiotycznie...
Druga - równie kretyńska w brzmieniu - myśl brzmiała... "no to chodźmy do Zdroju - co prawda turystyczne miejsce, ale kawiarnia pod Amorkiem chyba będzie czynna. To ostatnia głuchołaska ostoja... Jeśli nie, to świat się kończy..."
Kawiarnia pod Amorkiem była czynna - co prawda zmieniło się menu. i wystrój chyba też (na plus), ale grzane wino i urocza obsługa przekonało mnie do tego lokalu, chociaż wszelkie lokale tutaj są nastawione li i tylko na turystów i kuracjuszy. No, ale taka specyfika miejsca...
amorek
W miejscu, gdzie wówczas stał Amorek (czyli fontanna pod Amorkiem) jest sama fontanna, a Amorek został przesunięty w bok jakieś pięć metrów. Wiem, że różnica żadna, ale te pięć metrów - podobnie jak wspomniana LUCIA - dobitnie mi pokazało, jak to miejsce się zmieniło (choć nadal jest takie jak było) i jak bardzo te - jak to mawia moja siostra - zapyziałe Głuchołazy zwyczajnie lubię...
I kiedy już byłam pewna, że po zamknięciu Lucii, miejsca do których warto wracać w Głuchołazach, po prostu się skończyły... pojawił się ON.
Mały psiur rasy jakiś tam terrier - przeuroczy, przefajny i w ogole prze... okazało się, iż ten skaczący całuśnik (bo przecież jasnym jest, że wyściskaliśmy się z piesem na środku placyku - "pod Amorkiem" zobowiązuje :)) ma na końcu smyczy właściciela, któryż to właściciel polecił mi naleśnikarnię na rogu.
Naleśnikarnia (Miód Malina) znajduje się w miejscu, w którym niegdyś znajdował się sklep pod Amorkiem, jedyny sklep, z wyjątkiem dyskontów, który otwarty był w niedziele, a i normalne godziny pracy miał wydłużone do 22.00 - kurort zobowiązuje...
I wiecie co...? Po stracie Lucii (tak myśleć o jakiejś knajpie to chyba lekko dziwne jest...) znalazłam drugie miejsce, dla którego warto zboczyć z trasy, a nawet nadłożyć drogi. Brakowało takiego miejsca pod Górą Chrobrego. Już nie brakuje, chociaż... ceny nie są głuchołaskie, to trzeba przyznać. Ale ostatecznie... dla takich naleśników i takiego towarzystwa warto zapłacić cenę pół-prudnicką :)

=======================================================================
http://muwit.pl/muwit/pl/p10/pl_opolskie_glucholazy_p10.html - na MUWIT.pl znajdziecie przewodnik 10+ po Głuchołazach i Górach Opawskich

https://nakanapie.pl/MUWIT.pl/blog/kozia-szyja-pod-gora-chrobrego
- a tu znajdziecie historie uzdrowiska
Tagi:
#opolskie#glucholazy#opolszczyzna
wtorek, 16 czerwca 2020

Gwiezdny szlak



Na kopule nieba pojawiła się czarna królowa. Zatoczyła krąg połami płaszcza i już za chwilę połowę nieba spowiła atłasowa czerń. Druga część, przerażona hegemonią na firmamencie, uciekała w ślad za swoim władcą, słońcem, które przerażone i drżące skryło się za pobliskimi wzgórzami. Zapadał zmierzch. Nad szczytem Dwernika- Kamienia zabłysła gwiazda...

Być może na czarnym nieboskłonie pojawiły się też inne punkciki. Nie widzieliśmy ich. Ta jedna zdominowała nasze serca, oczy i umysły. Nadprzyrodzonym wręcz blaskiem zdobyła sobie wyłączność na mrocznym firmamencie.

Rozdroże.

Mapa wskazuje drogę na północ, moja dusza upiera się przy forsowaniu lasu w kierunku zachodnim. Popatrzyliśmy w niebo. Nad lasem zachęcająco mrugała gwiazda... Nie wierzyliśmy w moc przewodnią gwiazdy, jednak jej, nasiąknięty przekonaniem i nadzieją, blask nie dawał nam wyboru.

Przedzieraliśmy się przez las, wpadając w jary, wspinając się na ściany wąwozów, topiąc buty w wąskich, acz zdradliwych strumyczkach i topiąc nadzieję na suche skarpety w namokniętych liściach. Latarka, bez podania jakiegokolwiek racjonalnego powodu, po prostu odmówiła współpracy, a Nasza Gwiazda- Nasz przewodnik po mrocznym lesie- zniknęła za gęstą koroną drzew.

Pojawiła się znowu, kiedy wyszliśmy na drogę. Świeciła nad lewą jej odnogą, a kompas i mapa nieodmiennie sugerowały wędrówkę w prawo. Zaufaliśmy technice. Kilkaset metrów później drogi się połączyły, a my nadrobiliśmy jakieś 500 metrów. Gwiazda popatrzyła się na nas zadziornie, uśmiechnęła się pod nosem i zniknęła. Pojawiła się na następnym skrzyżowaniu.

Czy to magia nocy, czy napawający nadzieją pomarańczowo-żółty blask, ale wbrew logice schowaliśmy techniczne wynalazki do plecaka. Odtąd szliśmy za gwiazdą. Długo, długo, aż doszliśmy do grani. Jeszcze trzysta metrów, jeszcze kawałek lasu... i wyszliśmy na szczyt Dwernika- kamienia. Gwiazda błysnęła mocno i jasno ostatni raz i zniknęła.

- Dziękuję- powiedziałam w przestrzeń.

Byliśmy na miejscu.


Kwiecień'2003- Suche Rzeki
Tagi:
#opowiadania#takie-tam#pisanina#muwit#bieszczady
sobota, 13 czerwca 2020

Było sobie dwóch Rusinków


Michał Rusinek Mlodszy

Kto nie zna Michała Rusinka? Można chyba powiedzieć, że to człowiek znany z tego, że był nieznany. Choć oczywiście to tylko część prawdy :) i to niecałej prawdy.

Przez wiele lat był sekretarzem Wisławy Szymborskiej (dziś prowadzi jej Fundację) i w tej roli spisywał się świetnie. Jego rola w życiu noblistki została ujawniona ogółowi dopiero po śmierci pani Wisławy. Oczywiście ci, którzy w jakikolwiek sposób interesowali się życiem noblistki, jej poezją, nagrodami - tak, ci wiedzieli, że za świetną organizacją stoi niepozorny student (potem magister, w końcu - doktor) polonistyki. Zwyczajni zjadacze chleba, taka ja, na przykład :)), nie mieli pojęcia. No bo skąd. Praca zupełnie spoza literatury, zainteresowania również. To jasne, że wiedziałam kim jest pani Wisława Szymborska, aż takim ignorantem nie jestem. Ale o istnieniu pana Rusinka dowiedziałam się znacznie później.

Dlaczego napisałam, że jest to człowiek znany z tego, że jest nieznany? Bo właśnie tak powinien się zachować Sekretarz przez duże S. I człowiek, który wie że reprezentuje kogoś, a sam jest - brutalnie powiem - trybikiem w maszynie, cieniem, i szarą eminencją. Jednakże, kiedy pani Wisława odeszła, Michał Rusinek zaczął się udzielać "we własnej osobie". Wielki podziw, wielki szacunek za to, że nigdy, za życia pani Wisławy, nie próbował nawet robić jakiejkolwiek kariery. Oczywistym jest, że nadal pisał. W końcu wykształcenie go do tego obligowało. Obligowała go do tego zapewne również sama pani Wisława - przecież to była arcyinteligentna i kulturalna osoba, zatem zdawała sobie sprawę, że w jej ręce wpadł nieoszlifowany diament. Albo oszlifowany. W każdym razie skarb.

Ale wróćmy do meritum.
Michał Rusinek wykłada (literaturoznawstwo na UJ), przekłada (książki)i układa (wierszyki, piosenki, felietony) .
Urodził się w 1972 roku w Krakowie i nadal tam mieszka – z rodziną. Był sekretarzem Wisławy Szymborskiej, teraz prowadzi jej Fundację. Pracuje na Wydziale Polonistyki UJ, gdzie prowadzi zajęcia z teorii literatury, teorii przekładu i creative writing. Bywa tłumaczem z języka angielskiego, zdarza mu się pisywać książki dla dzieci i dorosłych oraz układać wierszyki czy teksty piosenek. Pisuje felietony o książkach i języku.
Do mojego, pozaliteraturowego, świata, wdarł się przebojem w trakcie kampanii prezydenckiej (na prezydenta miasta Krakowa) w której bardzo dokładnie, jak klasyczny wykładowca, poinformował gdzie się wychodzi (na pole), co się je (borówki), co się ma w łazience (przecież, proszę pana, to jasne, że flizy).
Skradł moje serce.
Na amen.

Wtedy zaczęła kiełkować moja Rusinkomania. Kiełkować powoli, ale skutecznie.
Natknęłam się bowiem na opinię @Maćkowego o "Pypciach na języku". Zakupiłam natychmiast. Formalnie miała być to książka na prezent dla mojej siostry - w efekcie trzy dorosłe osoby chichrały się, kwiczały i zapewne również popluły ze śmiechu, podczas tej czarownej lektury. (dla mnie na razie jest to pierwsza książka Rusinka. Tego Rusinka., ale już mam ustawione na półce kolejne)

No bo co w końcu TEN Rusinek napisał? Oprócz tych "wykwitów" zwanych dalej "pypciami"?
pod linkiem znajdziecie całą jego twórczość, zlokalizowaną na kanapie

Dlaczego jednak tytuł tego wpisu dotyczy dwóch Rusinków?
Ano dlatego, że jeszcze miesiąc temu absolutnie wszystkie portale czytelnicze (te wiodące również) twierdziły zgodnie, że TEN MIchał Rusinek wydał np trylogię o Krzysztofie Arciszewskim. Być może byłoby to nawet realne, gdyby nie fakt, że trylogia została wydana na dwanaście lat przed narodzeniem się TEGO Rusinka :)
Zaczęłam grzmerać i wygrzmerałam.
Uprzejmie zatem donoszę, że istniał sobie inny pan Rusinek. I żeby nie było łatwo, również miał na imię Michał. (dla rozróżnienia, chociaż Rusinek młodszy - że tak sobie pozwolę, dla ułatwienia - przynajmniej wg Wikipedii używa drugiego imienia, Maciej. Jednak jako autor widnieje pod jednym imieniem. I dlatego, zapewne, pojawił się bałagan.

Michał Rusinek Starszy

Rusinek Starszy również urodził się w Krakowie, choć dużo wcześniej (1904 rok). Na moje nieszczęście ukończył studia filozoficzne (drzwi w drzwi z Filologią), zajmował się literaturą - działał w Związku Literatów Polskich (1947–1972 jako sekretarz generalny) oraz Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS. W latach 1948–1949 był kierownikiem literackim Teatru Klasycznego. Był sekretarzem generalnym PEN Clubu w Polsce, dyrektorem Agencji Autorskiej SEC, a od 1984 roku wiceprezesem Międzynarodowej Federacji SEC - można się trochę zamotać, prawda?

Ciocia Dobra Rada powiada - patrz na daty wydania. Na szczęście między panami jest duża różnica wieku, jeśli można tak to określić. To chyba jedyne kryterium rozróżniania Rusinka od Rusinka, jakie wymyśliłam.

Tagi:
#Rusinek#autor#sekretarz#szymborska#arciszewski#rodzina

Archiwum

O nas Kontakt Pomoc
Polityka prywatności Regulamin
© 2022 nakanapie.pl